najpierw poszedłem się upić. upijanie się jest dobrym sposobem na kończenie pewnych rzeczy i dobrym sposobem na zaczynanie innych. w ogóle jest dobrym sposobem, a jeżeli nawet nie dobrym to w każdym razie najlepszym znanym. poszedłem więc się upić, bardzo starannie i sumiennie, przy okazji zaś zafundowałem sobie jedno z tych małych olśnień, które każą uznać, że rzeczywistość może jeszcze zaskakiwać, niekoniecznie pozytywnie, bo też coraz trudniej mi przychodzi wartościowanie, ale jednak. z zaskoczenia wyrwała mnie dopiero zimna dłoń kaca, która zdradziecko zacisnęła się na moim gardle o czwartej nad ranem i zmusiła do szukania po omacku mandarynek oraz innych owoców cytrusowych, które - co pamiętałem zaskakująco dobrze - powinny leżeć gdzieś pod papierami, pół kroku na zachód od fotela i metr na południowy wschód od grzejnika. po czym zasnąłem z mordą w łupinach pomarańczy.

obudziwszy się zaś i doprowadziwszy do stanu względnej używalności sprawdzonym sposobem (mocna kawa plus seria ćwiczeń fizycznych z możliwie dużym obciążeniem - albo się uda albo zawał serca) zacząłem w sposób systematyczny dokonywać rozpoznania zjawiska na temat którego słyszałem gdzieś, od kogoś jakieś plotki, a wcześniej jakoś nie znajdowałem czasu na ich weryfikację. w ten właśnie sposób rozpoczęły się moje poszukiwania elity czerskiego, które po jakiejś godzinie przekształciły się samoistnie w poszukiwania jakiejkolwiek elity.

z blogami nie jestem na bieżąco, od początku nie zmieniło się w tej kwestii prawie nic - w feedreaderze mam kilkanaście adresów, ale właściwie tylko o trzech albo czterech blogach mogę powiedzieć, że czytuję. to oczywiście nie tak, że inne są złe, ale umówmy się, że mam jakieś tam potrzeby i wymagania, czegoś bardzo konkretnego od dekodowanych treści oczekuję - i akurat trzy albo cztery blogi mi odpowiadają, a więc oferują bardzo korzystny stosunek wartości uzyskanych do wysiłku włożonego w generalnie męczący proces czytania.

no więc urządziłem sobie bezkrwawe safari, czyli rejestrowanie tendencji ogólnych z podstawowym założeniem o niezapamiętywaniu kto co dokładnie, a tylko poszukiwaniu jakiejś tam summy, obarczonej oczywiście błędem pomiarowym, ale i tak bardziej interesującej. wyszło, nomen omen, średnio.

po pierwsze - nadal nie wiem czym jest elita czerskiego. w testach na inteligencję wyszukiwanie logicznych zależności pomiędzy elementami zbiorów zazwyczaj wychodziło mi całkiem nieźle, w tym jednak wypadku musiałem dać za wygraną. owszem, zauważyłem, że najwyraźniej do wszystkich gotowych szablonów html na blog.pl dodano zamontowany domyślnie odsyłacz na czerski.art.pl, bo bywam zalinkowany nawet u takich osób, których nie podejrzewałbym o umiejętność przeczytania ze zrozumieniem jakiegokolwiek tekstu napisanego poprawną polszczyzną, ale to właściwie tyle. no dobrze, może jeszcze kilkukrotnie poczułem się nieco dziwnie, bo miałem wrażenie, że ktoś piekielnie cyniczny postanowił stworzyć doskonałą parodię mojego bloga - zawsze jednak okazywało się, że po prostu autor w moją - najprawdopodobniej - formę wciska własne treści, w dobrej wierze i zapewne nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że to trochę widać i że odpowiednie dać rzeczy słowo oznacza także odpowiednią dać treści formę.

po drugie - aktualnie najmodniejszym kierunkiem filozoficznym wśród młodzieży jeszcze-nastoletniej jest radykalizm. radykalizm polega na posiadaniu przede wszystkim bardzo wyraźnych, niewątpliwie słusznych opinii na każdy temat, przy czym nieodmiennie w dobrym tonie jest krytykowanie wszystkiego co tylko zdobyło sobie zbyt duży rozgłos - to akurat nic nowego, tak było zawsze. czas nie znosi próżni, w naturze mamy ciągły ruch - każda idea i wartość najpierw jest offowa, w związku z czym do dobrego tonu należy utożsamianie się z nią, w związku z czym jej popularność rośnie, w związku z czym wychodzi ona poza bezpieczny obszar offu, w związku z czym do dobrego tonu zaczyna należeć podkreślanie własnej z tę ideą rozłączności i w ten sposób cykl życia produktu się kończy. najmodniejsze w tym sezonie: hiphop wśród studentów, wyważone spojrzenie na katolicyzm, posiadanie poglądów politycznych, bywanie w galeriach sztuki, wierność, deinstalowanie komunikatorów internetowych, film good bye, lenin, komix i gadugadu blog (oba - jeszcze, ale raczej niedługo). opada biorytm zwolenników pełnej tolerancji seksualnej, anarchistów, radykalnych lewaków, matrixa, zespołu cool kids of death, jana marii rokity i mój. zdecydowanie niemodne: wyrażanie jakichkolwiek wątpliwości, zażywanie twardych narkotyków, zespół the doors i maciej maleńczuk.

po trzecie - cechą charakterystyczną notek radykalistów jest nadużywanie epitetów i szafowanie bardzo ostrymi porównaniami, nawet wtedy, kiedy zupełnie nie trzeba. ulubiony czasownik: pierdolić (głównie w bezokoliczniku), ulubiony rzeczownik: gówno, ulubiony przymiotnik: pieprzony. wstępna koncepcja zakłada, że akurat taki zestaw wynika z oglądania dużej liczby amerykańskich filmów (to fuck, shit, fuckin'). niestety, nikt nie wykazuje inwencji twórczej i nie próbuje na przykład miksować tych trzech zwrotów lub zastępować ich sobą wzajemnie - gdyby tak zamiast pierdolę to napisać robię na to kupę, człowieku to siła wyrazu byłaby przecież co najmniej taka sama, a do oryginalności od razu na wjeździe zyskiwałoby się plus pięć.

po czwarte - z nieznanych przyczyn nikt nie załapał, że tak samo jak dowcip z lansem i byciem trendy zdechł po pewnym czasie, tak i dowcip z antylansem i byciem nietrendy ma już brodę o którą się potyka. niestety, wśród blogersów nadal lansowne jest bycie nietrendy, a trendy jest być antylansiarskim.

po piąte - konkludując: radykalizm jako taki wynika z niezmiennej w czasie tendencji do podkreślania własnej odrębności intelektualnej i jest to, rzecz jasna, idea chwalebna, tylko wykonanie zbyt nerwowe, co gorsza zaś - ulubioną formą rozwoju radykalistów jest zaostrzanie sądów zamiast ciężkiej pracy nad materią języka, coraz mocniejsze naświetlanie prawd prostych do odkrycia, zamiast wgryzania się w rzeczywistość i wyłuskiwania z niej rzeczy ukrytych między warstwami, w kieszeniach, w spojrzeniach, w grze świateł i cieni. postępująca radykalizacja to nie jest, moi drodzy, ten traktor, który zdobędzie wiosnę.

po wynotowaniu tych ogólnych wniosków przypomniałem sobie, że nie miałem się bawić w domorosłego socjologa, tylko odkrywać gdzie moja elita, gdzie te wszystkie szable co na jedno moje skinienie ze szczękiem wysuwane są z pochew i lśnią w słońcu kwietniowym, zasypując otoczenie powodzią rozbłysków, kiedy słoneczne promienie rozbijają się o ostrza, wyszczerbione gdzieniegdzie - znać, że w niejednym boju hartowane były,
wróć, kurwa, bo się zapędziłeś.

widzę na przykład taki oto typowy komentarz: Czerski jest wbrew pozorom niedojrzałym pseudomyślicielem, na dodatek królem kółka wzajemnej adoracji, pełnego przemądrzałych, krótkowzrocznych bufonów... - czytam i, rzecz jasna, chylę czoło w pokorze - jak zawsze w obliczu wyważonej opinii, zdradzającej chłodne, analityczne podejście do tematu. ten pierwszy odruch zamiera jednak w pół drogi, urwany i niedokończony, bo oto dociera do mnie, że coś tu nie gra i tak na zdrowy rozum to chyba komuś coś się pomyliło, albo co. adoracja wzajemna zakłada bowiem, że ktoś mi plecki, a ja mu główkę i tak dalej, słowem - wspólna, wesoła, blogowa kąpiel pod prysznicem ze mną jako nadzorcą lokalu, poklepującym czule pośladki i wymierzającym przyjacielskie kuksańce w bok.

tylko gdzie ta łaźnia i gdzie to poklepywanie? na czerski.blog.pl od samego początku i z definicji nie było żadnych linków. teraz wprowadziłem odpowiedni dział - i od miesiąca jest tam tylko samowity-jezior, którego skądinąd przeurocza autorka udzielała się w tym miejscu może ze dwa razy. więcej: moje komentarze na cudzych blogach (poza kumplami) da się policzyć na palcach jednej ręki byłego pracownika tartaku - jeżeli mam coś do powiedzenia - mówię to w tym miejscu. wszystko stąd się bierze, że zanim zacząłem prowadzić własnego bloga przez rok uczestniczyłem w blogowym życiu w sposób bierny i wzajemna adoracja zdążyła mi się przejeść do wyrzygania - nie da się ukryć, że większość pamiętników internetowych wyrasta z potrzeby akceptacji i to widać na pierwszy rzut oka: ach, te wszystkie pozdrowionka, ciumaski, te uśmieszki nawiasowate, to you will never walk alone, miałam tak samo, jestem z tobą, nie przejmuj się, będzie dobrze - tak, to jest oczywiście naturalne, ale jednak wstyd jak cholera. wreszcie - istotnie, są ludzie, których zasadniczo lubię i szanuję, ale z całą pewnością nie jest to akceptacja bezwarunkowa, o czym zainteresowani i zainteresowane wiedzą doskonale, bo niejeden raz dochodziło między nami do spięć.

w tej sytuacji pozostaje mi liczyć na to, że każdy przemądrzały i krótkowzroczny bufon zgłosi się do mnie dobrowolnie, dzięki czemu będę mógł sporządzić imienną listę i rozwiązać chociaż częściowo kwestię personalnej przynależności do mojego kółka adoracyjnego. taka lista zresztą przyda się jak znalazł na wypadek wojny albo turystycznych wojaży po kraju i zagranicy.

na koniec ostatnia drażliwa kwestia, najbardziej chyba skomplikowana - nagroda tego bloga da się czytać. dawno temu, w niedzielne popołudnie, przeglądałem w podobny jak dziś sposób blogi i wówczas taki akurat był okres, że wszystkie dziewczęta czuły to uczucie, że mają w sobie tyle tej miłości, tyle jej mogą dać i tyle wziąć (za wyłapanie cytatów dwupunktowy bonus). podobno w zgromadzeniach żeńskich, takich jak na przykład klasztory, dochodzi po pewnym czasie do synchronizacji cyklu miesiączkowego - wtedy zaś na blogowisku doszło najwyraźniej do synchronizacji jakichś zaburzeń hormonalnych, trwała bowiem licytacja na najsłodszy związek i najbardziej świetlaną przyszłość majaczącą w perspektywie. czytałem więc kolejne notki i trafiał mnie postępowy paraliż: w każdej mniej więcej to samo, czyli poszłam, byłam, kupiłam, widziałam (w skrócie: skonsumowałam) na przemian z ach, jej, czy wy wiecie jaki on jest fajny? nie wiecie, to wam powiem: on jest fajny! i róże mi przyniósł i do kina poszliśmy i taki jest milusi i lubię go drapać za uszkiem i po stópce, a jeżeli chodzi o te sprawy, no wiecie, nie? no teeeee... to jest po prostu świetny, może trochę szybko kończy, ale za to jak zaczyna! i będziemy ze sobą aż do śmierci.

kiedy skończyłem już warczeć głucho postanowiłem w ramach żartu wypromować abstrakcyjną koncepcję bloga nierzygawicznego i stworzyć specjalną plakietkę, która pozwoliłaby tym kilku zatwardziałym cynikom na pierwszy rzut oka rozpoznawać, że nie władowali się właśnie w kolejne fiołkowe bagno. machnąłem więc regulamin, narysowałem znaczek i puściłem parę maili do jednostek niewątpliwie inteligentnych. po czym sytuacja wymknęła się spod kontroli, zostałem zasypany przez zgłoszenia napływające od ludzi którzy żartu zdecydowanie nie zrozumieli, a co gorsza - zamiast sprawie humanitarnie ukręcić łeb przy samej dupie od razu - zacząłem na te zgłoszenia odpowiadać. po czym zrobił się nieporządek.

teraz nie wiem co z tym zrobić dalej - mnie to wszystko już od dawna nie bawi, ale uczciwość każe mi rozpatrzyć przynajmniej te zgłoszenia, które już napłynęły (a ze dwie setki czekają). kryteria oceniania też się zmieniły, teraz staram się wyłapywać treści odmienne, wyróżniające się z szumu tła - co z kolei kłoci się z brzmieniem regulaminu (bo niejeden blog daje się czytać, chociaż jest sztampowy jak poglądy piętnastolatka). z drugiej strony wiele osób podkreśla, że ta nagroda jest jedyną prestiżową - i chociaż mogę się do uśmiechniętej śmierci dziwić ludziom, że w ogóle jakichkolwiek nagród im potrzeba - to jednak należałoby to wziąć pod uwagę. a, właśnie - nie wiem, czy tbdsc była pierwszą tego typu nagrodą blogową, ale z całą pewnością po jej utworzeniu nastąpił prawdziwy wysyp - albo raczej prawdziwa wysypka - podobnych. w większości uczciwie informujących o inspiracji. i to było dla mnie jedno z większych zaskoczeń, bo wydawało mi się oczywiste, że manewr tego typu ma szanse powodzenia wyłącznie w dwóch wypadkach - albo jest się pierwszym, albo ma się szczęście być niekwestionowanym autorytetem. ja byłem pierwszy, pilch jerzy z tego co wiem blogów nie czytuje, a nagród nie przyznaje tym bardziej, więc druga możliwość nie wchodzi w rachubę - a trzeciej zwyczajnie nie ma. stąd też cały ten atak klonów musiał był z góry skazany na porażkę, przynajmniej jeżeli założymy, że istotny jest jakiś tam, mniej lub bardziej dyskusyjny prestiż. drugie zdziwienie polegało na tym, że ktoś tam, zdaje się, próbował stworzyć anty-tbdsc podkreślając - mówiąc w skrócie - że moją nagrodę ma w dupie. na mój rozum jeżeli ma się coś istotnie w dupie i tę dupę wystawia do publiczności, żeby się publiczność przekonała - to albo mamy do czynienia z ekshibicjonizmem analnym, albo z hipokryzją.

zarzuty dotyczące subiektywizmu (jak to ładnie ujął jeden z szanownych adwersarzy: za grosz nie masz obiektyzmu) są oczywiście absurdalne: w tym rzecz, że nagroda jest subiektywna absolutnie. zarzuty dotyczące tworzenia zaklętego kręgu tych lepszych są głupie - jeżeli przyznaję nagrodę blogom, które mi się podobają to nie można wymagać, abym w imię ludzkiego miłosierdzia przyznawał ją komukolwiek. wreszcie zarzuty dotyczące tego, że cudzych przeżyć nie można oceniać są głupie i absurdalne jednocześnie - oceniam blogi, nie przeżycia i oceniam niemal wyłącznie tych, którzy sami się zgłaszają (odsetek blogów zgłaszanych przez czytelników, a nie autorów jest minimalny). i znowu - jeżeli ktoś ma pretensje, że tak nie można, to nie znaczy, że sprawa jest mu obojętna - ale że czuje się skrzywdzony i niedopieszczony. no, pardon - to już kwestia do załatwienia z aktualnym partnerem seksualnym, a nie ze mną.

swoją drogą - zastanawiałem się nad tym, co bym zrobił, gdyby tdbsc wymyślił kto inny i kto inny tę nagrodę przyznawał. otóż z całą pewnością nie zgłosiłbym swojej kandydatury, to zdecydowanie nie w moim stylu. najprawdopodobniej wymyśliłbym coś równoległego, z zupełnie inną formułą i w innym kształcie (nie wiem jakim, nie w tym rzecz) i zrobiłbym wszystko, żeby owa własna idea stała się bardziej prestiżowa od - jeżeli można to tak nazwać - pierwowzoru. taki jestem, prawda, ambitny. z tym wszakże zastrzeżeniem, że rozważałem sytuację sprzed pewnego czasu, bo teraz już z pewnością nie przyszłoby mi w ogóle do głowy angażowanie się w takie szopki.

tak to wygląda mniej więcej. poza kilkoma bardzo ogólnymi spostrzeżeniami dotyczącymi kondycji intelektualnej współczesnej młodzieży, tej nadziei narodu, niewiele udało mi się w kwestii elity czerskiego dowiedzieć, w związku z czym sprawę odkładam do teczki z napisem rachunki zapłacone - do tej akurat zaglądam najrzadziej.

na koniec zaś, w ramach podsumowania - anonimowy cytat roku, który dedykuję własnym rodzicom (ojciec aktualnie siedzi na rozpadającym się dalmorowskim statku w okolicach nowej zelandii, a matka pracuje jako nauczycielka w gimnazjum): Poza tym Czerski powinien dać sobie spokój z robeniem zdjęć jak i zpisaniem. Ahh..ta czołówka "dobrze zapowiadających się polskich artystów" - dzieci bez talentu mających bogatych rodziców z odpowiednimi koneksjami.

co było do powiedzenia.
31 grudnia 2003, 01:16:12 :: komentarze (70)
uprzejmie informuję, że z powodu świąt, przepracowania, poważnych zaległości filmowych i lekturowych, życiowych zakrętów, delikatnych podmuchów paranoi, kompletnego zapadnięcia się w siebie, aktywności onirycznej niezgodnej z przyjętym świadomie kierunkiem rozwoju osobowościowego, niewielkiej gorączki, niespodziewanego introwertyzmu, ogólnego zniechęcenia, braku alternatywnych pomysłów, odklejania się maski, przejmującego poczucia samotności, zbyt dobrej pamięci, silnych tendencji autodestrukcyjnych, regularnych telefonów od dawno nie widzianych kobiet, niewłaściwego podejścia, złej karmy, znudzenia rzeczywistością, nieostrożnego obchodzenia się, nieprzestrzegania przepisów bhp, zwłaszcza na kolei, zastrzeżeń etycznych, wątpliwości moralnych, utraty orientacji, niedoboru mikroelemetów, awitaminozy, braku papierosów, nieustannej senności, polityki, klasy i kliki, dialektyki

i w ogóle wszystkiego, co przeszkadza mi leżeć spokojnie na słońcu trzymając ręce na piersiach panienek i patrzeć na chmury typu cumulus w kolorze białym,

natomiast niebo jest przy tym niebieskie


zawieszam bloga na czas nieokreślony, może dwa dni, a może pół roku.
26 grudnia 2003, 01:36:10 :: komentarze (85)
i właściwie najbardziej świątecznym akcentem dzisiejszego dnia był moment odebrania poczty i czytania życzeń od ludzi, których nawet nie kojarzę, a z którymi mijam się gdzieś pomiędzy blogami, co już samo w sobie świadczy o tym, że poziom mojego wsieciowstąpienia przekroczył już normy zdroworozsądkowe i należy sobie z tego przynajmniej zdać sprawę, nawet jeżeli wiadomo, że i tak nie można nic poradzić

w związku z czym jutro aktywnie, chociaż bezideowo, uczestniczę w zainicjowanej przez mw akcji dzień bez sieci i przeprowadzam na sobie eksperyment polegający na obserwacji odruchów i zachowań w środowisku nienaturalnym, czyli we własnym domu po odjęciu od idei domu idei stałego dostępu do internetu. tyle.
24 grudnia 2003, 22:56:12 :: komentarze (45)
i nie ma stąd ucieczki: zawsze będziemy tylko niższą klasą średnią, nigdy nie wyrwiemy się z naszych przyzwyczajeń, nie uda nam się zmienić kasty. nas nauczono prostych modlitw: daj nam dzisiaj chleba naszego powszedniego z osiedlowej piekarni i mięsa z hipermarketu i czekolady z promocji i pracy za godziwą płacę i porządnego ubrania i ekonomicznego samochodu i daj nam wychować dzieci nasze i wykształcić tak, żeby było im lepiej niźli nam jest, amen,
i nawet kiedy stać nas będzie na spontaniczny wyjazd sylwestrowy do zakopanego, do pragi, do paryża, londynu - to jednak mentalnie nie będzie nas stać na to, żeby wybrać się gdzieś dalej niż do mieszkania przyjaciół, autobusem i kolejką, bo taksówka za droga, a toast o północy wzniesiemy ruskim szampańskim, a nie prawdziwym veuve clicquot-ponsardin,
i nawet kiedy będziemy mieli dosyć pieniędzy, żeby kupić sobie spodnie za osiemset, buty za tysiąc, kurtkę za półtora, płaszcz za trzy, kiedy stać nas będzie na to, żeby na zakupy wybierać się do ekskluzywnych centrów handlowych, mknąć ekspresem do warszawy, lecieć do berlina - nie będziemy umieli, wybierzemy halę targową albo - raz się żyje - sklep na głównej ulicy,
i będziemy dokładnie wiedzieć co chcemy kupić i ile możemy wydać, a kiedy przyjdzie płacić nie wyciągniemy z tylnej kieszeni zbitej kuli pogniecionych stuzłotówek i nie rzucimy jej na ladę, tylko będziemy starannie prostować każdy banknot, żeby tylko opóźnić moment w którym ostatecznie się z nim rozstaniemy,
i nawet kiedy nadejdą wreszcie te wspaniałe dni i kiedy będziemy nareszcie mieć forsę, całe mnóstwo - nawet wtedy wakacje będą nam mijały w domkach za miastem, a gdy wybierzemy się do egiptu albo tunezji weźmiemy ze sobą aparaty fotograficzne i będziemy robić dużo zdjęć, jak najwięcej, żeby później latami je przeglądać i razem z dziećmi wspominać jak to było, jak się bawiliśmy w ten przygodny czas.

i śmiechu warta jest nasza pogarda dla was, nasz głośny antykonsumpcjonizm, bo zaprawdę powiadam wam, niewielka jest radość w niebie z ubóstwa tych, którzy urodzili się ubodzy i niewielka jest w niebie radość ze skromności tych, którzy w skromności zostali wychowani. śmiechu warta jest nasza pogarda, której nawet nie zauważacie, bo i tak nie umielibyście jej pojąć, śmiechu warte są nasze zaciśnięte pięści i przegryzione wargi, nasza zażartość, zawziętość, nasz powolny marsz w górę po pionowej ścianie, śmiechu jest warte to wszystko, bo to wy jesteście królami słodkiego życia, królowymi fajnego żyćka, bo to wy urodziliście się po to, żeby mieć zawsze pełne garście i to wy zawsze mieć pełne garście będziecie, a nam bieda będzie wołać po imieniu nawet gdy posiądziemy bogactwa nieprzebrane. tak, kurwa, tak właśnie.
19 grudnia 2003, 16:26:14 :: komentarze (157)
co dzień budzę się nieprzytomny, wyłączam budzik, zapadam w nerwowy, ciężki sen, boli mnie głowa, piję mocną kawę, boli mnie żołądek, palę papierosy zaciągając się mocno, boli mnie wszystko,

spóźniam się, nie przychodzę, nie przyjeżdżam, zawalam terminy, naruszam warunki, nie mogę się zebrać, potrzebuję zmiany, nie wiem co zmienić,

jej skóra jest sucha i delikatna, wszystko pachnie kwiatami, oddech się rwie, świat pęka, przez szyby taksówki widać kolorowe lampki rozwieszone na girlandach nad ulicami, zbliżają się święta, zasypiam w pociągu, jest zimno, pada pierwszy śnieg,

po wyjściu z sauny wszystko zaczyna wirować, jestem w oku cyklonu, na ułamek sekundy tracę świadomość, potem siedzę w pizzerii, a dziewczyna przy stoliku obok wygląda jak ktoś znajomy, ale później orientuję się, że po prostu przypomina chasey lane,

babcia umiera za piętnaście szósta, piję kawę mocniejszą niż zazwyczaj, na wykładzie przypominam sobie, że niczego nie jadłem, wracam do domu, jakiś pijany facet upada na mokry chodnik, gdzie indziej policja zabezpiecza mniejsce wypadku,

odzywają się stare lęki, pojawiają się nowe perspektywy, odżywają nadzieje, ale wszystko gaśnie,

siedzę przed monitorem dopóki mogę, przysypiając chwilami z głową na biurku, wreszcie padam na nieposłane łóżko i zasypiam jak kamień, nad ranem zaczyna mnie boleć głowa, powietrze jest suche,

dzieje się zbyt wiele, nie dzieje się nic.
16 grudnia 2003, 15:15:49 :: komentarze (102)
kończę studia i przeprowadzam się do krakowa. oceniam, że wątroba wysiądzie mi najdalej po roku - ale i tak warto.
11 grudnia 2003, 23:31:04 :: komentarze (152)
umieranie narzuca swoją własną estetykę. starcom wiotczeją mięśnie twarzy, ich żuchwy opadają coraz niżej, stapiają się z szyjami, odsłaniając czarne otwory bezzębnych ust, nad którymi górują ostre kształty nosów. oczy wpadają do wewnątrz, obsuwają się powoli, a wokół nich rysują się sine obwódki, ręce zamieniają się w wysuszone patyczki, a skóra staje się z każdym dniem bardziej przezroczysta, ujawniając skrywaną dotychczas mapę żył.
tak wyglądają mieszkańcy tego królestwa wysilonych oddechów i niespokojnych, morfinowych snów, przerywanych cichymi jękami i błagalnym skomleniem.

ludzie się bronią jak umieją - próbują oswoić tę śmierć mieszkającą w swoich bliskich przemawiając do niej jak do dziecka albo oszukać ją wymuszoną energicznością, nieustannym poprawianiem poduszek, strzepywaniem koców, przykładaniem dłoni do czoła. i coraz większe staje się oddalenie między żywymi, zaplątanymi w sieć fałszywych gestów, a umierającymi, którzy z każdą chwilą zbliżają się do prawdy.

pani jadzia spod okna leży na łóżku wygięta i groteskowo wykręcona. oddychając charczy, coś w niej trzeszczy, coś się rwie. pani jadzia była kiedyś kelnerką, wiadomo, taka praca, od młodości paliła dwie paczki dziennie. teraz nie ma jednego płuca, ale on zdążył, przeskoczył do drugiego i stamtąd ruszył dalej. teraz jest wszędzie i właściwie to już nie pani jadzia, tylko on. i to on chyba porusza to ciało, wypręża je w skurczach i to on każe pani jadzi budzić się nagle i wołać córkę albo krzyczeć tak, kocham, kocham, kocham, jak wtedy, czterdzieści albo może pięćdziesiąt lat temu, kiedy pani jadzia była piękną i młodą kelnerką, a przystojni robotnicy uśmiechali się do niej zamawiając setkę czystej i śledzika.

z panią marią poszło jeszcze szybciej, wprowadziła się na salę w poniedziałek, przesunęła nawet łóżko bliżej okna, żeby lepiej widzieć literki w gazecie, nawet wychodziła dwa razy na papierosa, bo dlaczego nie, przecież już nie zaszkodzi. a rano trup, całkiem zimna - przy śniadaniu pielęgniarka zauważyła. może tak i lepiej - jak pani basia z sali obok przestała odzyskiwać świadomość nawet na krótkie chwile i stała się całkiem nieprzytomna to lekarz powiedział, że dwa dni, nie więcej - a rodzina przez trzy tygodnie dzień i noc przy łóżku siedziała, zanim pani basia przestała oddychać.

i tak na każdej sali, właściwie z jednym tylko wyjątkiem - ten chłopiec, dwunastoletni może, może trzynastoletni. nikt nie wie czy jest jeszcze, czy już go nie ma - jest całkowicie sparaliżowany, nie może nawet mrugać, a jeżeli odważycie się, jeżeli będziecie umieli spojrzeć w jego oczy to zobaczycie, że są martwe, nie tli się w nich choćby iskierka życia. były wakacje, grał w piłkę nożną. jego drużyna przegrała - to musiał chyba być jakiś ważny mecz, bo po tej przegranej on poszedł gdzieś i tam się powiesił. zdążyli go odciąć, ale co z tego - wieszał się jak trzeba, rdzeń kręgowy nie wytrzymał.
leży tam, ten mały piłkarzyk, dokładnie pomiędzy, ani żywy, ani martwy - a ja wam opowiadam jego historię, chociaż na pewno w nią nie uwierzycie. ja też nie mógłbym uwierzyć.
10 grudnia 2003, 01:16:37 :: komentarze (47)
jest szeroko niklowany bar.
w środę o 1900 będę w krakowskich jaszczurach, zapraszam chętnych. i niechętnych też.

tutaj miała być długa notka na inny temat, ale jak kocha to poczeka.

swoją drogą kiedyś wawrzyn wymyślił, że powinienem na spotkania autorskie przychodzić z torbą adidas na ramieniu i różową lalą z solarium za rękę - i że ona powinna malować sobie demonstracyjnie paznokcie, a ja z kolei miałbym przerywać czytanie wierszy i wtrącać uwagi typu spoko, kotek, nie denerwuj się, ja jeszcze tylko trochę pogadam i się miksujemy. dobre. niezłym pomysłem wydaje mi się również rozdawanie zaproszeń typu piotr czerski serdecznie zaprasza na pełne jesiennej zadumy i melancholii spotkanie ze swoją poezją które odbędzie się w romantycznej scenerii dworku pod lipami. tylko jak zwykle połowa nie zrozumiałaby żartu.
08 grudnia 2003, 21:43:24 :: komentarze (40)
jakoś tydzień temu mniej więcej prowadziłem ze znajomym dysputę dotyczącą wyższości pracy zdalnej nad etatową pracą w siedzibie firmy. moje argumenty były proste - wstaję o której chcę, kładę się spać kiedy mam na to ochotę, pracuję jak mam do pracy melodię, a jak nie mam to nie pracuję i nikt mi nie stoi nad głową ani mnie nie pogania. jego kontrargumenty były równie proste - wstaje rano, jedzie do biura, pije kawę, rozmawia ze znajomymi, po jakiejś godzinie zabiera się do spełniania pracowniczych powinności, coś tam zrobi, gdzieś podłubie, zadzwoni tu i ówdzie, napisze ze dwa pisma, załatwi, następnie robi sobie przerwę na posiłek i abarot - zadzwoni, podłubie, skseruje, załatwi. o szesnastej zaś wkłada okrycie wierzchnie, wychodzi z biura i natychmiast zapomina o wszystkim, mając przed sobą kilka godzin nieskażonej stresem aktywności pozazawodowej.

zaczynam podejrzewać, że mój znajomy ma rację. odchorowawszy sobotę usiadłem do pracy i był to poniedziałkowy poranek. w tej chwili mamy, chwalić boga, środę, zegar wskazuje 2024, przede mną jest długa lista todo, w większości odhaczonych, gdzieniegdzie przekreślonych, a ja sobie siedzę w moim wychwalanym niedawno prywatnym biurze i czuję się jakbym trzykrotnie przeszedł przez rózgi pułku.

właściwie nie powinienem narzekać - policzyłem sobie właśnie: w tym miesiącu moje artykuły i newsy ukazały się w trzech pismach, sześciu językach, dziewięciu państwach i sześćdziesięciu tysiącach egzemplarzy. gdyby zebrać czas który poświęciłem na ich napisanie wyszłoby pewnie około dziesięciu dni roboczych - właściwie niewiele, ale

ale gdyby z kolei zsumować pieniądze okazało by się, że jest tego w najlepszym wypadku tyle samo, ile dostał mój kolega za swoją pracę na pół etatu (bodajże dwanaście dni w miesiącu), co więcej - w jego przypadku uzasadnione jest użycie czasu przeszłego dokonanego, a kiedy ja zobaczę kasę - tego nie wie nikt, z księgową włącznie. no i - on sobie wychodził o szesnastej ze spokojem w głowie, a ja kończyłem nierzadko o trzeciej nad ranem (bo dedline następnego dnia, a deadline rzecz święta). on robił sobie przerwę na drugie śniadanie - a ja w ramach przerwy odbierałem maila o treści czy jest pan zainteresowany napisaniem artykułu do następnego numeru? - i byłem niezwykle zainteresowany, ponieważ ostatnio nie byłem i gdybym nie był znowu to więcej żadnego maila mógłbym nie dostać.

zaczynam więc chwilami rozważać możliwość rzucenia wszystkiego w diabły i miękkiego lądowania w jakimś miłym, przytulnym biurze, w którym mógłbym poświęcić się spokojnemu tworzeniu produktu krajowego brutto, hobbystycznemu uprawianianiu podjazdowej walki z szefem i walce z babilonem polegającej na nienależytym wywiązywaniu się z regulaminu pracy.

oczywiście sam w to nie wierzę.

przy okazji jednak obserwacja fundamentalna - jedyna praca wykonywana z pełnym zaangażowaniem to praca za którą nie ma płacy. jeżeli robię coś za pieniądze to mogę być co najwyżej uczciwy w porywach do rzetelnego, ale produkt końcowy, choćby nie wiem jak solidny, nie będzie miał odpowiedniego, że tak powiem, glancu. co innego kiedy pracuję za darmo - proszę bardzo, poświęcić siedemdziesiąt godzin w tygodniu na c-bloga? żaden problem! przez trzy godziny przebijać się przez dokumentację po to, żeby jakiś detal zrobić bardziej elegancko? oczywiście! i dalej: spędzić dwie godziny pisząc tekst do ha!artu, notkę na bloga albo wiersz? jak najbardziej. przez upiornych sześć godzin wygładzać dwie strony książki, po to tylko, żeby flow był odpowiedni? z radością.

co miało znaleźć się tutaj przy innej okazji - parlament powinien w trybie pilnym wprowadzić ustawę wymagającą od każdego kto chce zajmować się dowolnym rodzajem sztuki albo krytyki przedstawienia do wglądu dokumentów poświadczających osiąganie przychodów niezbędnych do utrzymania się ze źródeł niezależnych. w naszych realiach sztuka powinna być w ogóle darmowa i traktowana jako nieszkodliwe hobby - no, chyba, że jest się żywcem wpisanym na listę dziedzictwa kulturowego ludzkości i dostało się nagrodę nobla pozwalającą żyć z procentów. w takiej sytuacji można założyć, że jeden z drugim nie wydał książki (lub czasopism i innych roślin) dlatego, że zalega z czynszem i opłatami za rtv agd fso pck. w przeciwnym wypadku dostajemy to, co dostajemy, czyli chałturzenie, pisanie na zamówienie publiczne (dawniej: pod publiczkę) lub recenzowanie zgodnie z wytycznymi nakreślonymi przez chlebodawcę, ponadto zaś narzekania gwiazd i gwiazdeczek obu ekranów, głośników i mediów papierowych, że ludzie są niedobre i nie chcą artyście płacić za jego sztukę, a artysta nie chce od życia wiele, a jedynie tworzyć w warunkach nieurągających jego ludzkiej naturze oraz bilety do kina od czasu do czasu. mniahahaha.
03 grudnia 2003, 20:17:02 :: komentarze (128)
śniło mi się, że wpadłem w łapy kiboli śląska wrocław, chociaż rzecz działa się w pszczółkach. udało mi się przewrócić jednego, butem dociskałem mu twarz do ziemi, a nóż trzymałem przy gardle, więc pięciu pozostałych się nie ruszało, ale szósty stał za moimi plecami i trzymał nóż na moim karku. i w ten sposób szachowaliśmy się nawzajem: ja chciałem tylko spokojnie odejść, oni chyba też woleli uniknąć jatki, ale żaden z nas nie mógł się poruszyć, więc trwaliśmy tak, naprężeni do granic możliwości i gotowi na atak przy najmniejszym fałszywym drgnięciu.
i tak przez całą noc.
02 grudnia 2003, 11:20:17 :: komentarze (118)
up