Kiwi
— 11 grudnia 2009 | LINK
Śniło mi się, że wracając z trasy koncertowej zatrzymaliśmy się po raz ostatni tuż przed Gdańskiem, na jakimś odległym przedmieściu, przy szeregu piętrowych budynków tego rodzaju, który w schyłkowym PRL-u określany był jeszcze mianem willi. Kiedy paliliśmy papierosy wyszła do nas czterdziestoletnia kobieta (dobrze utrzymana brunetka o ujmująco miłym uśmiechu), która zaprosiła nas do domu – mieszkała razem z przystojnym mężem (w typie amerykańskiego lekarza), dwudziestoletnią, nieco nieśmiałą, ale sympatyczną córką oraz kilkunastoletnim synem, w którym podobna jak u siostry nieśmiałość łączyła się z naturalną, szczerą, żywiołową ciekawością. On zadawał pytania – ile trzeba się uczyć, żeby grać na gitarze i czy przed koncertem ma się tremę – a matka z córką podchwytywały je i uzupełniały; odpowiadaliśmy chętnie, a oni słuchali naszych odpowiedzi z tym rzadkim, zachłannym zainteresowaniem, które zdradza prawdziwą przyjemność dowiadywania się o czymś nieznanym wcześniej. Później pani domu poczęstowała nas herbatą i ciastem, przy których kontynuowaliśmy niezobowiązującą, ale niezwykle przyjemną konwersację – i była to bardzo miła, bardzo niecodzienna sytuacja; tak bardzo, że kiedy chłopcy postanowili ruszyć w dalszą drogę ja zdecydowałem się skorzystać z uprzejmości gospodarzy i zostać jeszcze przez godzinę lub dwie: do Gdańska zostało tylko kilka kilometrów, a pogawędka była naprawdę niezwykle przyjemna i szkoda byłoby ją przerywać tak wcześnie, kiedy w popołudniowym świetle nie mignął jeszcze choćby cień znudzenia sobą i rozmową.
Kiedy zostałem sam gospodyni, kierowana najoczywistszą troską o moje samopoczucie, zaproponowała drinka – był orzeźwiający, zielony jak kiwi i podobnie jak kiwi nieco kwaśny, z dużą ilością kostek lodu. Jedną z nich chyba nieopatrznie nagryzłem – bo nagle zorientowałem się, że mam w ustach powyłamywane zęby trzonowe, wszystkie. Nie bolało, ale pomyślałem, że warto byłoby pójść do dentysty – podziękowałem więc grzecznie nagle zobojętniałym gospodarzom i wstałem, żeby się ubrać. Wtedy poczułem, że słabnę: gwałtownie pociemniało mi w oczach, upadłem na kolana i chciałem krzyknąć, żeby wezwali pogotowie – ale moje ciało zwiotczało nagle i nie mogłem ani oddychać, ani nawet otworzyć ust. Leżałem więc na podłodze bezwładnie, dusząc się powoli, jak ryba wyrzucona z wody – a zanim obraz zgasł ostatecznie zdążyłem jeszcze zauważyć, że spoglądają na mnie uważnie i bez żadnych emocji – poza chłodnym, naukowym, starannie wypreparowanym zainteresowaniem. Powietrze, o trzeciej nad ranem ciężkie od sypialnianego zaduchu, dawno już nie smakowało tak dobrze i świeżo.




