LAPUTITA
— 30 stycznia 2010 | LINK
Kilka miesięcy temu trafiłem przypadkiem na internetową „elbląską encyklopedię muzyczną” – i z ciekawości (ściślej: w nadziei na dostarczenie pożywki Temu Szydercy WewnątrzTM) przejrzałem kilka haseł, wybieranych wg kluczy „nasz własny Tercet Egzotyczny”, „nastoletni czciciele Szatana”, „Kurt Cobain wiecznie żywy” itp. Rozrywka była prosta i miałka, swój potencjał wyczerpała bardzo szybko – i byłbym zrezygnował z dalszej eksploracji, gdyby nie wpadła mi w oczy intrygująca nazwa „Laputita„. Hasło było wówczas mniej obszerne niż obecnie, ale gdzieś między wierszami i w (usuniętych teraz) komentarzach wyczuwalne były emocje na tyle interesujące, że ściągnąłem udostępniony w mp3 materiał – i już po pierwszym numerze wiedziałem, że trafiłem na coś ciekawego. Nieskomplikowane, ale zagrane z wykopem i bardzo melodyjne kompozycje; brzmienie zdradzające niedostatki sprzętowe, ale dzięki temu znacznie prawdziwsze od modnych pseudo-garażowych miksów w pocie czoła i grzywki wypracowywanych w sterylnych studiach; teksty miejscami chropawe, ale zdecydowanie unikające banału; przede wszystkim zaś – ten trudny do określenia, a niezbędny element, który pozwala natychmiast odróżnić rzeczy istotne od szumu tła. To nie był materiał klasy okręgowej – tylko płyta, która powinna otwierać drzwi do rozgrywek ogólnopolskich. To był zespół, którego nazwę powinienem skądś znać – a nie znałem.
To wydało mi się szczególnie ciekawe w tej historii wyłaniającej się powoli z drobnych fragmentów – niespodziewane rozmycie: żadnego zakończenia i żadnego dalszego ciągu. Był jeden zespół, a później kolejny; były narkotyki i poplątane życiorysy; była śmierć i miłość, i szaleństwo; byli ludzie – setki – dla których ta muzyka była ważna; było wszystko, co jest fundamentem każdej rokendrolowej legendy – ale przepadło gdzieś, zgubiło się na jakimś poboczu obok ostrego zakrętu historii. Piętnaście lat później jedynym śladem, jaki pozostał, było kilka zdań w internetowym serwisie i kilkanaście mocno skompresowanych plików mp3.
Słuchałem tej płyty przez kilka dni, wrzuciłem ją na last.fm – i kiedy odezwał się do mnie mailowo Piotr Biszko zaproponowałem mu od razu rozmowę rejestrowaną przez kamerę. Do spotkania doszło ostatecznie dopiero w lipcu – nagrany niemal „z biodra” materiał trwał kilkadziesiąt minut i stał się podstawą krótkiego dokumentu. Zapraszam – i polecam muzykę: linki poniżej.
Bezpośredni link do filmu: http://vimeo.com/8298749
Youtube: tutaj
Płyta demo Laputity w archiwum .zip: tutaj
Jedyny album Wiaterwii: tutaj





