Wrzeszcz, 21:11
— 29 sierpnia 2009 | LINK
Przedwczoraj zrobiło się późno i wracałem taksówką; na wysokości wrzeszczańskiego dworca minęły ją trzy sportowe motocykle. „Ci dwaj z przodu” – zauważył taksówkarz – „to jakieś młode chłopaczki muszą być, tacy drobni”. Na zakręcie podjechaliśmy bliżej: „To są dziewczyny” – powiedziałem. Zrównaliśmy się na światłach pod Galerią Bałtycką. Znad kołnierzy grubych, motocyklowych kurtek spadały im na plecy jasne, dziewczęce warkoczyki; na lśniących powierzchniach kasków porozlewane były odbicia świateł – lamp ulicznych i neonów Galerii; materiał spodni opinał wypukłości ud. Przez tych kilka sekund rozglądały się dookoła z zaciekawieniem – rejestracje zdradzały, że nie są stąd – ale bez nerwowego pośpiechu, z jakim na każdym skrzyżowaniu rozglądają się pracownicy biurowi z Warszawy, prywatni przedsiębiorcy z Górnego Śląska i urzędnicy z Kielc, dla których rodzinna podróż na Półwysep Helski jest wielką wyprawą w nieznane. Zanim światło zmieniło się na zielone i odjechały, w kilka sekund odsadzając nas o sto metrów i niknąc w zgiełku Grunwaldzkiej, zdążyłem zauważyć oczy tej, która stała bliżej nas: to musiała być naprawdę ładna dziewczyna.
Trzy, może pięć sekund – mnóstwo krótkich emocji, skojarzeń, symbolicznych powiązań; deszcz drobnych dreszczy, jak na kozetce u sturękiego akupunkturzysty. Taksówkarz oparł rękę o siedzenie pasażera i wpatrywał się w nie przez szybę tak samo jak ja: ale to przecież żaden dowód na uniwersalność. Skąd go wziąć, jeżeli deszcz drobnych dreszczy to wszystko, co da się powiedzieć? Skąd wiedzieć, czy on wie, że to w jakiś tam sposób ważne? Odkręciły manetki i zniknęły w zgiełku, niepokój pozostał.





