O szczęściu
— 8 lutego 2010 | LINK
W grudniu – przed świętami jeszcze – jechałem z Wrzeszcza tramwajem; nie pamiętam, czy wracałem z trasy, czy może wcale nie, ale na pewno była niedziela i czułem się jakbym spędził noc w pralce. Miałem przy sobie kamerę, Panasonica NV-GS400, ale w torbie z logo JVC – i na tę kamerę wskazał (dosyć nieśmiało) człowiek, który podszedł gdzieś na wysokości Manhattanu, pytając:
- Przepraszam pana, to analogowa czy cyfrowa?
- Cyfrowa – powiedziałem – Na taśmę, ale cyfrowa.
- To dobra – stwierdził – Ja miałem analogową wcześniej, ale same problemy z nią miałem, a to baterie wysiadały, a to taśma się wkręcała, no i obraz jednak jakościowo słaby, no więc sprzedałem, przyoszczędziłem trochę i kupiłem sobie JVC cyfrowe, jot ha ce gie zet wu osiemdziesiąt sześć wersja es iks, bo są też el iksy, ale nie mają stabilizatora obrazu, a ta moja es iks ma wszystko, proszę pana: stabilizator jest, czytnik kart pamięci jest, twardy dysk wbudowany, monitorek taki całkiem spory, że wszystko widać jak się kręci, i zdjęcia można robić też, nawet w trakcie filmowania, chociaż wtedy czasem się obraz zacina, nawet się zastanawiałem czy nie oddać do serwisu, ale podobno to w tym modelu normalne, poza tym rozpoznawanie twarzy, pilot i obiektyw Minolty, z trzy-dzies-to-pię-cio-krot-nym zumem OPTYCZNYM. OPTYCZNYM!
I, stojąc już w drzwiach, położył rękę na sercu, dodając z niekłamanym wzruszeniem:
- Naprawdę, bardzo jestem szczęśliwy. Bardzo.





