najpierw poszedłem się upić. upijanie się jest dobrym sposobem na kończenie pewnych rzeczy i dobrym sposobem na zaczynanie innych. w ogóle jest dobrym sposobem, a jeżeli nawet nie dobrym to w każdym razie najlepszym znanym. poszedłem więc się upić, bardzo starannie i sumiennie, przy okazji zaś zafundowałem sobie jedno z tych małych olśnień, które każą uznać, że rzeczywistość może jeszcze zaskakiwać, niekoniecznie pozytywnie, bo też coraz trudniej mi przychodzi wartościowanie, ale jednak. z zaskoczenia wyrwała mnie dopiero zimna dłoń kaca, która zdradziecko zacisnęła się na moim gardle o czwartej nad ranem i zmusiła do szukania po omacku mandarynek oraz innych owoców cytrusowych, które - co pamiętałem zaskakująco dobrze - powinny leżeć gdzieś pod papierami, pół kroku na zachód od fotela i metr na południowy wschód od grzejnika. po czym zasnąłem z mordą w łupinach pomarańczy.
obudziwszy się zaś i doprowadziwszy do stanu względnej używalności sprawdzonym sposobem (mocna kawa plus seria ćwiczeń fizycznych z możliwie dużym obciążeniem - albo się uda albo zawał serca) zacząłem w sposób systematyczny dokonywać rozpoznania zjawiska na temat którego słyszałem gdzieś, od kogoś jakieś plotki, a wcześniej jakoś nie znajdowałem czasu na ich weryfikację. w ten właśnie sposób rozpoczęły się moje poszukiwania elity czerskiego, które po jakiejś godzinie przekształciły się samoistnie w poszukiwania jakiejkolwiek elity.
z blogami nie jestem na bieżąco, od początku nie zmieniło się w tej kwestii prawie nic - w feedreaderze mam kilkanaście adresów, ale właściwie tylko o trzech albo czterech blogach mogę powiedzieć, że czytuję. to oczywiście nie tak, że inne są złe, ale umówmy się, że mam jakieś tam potrzeby i wymagania, czegoś bardzo konkretnego od dekodowanych treści oczekuję - i akurat trzy albo cztery blogi mi odpowiadają, a więc oferują bardzo korzystny stosunek wartości uzyskanych do wysiłku włożonego w generalnie męczący proces czytania.
no więc urządziłem sobie bezkrwawe safari, czyli rejestrowanie tendencji ogólnych z podstawowym założeniem o niezapamiętywaniu kto co dokładnie, a tylko poszukiwaniu jakiejś tam summy, obarczonej oczywiście błędem pomiarowym, ale i tak bardziej interesującej. wyszło, nomen omen, średnio.
po pierwsze - nadal nie wiem czym jest elita czerskiego. w testach na inteligencję wyszukiwanie logicznych zależności pomiędzy elementami zbiorów zazwyczaj wychodziło mi całkiem nieźle, w tym jednak wypadku musiałem dać za wygraną. owszem, zauważyłem, że najwyraźniej do wszystkich gotowych szablonów html na blog.pl dodano zamontowany domyślnie odsyłacz na czerski.art.pl, bo bywam zalinkowany nawet u takich osób, których nie podejrzewałbym o umiejętność przeczytania ze zrozumieniem jakiegokolwiek tekstu napisanego poprawną polszczyzną, ale to właściwie tyle. no dobrze, może jeszcze kilkukrotnie poczułem się nieco dziwnie, bo miałem wrażenie, że ktoś piekielnie cyniczny postanowił stworzyć doskonałą parodię mojego bloga - zawsze jednak okazywało się, że po prostu autor w moją - najprawdopodobniej - formę wciska własne treści, w dobrej wierze i zapewne nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że to trochę widać i że odpowiednie dać rzeczy słowo oznacza także odpowiednią dać treści formę.
po drugie - aktualnie najmodniejszym kierunkiem filozoficznym wśród młodzieży jeszcze-nastoletniej jest radykalizm. radykalizm polega na posiadaniu przede wszystkim bardzo wyraźnych, niewątpliwie słusznych opinii na każdy temat, przy czym nieodmiennie w dobrym tonie jest krytykowanie wszystkiego co tylko zdobyło sobie zbyt duży rozgłos - to akurat nic nowego, tak było zawsze. czas nie znosi próżni, w naturze mamy ciągły ruch - każda idea i wartość najpierw jest offowa, w związku z czym do dobrego tonu należy utożsamianie się z nią, w związku z czym jej popularność rośnie, w związku z czym wychodzi ona poza bezpieczny obszar offu, w związku z czym do dobrego tonu zaczyna należeć podkreślanie własnej z tę ideą rozłączności i w ten sposób cykl życia produktu się kończy. najmodniejsze w tym sezonie: hiphop wśród studentów, wyważone spojrzenie na katolicyzm, posiadanie poglądów politycznych, bywanie w galeriach sztuki, wierność, deinstalowanie komunikatorów internetowych, film good bye, lenin, komix i gadugadu blog (oba - jeszcze, ale raczej niedługo). opada biorytm zwolenników pełnej tolerancji seksualnej, anarchistów, radykalnych lewaków, matrixa, zespołu cool kids of death, jana marii rokity i mój. zdecydowanie niemodne: wyrażanie jakichkolwiek wątpliwości, zażywanie twardych narkotyków, zespół the doors i maciej maleńczuk.
po trzecie - cechą charakterystyczną notek radykalistów jest nadużywanie epitetów i szafowanie bardzo ostrymi porównaniami, nawet wtedy, kiedy zupełnie nie trzeba. ulubiony czasownik: pierdolić (głównie w bezokoliczniku), ulubiony rzeczownik: gówno, ulubiony przymiotnik: pieprzony. wstępna koncepcja zakłada, że akurat taki zestaw wynika z oglądania dużej liczby amerykańskich filmów (to fuck, shit, fuckin'). niestety, nikt nie wykazuje inwencji twórczej i nie próbuje na przykład miksować tych trzech zwrotów lub zastępować ich sobą wzajemnie - gdyby tak zamiast pierdolę to napisać robię na to kupę, człowieku to siła wyrazu byłaby przecież co najmniej taka sama, a do oryginalności od razu na wjeździe zyskiwałoby się plus pięć.
po czwarte - z nieznanych przyczyn nikt nie załapał, że tak samo jak dowcip z lansem i byciem trendy zdechł po pewnym czasie, tak i dowcip z antylansem i byciem nietrendy ma już brodę o którą się potyka. niestety, wśród blogersów nadal lansowne jest bycie nietrendy, a trendy jest być antylansiarskim.
po piąte - konkludując: radykalizm jako taki wynika z niezmiennej w czasie tendencji do podkreślania własnej odrębności intelektualnej i jest to, rzecz jasna, idea chwalebna, tylko wykonanie zbyt nerwowe, co gorsza zaś - ulubioną formą rozwoju radykalistów jest zaostrzanie sądów zamiast ciężkiej pracy nad materią języka, coraz mocniejsze naświetlanie prawd prostych do odkrycia, zamiast wgryzania się w rzeczywistość i wyłuskiwania z niej rzeczy ukrytych między warstwami, w kieszeniach, w spojrzeniach, w grze świateł i cieni. postępująca radykalizacja to nie jest, moi drodzy, ten traktor, który zdobędzie wiosnę.
po wynotowaniu tych ogólnych wniosków przypomniałem sobie, że nie miałem się bawić w domorosłego socjologa, tylko odkrywać gdzie moja elita, gdzie te wszystkie szable co na jedno moje skinienie ze szczękiem wysuwane są z pochew i lśnią w słońcu kwietniowym, zasypując otoczenie powodzią rozbłysków, kiedy słoneczne promienie rozbijają się o ostrza, wyszczerbione gdzieniegdzie - znać, że w niejednym boju hartowane były,
wróć, kurwa, bo się zapędziłeś.
widzę na przykład taki oto typowy komentarz: Czerski jest wbrew pozorom niedojrzałym pseudomyślicielem, na dodatek królem kółka wzajemnej adoracji, pełnego przemądrzałych, krótkowzrocznych bufonów... - czytam i, rzecz jasna, chylę czoło w pokorze - jak zawsze w obliczu wyważonej opinii, zdradzającej chłodne, analityczne podejście do tematu. ten pierwszy odruch zamiera jednak w pół drogi, urwany i niedokończony, bo oto dociera do mnie, że coś tu nie gra i tak na zdrowy rozum to chyba komuś coś się pomyliło, albo co. adoracja wzajemna zakłada bowiem, że ktoś mi plecki, a ja mu główkę i tak dalej, słowem - wspólna, wesoła, blogowa kąpiel pod prysznicem ze mną jako nadzorcą lokalu, poklepującym czule pośladki i wymierzającym przyjacielskie kuksańce w bok.
tylko gdzie ta łaźnia i gdzie to poklepywanie? na czerski.blog.pl od samego początku i z definicji nie było żadnych linków. teraz wprowadziłem odpowiedni dział - i od miesiąca jest tam tylko samowity-jezior, którego skądinąd przeurocza autorka udzielała się w tym miejscu może ze dwa razy. więcej: moje komentarze na cudzych blogach (poza kumplami) da się policzyć na palcach jednej ręki byłego pracownika tartaku - jeżeli mam coś do powiedzenia - mówię to w tym miejscu. wszystko stąd się bierze, że zanim zacząłem prowadzić własnego bloga przez rok uczestniczyłem w blogowym życiu w sposób bierny i wzajemna adoracja zdążyła mi się przejeść do wyrzygania - nie da się ukryć, że większość pamiętników internetowych wyrasta z potrzeby akceptacji i to widać na pierwszy rzut oka: ach, te wszystkie pozdrowionka, ciumaski, te uśmieszki nawiasowate, to you will never walk alone, miałam tak samo, jestem z tobą, nie przejmuj się, będzie dobrze - tak, to jest oczywiście naturalne, ale jednak wstyd jak cholera. wreszcie - istotnie, są ludzie, których zasadniczo lubię i szanuję, ale z całą pewnością nie jest to akceptacja bezwarunkowa, o czym zainteresowani i zainteresowane wiedzą doskonale, bo niejeden raz dochodziło między nami do spięć.
w tej sytuacji pozostaje mi liczyć na to, że każdy przemądrzały i krótkowzroczny bufon zgłosi się do mnie dobrowolnie, dzięki czemu będę mógł sporządzić imienną listę i rozwiązać chociaż częściowo kwestię personalnej przynależności do mojego kółka adoracyjnego. taka lista zresztą przyda się jak znalazł na wypadek wojny albo turystycznych wojaży po kraju i zagranicy.
na koniec ostatnia drażliwa kwestia, najbardziej chyba skomplikowana - nagroda tego bloga da się czytać. dawno temu, w niedzielne popołudnie, przeglądałem w podobny jak dziś sposób blogi i wówczas taki akurat był okres, że wszystkie dziewczęta czuły to uczucie, że mają w sobie tyle tej miłości, tyle jej mogą dać i tyle wziąć (za wyłapanie cytatów dwupunktowy bonus). podobno w zgromadzeniach żeńskich, takich jak na przykład klasztory, dochodzi po pewnym czasie do synchronizacji cyklu miesiączkowego - wtedy zaś na blogowisku doszło najwyraźniej do synchronizacji jakichś zaburzeń hormonalnych, trwała bowiem licytacja na najsłodszy związek i najbardziej świetlaną przyszłość majaczącą w perspektywie. czytałem więc kolejne notki i trafiał mnie postępowy paraliż: w każdej mniej więcej to samo, czyli poszłam, byłam, kupiłam, widziałam (w skrócie: skonsumowałam) na przemian z ach, jej, czy wy wiecie jaki on jest fajny? nie wiecie, to wam powiem: on jest fajny! i róże mi przyniósł i do kina poszliśmy i taki jest milusi i lubię go drapać za uszkiem i po stópce, a jeżeli chodzi o te sprawy, no wiecie, nie? no teeeee... to jest po prostu świetny, może trochę szybko kończy, ale za to jak zaczyna! i będziemy ze sobą aż do śmierci.
kiedy skończyłem już warczeć głucho postanowiłem w ramach żartu wypromować abstrakcyjną koncepcję bloga nierzygawicznego i stworzyć specjalną plakietkę, która pozwoliłaby tym kilku zatwardziałym cynikom na pierwszy rzut oka rozpoznawać, że nie władowali się właśnie w kolejne fiołkowe bagno. machnąłem więc regulamin, narysowałem znaczek i puściłem parę maili do jednostek niewątpliwie inteligentnych. po czym sytuacja wymknęła się spod kontroli, zostałem zasypany przez zgłoszenia napływające od ludzi którzy żartu zdecydowanie nie zrozumieli, a co gorsza - zamiast sprawie humanitarnie ukręcić łeb przy samej dupie od razu - zacząłem na te zgłoszenia odpowiadać. po czym zrobił się nieporządek.
teraz nie wiem co z tym zrobić dalej - mnie to wszystko już od dawna nie bawi, ale uczciwość każe mi rozpatrzyć przynajmniej te zgłoszenia, które już napłynęły (a ze dwie setki czekają). kryteria oceniania też się zmieniły, teraz staram się wyłapywać treści odmienne, wyróżniające się z szumu tła - co z kolei kłoci się z brzmieniem regulaminu (bo niejeden blog daje się czytać, chociaż jest sztampowy jak poglądy piętnastolatka). z drugiej strony wiele osób podkreśla, że ta nagroda jest jedyną prestiżową - i chociaż mogę się do uśmiechniętej śmierci dziwić ludziom, że w ogóle jakichkolwiek nagród im potrzeba - to jednak należałoby to wziąć pod uwagę. a, właśnie - nie wiem, czy tbdsc była pierwszą tego typu nagrodą blogową, ale z całą pewnością po jej utworzeniu nastąpił prawdziwy wysyp - albo raczej prawdziwa wysypka - podobnych. w większości uczciwie informujących o inspiracji. i to było dla mnie jedno z większych zaskoczeń, bo wydawało mi się oczywiste, że manewr tego typu ma szanse powodzenia wyłącznie w dwóch wypadkach - albo jest się pierwszym, albo ma się szczęście być niekwestionowanym autorytetem. ja byłem pierwszy, pilch jerzy z tego co wiem blogów nie czytuje, a nagród nie przyznaje tym bardziej, więc druga możliwość nie wchodzi w rachubę - a trzeciej zwyczajnie nie ma. stąd też cały ten atak klonów musiał był z góry skazany na porażkę, przynajmniej jeżeli założymy, że istotny jest jakiś tam, mniej lub bardziej dyskusyjny prestiż. drugie zdziwienie polegało na tym, że ktoś tam, zdaje się, próbował stworzyć anty-tbdsc podkreślając - mówiąc w skrócie - że moją nagrodę ma w dupie. na mój rozum jeżeli ma się coś istotnie w dupie i tę dupę wystawia do publiczności, żeby się publiczność przekonała - to albo mamy do czynienia z ekshibicjonizmem analnym, albo z hipokryzją.
zarzuty dotyczące subiektywizmu (jak to ładnie ujął jeden z szanownych adwersarzy: za grosz nie masz obiektyzmu) są oczywiście absurdalne: w tym rzecz, że nagroda jest subiektywna absolutnie. zarzuty dotyczące tworzenia zaklętego kręgu tych lepszych są głupie - jeżeli przyznaję nagrodę blogom, które mi się podobają to nie można wymagać, abym w imię ludzkiego miłosierdzia przyznawał ją komukolwiek. wreszcie zarzuty dotyczące tego, że cudzych przeżyć nie można oceniać są głupie i absurdalne jednocześnie - oceniam blogi, nie przeżycia i oceniam niemal wyłącznie tych, którzy sami się zgłaszają (odsetek blogów zgłaszanych przez czytelników, a nie autorów jest minimalny). i znowu - jeżeli ktoś ma pretensje, że tak nie można, to nie znaczy, że sprawa jest mu obojętna - ale że czuje się skrzywdzony i niedopieszczony. no, pardon - to już kwestia do załatwienia z aktualnym partnerem seksualnym, a nie ze mną.
swoją drogą - zastanawiałem się nad tym, co bym zrobił, gdyby tdbsc wymyślił kto inny i kto inny tę nagrodę przyznawał. otóż z całą pewnością nie zgłosiłbym swojej kandydatury, to zdecydowanie nie w moim stylu. najprawdopodobniej wymyśliłbym coś równoległego, z zupełnie inną formułą i w innym kształcie (nie wiem jakim, nie w tym rzecz) i zrobiłbym wszystko, żeby owa własna idea stała się bardziej prestiżowa od - jeżeli można to tak nazwać - pierwowzoru. taki jestem, prawda, ambitny. z tym wszakże zastrzeżeniem, że rozważałem sytuację sprzed pewnego czasu, bo teraz już z pewnością nie przyszłoby mi w ogóle do głowy angażowanie się w takie szopki.
tak to wygląda mniej więcej. poza kilkoma bardzo ogólnymi spostrzeżeniami dotyczącymi kondycji intelektualnej współczesnej młodzieży, tej nadziei narodu, niewiele udało mi się w kwestii elity czerskiego dowiedzieć, w związku z czym sprawę odkładam do teczki z napisem rachunki zapłacone - do tej akurat zaglądam najrzadziej.
na koniec zaś, w ramach podsumowania - anonimowy cytat roku, który dedykuję własnym rodzicom (ojciec aktualnie siedzi na rozpadającym się dalmorowskim statku w okolicach nowej zelandii, a matka pracuje jako nauczycielka w gimnazjum): Poza tym Czerski powinien dać sobie spokój z robeniem zdjęć jak i zpisaniem. Ahh..ta czołówka "dobrze zapowiadających się polskich artystów" - dzieci bez talentu mających bogatych rodziców z odpowiednimi koneksjami.
co było do powiedzenia.
