I think this just might be his masterpiece
— 22 września 2009 | LINK
Wg słownika Bierce’a krytyk jest to człowiek, którego nikt nie jest w stanie zadowolić; prawdopodobnie dlatego, że nikomu zupełnie nie zależy na tym, żeby go zadowolić. Prawdopodobnie więc powinienem był zostać krytykiem – nie znam bowiem nikogo, kto byłby mniej skory do zachwytów i uniesień: z definicji nic mi się nie podoba, trzecie nieskładne zdanie skreśla książkę, drugi słaby numer – płytę, a pierwszy drętwy dialog – film. Szczególnie zaś nie podobają mi się te książki, płyty i filmy, które w tzw. powszechnej opinii uchodzą za znakomite – ponieważ o powszechnej opinii mam wyrobione zdanie: to zestaw wierzeń wyznawanych przez ludzi w przeważającej większości na tyle niesamodzielnych intelektualnie, że skazanych na powtarzanie sądów nielicznych osób intelektualnie samodzielnych; przy czym osoby samodzielne intelektualnie mogą mieć dobry gust, ale nie muszą. A jeżeli nie muszą – to zwykle nie mają. Dyskusja na temat relatywności gustów została przełożona na zeszły czwartek.
Jeżeli więc oglądam film powszechnie uznawany za znakomity, wybitny, albo – a to już ostateczny upadek – kultowy, to ten film, jeżeli zależy mu na przekonaniu mnie, ma przed sobą nieliche wyzwanie: jeżeli okaże się poprawny to zostanie oznaczony jako słaby, jeżeli dobry – poprawny itd. Mówiąc krótko – cieszę się, że nie jestem kultowym filmem oglądanym przez siebie, bo byłby to naprawdę ciężki kawałek chleba.
Co następuje: w sobotnie popołudnie obejrzałem po raz pierwszy „Death Proof”, w nocy z soboty na niedzielę obejrzałem „Death Proof” po raz drugi, a w niedzielę poszedłem na „Inglourious Bastards”: seans spędziłem leżąc na fotelu kinowym, trzymając się za głowę i jęcząc z rozkoszy. Jestem przy tym przekonany, że jeżeli ktoś oglądając ten film nie leży na fotelu, trzymając się za głowę i jęcząc z rozkoszy – to pozostaje mu tylko ponowny seans ostatniej szansy, w trakcie którego powinien zwracać uwagę na drugi plan, pracę kamery, montaż i detale. Jeżeli nadal nie jęczy z rozkoszy – jest stracony: nigdy już nie będzie mógł poczuć się pozdrowiony widząc na murze napis „pozdro dla kumatych”. Co kończy wątek, bo jakiekolwiek uzasadnienie musiałoby mieć formę kilkusetstronicowej książki, przy czym byłaby to książka równie sensowna co „200 przepisów na bigos” po chińsku.
___
PS. Jeżeli ktoś w wypowiedzi na temat „Inglourious Bastards” użyje zdania film przedstawia historię grupy żołnierzy albo podobnego – to znaczy, że jest stracony. Chyba, że widział tylko trailer i w ten trailer uwierzył.





