jakoś tak tydzień z okładem temu dostałem przesyłkę w formie koperty z zawartością. zawartością była książka jana sowy
sezon w teatrze lalek i inne eseje, nadawcą zaś – druh marecki, który postanowił zabrać się za moją edukację -iczną.
książkę przeczytałem z niekłamaną przyjemnością i szczerze polecam każdemu, kto interesuje się nieco socjologią, filozofią czy polityką jej zakup (łatwo mi mówić, bo dostałem za darmo – obszerne fragmenty można jednak znaleźć
tutaj), choćby dlatego, że jest napisana ciekawie i sprawnie, a treść zdecydowanie inspiruje, zawierając ponadto kilka niewątpliwie ciekawych obserwacji. oraz liczne wnioski,
z którymi już nieco gorzej. ale po kolei.
przede wszystkim autor zastrzega w pre-tekście, czyli wstępie, że zdaje sobie sprawę z pewnych wewnętrznych sprzeczności w obrębie zbioru, które wynikają z procesu ewoluowania poglądów – i dobrze, że zastrzega, bo takich niespójności jest sporo. po drugie – eseje zawarte w zbiorze mają być traktowane jako literatura,
coś, co oscyluje pomiędzy obiektywnością a subiektywnością, pomiędzy prawdą a zmyśleniem, pomiędzy faktem a fikcją – i to założenie można niestety potraktować jako asekuranctwo, jeżeli skonfrontować je z ciągłym nawoływaniem do rewolucji. rewolucja to nie bajka na dobranoc, o rewolucji nie ma co gadać po próżnicy – albo się do niej dąży, albo nie.
do rzeczy.
jan sowa jest nieprzejednanym wrogiem społeczeństwa konsumpcji. jest to oczywiście moralnie zdrowe. ja też jestem. społeczeństwo konsumpcji ma licznych wrogów, społeczeństwa konsumpcji w pewnych kręgach nie lubi nikt, można wręcz mieć wrażenie, że po to właśnie wymyślono społeczeństwo konsumpcji, żeby tacy jak my mogli je kontestować.
o ile jednak niechęć do wzmiankowanego społeczeństwa jest powszechna, o tyle przyczyny tej niechęci i zestawy argumentów – najróżniejsze. sowa zaznacza wyraźnie, że jest reprezentantem dziwnego pokolenia – pokolenia, które pamięta jeszcze czasy prl i jest w pełni świadomie transformacji jakie dokonywały się po roku 1989 – i być może rzeczywiście obecne tempo wymiany pokoleń jest tak duże, że ja, jako przedstawiciel rocznika '81, na niektóre rzeczy pozostanę ślepy – czy może: będę je postrzegał zupełnie inaczej. prl dla mnie to zaledwie kilka niewyraźnych wspomnień – ojciec wychodzący zimą wcześnie rano po chleb do piekarni na placu, brzydka meblościanka, która stała w moim pokoju kiedy byłem dzieckiem, pierwsze salony komputerowe, mieszczące się w garażach, do których chodziło się grać w
zemstę montezumy, matka, tłumacząca mi kto to jest lech wałęsa i dodająca, żebym zachował to dla siebie, kolejki po mięso – niewiele tego. w 1989 miałem osiem lat i znacznie bardziej od wszystkich okrągłych stołów na świecie interesowała mnie koleżanka z ławki, zwłaszcza w strefie znajdującej się pod blatem. z dzieciństwa obudziłem się w nowym, wspaniałym świecie i brak mi odniesienia,
dlatego nie rozumiem na przykład, na jakiej podstawie sowa twierdzi, że
wszystko w tym świecie stało się sztuczne – sztuczne? a czym jest sztuczność, czym naturalność? skąd pomysł, że wśród wszechobecnego braku prawd obiektywnych akurat te kategorie miałyby się ostać? dlaczego picie wódki pod kiełbasę śląską za peerelu miałoby być naturalne – a picie piwa połączone z opychaniem się karkówką z grilla w iii rp już nie? czy przypadkiem nie mamy do czynienia wyłącznie z naturalną idealizacją przeszłości – a jeżeli nie to jakie są na to dowody? czy brak w ludziach dawnej
autentycznej radości, o której pisze sowa, jest w ogóle dostrzegalny z wewnątrz? czyli – czy rzeczywiście ludzie są mniej szczęśliwi?
odpowiedzią na te pytania jest chyba wyznanie niewiary:
nie wierzyć w obiektywne prawdy, zwłaszcza te narzucone przez ideologię konsumpcji wspierającą System, ufać własnemu doświadczeniu i wiedzy zdobytej bezpośrednio. bardzo słusznie, kieruję się podobną zasadą, ale przesuwa mnie to oczywiście natychmiast z pozycji czytelnika na pozycję obserwatora komunikatu nadawanego w przestrzeń,
dalej,
w tytułowym eseju, z którego pochodzą powyższe cytaty, sowa robi przegląd fotografii z paryża (pamiętajmy, że do europy zachodniej tracimy nadal kilka długości jeżeli idzie o rozwój kapitalizmu, chociaż dostrzegalne są już znaczące symptomy poprawy, vide tratowanie dzieci przy okazji szturmu na łódzki media markt) – opisuje, skądinąd bardzo fachowo z literackiego punktu widzenia (na marginesie pisząc: kilkukrotnie w czasie lektury poczułem wyraźny podziw pomieszany z zawodową zazdrością), ludzi, jakich napotkał w czasie podróży metrem – ludzi nieszczęśliwych, złamanych życiem, przemienionych w smutne manekiny czy właśnie lalki – opasłego alkoholika, cygańskie dzieci, płaczącą dziewczynę czy zagubionego w zgiełku miasta hindusa. wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ryzykowny chwyt – czyli zestawienie obrazu hindusa z innymi hindusami, rybakami z wioski w indiach, w których był
spokój i pewność siebie, i o których autor pisze tak:
kiedy spychali na wodę swoje nieporadne i ascetycznie proste katamarany, wydawało mi się, że wola życia i mocy uwięziona w ich ciałach nie ugięłaby się pod żadnym ciężarem. w tym momencie niestety nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, budząc żywe zainteresowanie współpasażerów (w tym pewnej uroczej blondynki), bo natychmiast przypomniało mi się nieśmiertelne
ferdydurke i pragnienie parobka, które – jak widać – jest ponadczasowe. nie neguję oczywiście woli życia, jaką jan sowa widział w hinduskich rybakach – już choćby dlatego, że w życiu nie byłem dalej niż w paryżu, a i to raczej przypadkiem, tymczasem autor książki zjeździł pół świata. zastanawiam się jednak bardzo poważnie, co też powiedzieliby owi rybacy, gdyby ktoś przeczytał im odpowiednie zdanie i czy w ogóle powiedzieliby cokolwiek – bo jak sądzę prędzej spojrzeliby tylko na owego delikwenta jak na idiotę i machnąwszy ręką wrócili do ciężkiej pracy, która pozwala im wyżywić rodziny. doprawdy, nietrudno o wolę życia, jeśli ma się tylko
ascetyczny katamaran – tych, którzy tej woli życia nie mieli wystarczająco dużo, sowa widzieć nie mógł, bo wszyscy dawno temu umarli z głodu względnie z powodu chorób tropikalnych, wenerycznych i odzwierzęcych. ta wola życia, ta moc, to proste szczęście, spokój i pewność siebie, tak atrakcyjne dla przybysza z cywilizacji zachodniej, mogą się okazać czymś całkowicie innym jeżeli za punkt odniesienia przyjmiemy układ lokalny.
najciekawszy jest jednak kontrowersyjny esej zatytułowany
nędza i rewolucja, którego publikacja na łamach ha!artu wywołała małą burzę (efekty można zobaczyć na przykład
tutaj). w eseju
antyantyrewolucja sowa wyjaśnia wprawdzie, że
to nie tak miało być, przyjaciele i po raz kolejny zaznacza, że esej jest formą literacką, dlatego
nędzę i rewolucję należy traktować jako zastanawianie się nad receptą, a nie receptę gotową – ale, jako się rzekło, rewolucja to nie są małpie gaje. do rzeczy.
punktem wyjścia jest konstatacja duchowej nędzy społeczeństwa, wynikającej z odrzucenia w kulturze zachodu myśli o śmierci i stworzenia kultu życia, ocierającego się o iluzję życia wiecznego. o ile ta diagnoza jest trafna (starość jest towarem wyjątkowo niechodliwym reklamowo i medialnie – i właściwie jedynym – i bardzo, moim zdaniem, potrzebnym – dysonansem w serwowanym nam strumieniu płynnej witalności jest trzęsący się, zniedołężniały papież, którego pominąć media nie mogą), o tyle pomysły autora na zmianę tego stanu rzeczy powodują jeżenie się włosów na głowie, nawet jeżeli pamiętamy, że są wyłącznie propozycjami czy rozważaniami. kulturę zachodu można pokonać, dywaguje sowa, stosunkowo łatwo – wystarczy, aby grupa ludzi sparaliżowała system komunikacyjny, co z kolei doprowadzi do rychłego upadku systemu bankowego. od tej chwili zaczyna się pełna idylla: społeczeństwa organizują się na wzór
najdoskonalszego systemu społecznego, jaki wypracowali amerykanie północnoamerykańscy, ludzkie życie zostaje przywrócone zasadom biologii (chociaż w innym miejscu przeprowadzana jest miażdżąca krytyka kapitalizmu jako przeniesienia do życia społecznego zasad darwina – to jak w końcu z tą biologią, jest fajna czy nie?), następuje likwidacja pieniądza i władzy, na miejsce której wprowadzany jest
rodzaj oświeconej dyktatury (sic! sic! sic, kurwa, po trzykroć!), nacisk w życiu społecznym zostaje położony nie na konsumpcję, a na produkcję, przymus pracy zostaje ograniczony do niezbędnego minimum, a ludzkość gremialnie zamienia się w twórców, którzy poprzez rozwój artystyczny radzą sobie z problemem przemijania, używając ponadto halucynogenów w sposób egzystencjalny i finalnie umierając z promiennym uśmiechem na ustach.
no i zwątpiłem. ja rozumiem – rozważania. ja rozumiem – literatura. obawiam się jednak, że tego typu rozważania same w sobie świadczą o, mówiąc delikatnie, lekkim oderwaniu od rzeczywistości i, mówiąc niezwykle eufemistycznie, nadmiernej wierze w człowieka.
intuicja podpowiada mi bowiem, że taki pieniądz, źródło zła wszelkiego, nie rozpanoszył się po świecie z powodu spisku żydowsko-masońskiego wspomaganego przez reakcyjnych cyklistów, ale z powodów bardziej racjonalnych – i gdyby ktoś nie wynalazł pieniądza w odpowiednim momencie to zrobiłby to za niego ktoś inny. takoż dominacja krwiożerczego kapitalizmu, wchłaniającego bez jednego mlaśnięcia wszystko, co na jego drodze się znajdzie, nie wynika z tajnej pomocy udzielanej burżujom przez motomyszy z marsa, ale raczej z siły tegoż systemu, która z kolei bierze się stąd, że jest to układ doskonale dopasowany do charakteru demokratycznej większości populacji ludzkiej, a więc do chciwości, żądzy władzy, potrzeby konkurowania, naturalnego okrucieństwa i tak dalej, nadto zaś – jest to układ nad wyraz witalny (przynajmniej na tym etapie rozwoju – trudno przewidzieć co stanie się kiedy wyrwiemy spod ziemi ostatnią bryłę węgla, wysączymy ostatnią szklankę ropy naftowej i zagryziemy to ostatnim kawałkiem rudy). witalność zaś nie musi zaś rodzić się z etyki, a wręcz przeciwnie – często jest znanej nam etyki zaprzeczeniem (wystarczy przypomnieć sobie jakie ideologie głoszą kult siły i witalności), ale też tę etykę cznia równo, zadowalając się rozprzestrzenianiem i dominacją, filozofom na złość. indianie północnoamerykańscy zaś, mimo niezwykle zaawansowanego systemu społecznego, aktualnie bytują w przytulnych rezerwatach, w celach egzystencjalych nadużywając wody ognistej. i z mojego punktu widzenia oznacza to, że ich zaawansowanie społeczne można sobie – niestety i roniąc łzy czyste, rzęsiste – potłuc o kant dupy. nie ma żadnej bramki numer trzy – ponieważ wprowadzenie takiego zbliżonego do ideału systemu wymagałoby niemożliwego do zrealizowania podniesienia poziomu świadomości społecznej u wszystkich – inaczej prędzej czy później ktoś niedobry przyjdzie, rozpirzy zabawki grzecznym dzieciom, złapie je krótko za mordę, wprowadzi do obiegu pieniądz – i cała historia na nic, wszystko zaczyna się od nowa.
co więcej – fundamentalne pytanie, którego jan sowa nie zadał, brzmi
na chuj?, pardon –
po co? po co i dla kogo ta rewolucja, pytam? dla szczęścia ludzkości? cóż – obawiam się, że ludzkości jest, wbrew podejrzeniom jana sowy, raczej dobrze. o ile przedstawiciel ludzkości nie urodził się żadnym
tutsi ani hutu ani nic z tych rzeczy to ogłupiony przez system, który każe mu zapierdalać osiem godzin na dobę, który przeciąga go przez autobusy, tramwaje i korki, który sadza go przed telewizorem, który wysyła go na wczasy do tunezji – ogłupiony więc i ogłuszony przeżywa niekiedy coś, co z punktu widzenia sowy (albo mojego) jest nędzną atrapą szczęścia – dla niego jednak jest szczęściem pełnym, bo innego nie zna. a nie zna dlatego, że nie jest mu ono potrzebne, ponieważ
każdy ma w ramach systemu dokładnie tyle wolności, na ile sobie zasłużył i dokładnie tyle, ile mu potrzeba.
stąd tytuł notki.
miej świadomość! - wołał ongiś kazik staszewski i hasło to jest niezmiennie aktualne. zgadzam się z sową – najważniejsza jest wiedza, jak najlepsze poznanie mechanizmów rządzących systemem, które pozwala lepiej orientować się o co w tym wszystkim chodzi, które pozwala rozpoznawać manipulację, które pozwala wyczuwać fałsz. możliwości realizowania swojej wolności w ramach systemu są wprost proporcjonalne do świadomości, jaką się posiada. system nie jest więzieniem – system pozwala wybierać: jeżeli ktoś nie chce się stać kółkiem zębatym w machinie to może tego uniknąć na wiele sposobów. na jego miejsce czeka już dziesięciu innych, którzy marzą tylko o tym, aby biec przed siebie, aby piąć się w górę. i każdy może zadecydować jaką składa daninę, jak głęboko umieści samego siebie w strukturze, w jaki sposób zagwarantuje sobie taką wolność, jakiej potrzebuje.
podstawowym w moim odczuciu błędem wszystkich, którzy w krytyce miłościwie nam panującego systemu posuwają się do żądania rewolucji, jest kieszonkowy mesjanizm i zupełnie zbędny prometeizm. ludzi można się brzydzić, ale nie można winić ich za to, że są tacy, ani zmuszać ich do nauczenia się swojej własnej wolności (znowu kazik:
siłą możesz mi zabrać wiele – ale siłą nie możesz mi niczego dać). nie można zakładać, że postawy odmienne od własnej wynikają jedynie z ignorancji, bo stąd tylko krok do wprowadzenia ideologicznego zamordyzmu i
czegoś na kształt oświeconej dyktatury. uchowaj nas, panie.
tak się złożyło, że dzisiaj w ciągu zaledwie kilku godzin odwiedziłem trzy wielkie centra handlowe, prawdziwe świątynie konsumpcji, w trójcy jedyne oko cyklonu nachalnej reklamy i ogłupienia. czułem się źle, drażnił mnie ryk konferansjera, dziesiątki melodii zlewających się w kakofoniczny szum, drażnił mnie tłum, nieustanny ruch ludzki, od jednego sklepu do drugiego, schodami w górę, schodami w dół, drażniła mnie oślepiająca feeria świateł, migotań, błysków, odbić, poblasków, kolorów, drażniły mnie wreszcie mieszające się ze sobą zapachy drogich perfum, odświeżaczy powietrza, kawy i papierosów. czułem się źle – ale przyglądałem się ludziom, którzy mnie mijali, których ja musiałem wymijać, przyglądałem się w poszukiwaniu tej rozpaczy, o której pisze jan sowa – i nie znalazłem jej. wręcz przeciwnie – widziałem uśmiechy, w których nie mogłem się doszukać sztuczności, widziałem szczęśliwe spojrzenia tych, którzy przy kasach zamieniali pieniądze na zakupione towary, widziałem całe rodziny, przeżywające wspólnie graniczącą z orgazmem ekscytację pobytem w świątyni. oni byli szczęśliwi na swój sposób, którego mogę nie rozumieć, który może mi się wydawać płytki, którym mogę gardzić – ale nie mam prawa domagać się, aby to szczęście im odebrano, nawet jeżeli kierowałyby mną najlepsze intencje. każdy dostaje to, na co zasłużył, każdy dostaje tyle, ile mu potrzeba.
i na tym zakończę, powtarzając niemal dokładnie za sową – zdaję sobie sprawę z niedociągnięć tego tekstu, z szerokiego pola manewru dla polemistów, z wielu skrótów myślowych, których użyłem, a które mogą prowadzić do niewłaściwego lub niepełnego zrozumienia poglądów, które chciałem przekazać (abstrahując od tego, na ile są one słuszne w jakiejś przestrzeni pseudoobiektywnej). gdybym jednak chciał wszystko rozpisywać na najniższym poziomie abstrakcji musiałbym napisać całą książkę, a nie jedną tylko notkę, monstrualnie długą zresztą. przy okazji zaś ogłaszam rozpoczęcie martwego sezonu – składam systemowi daninę, walcząc po raz ostatni na tych studiach z sesją egzaminacyjną, w związku z czym nowe notki będą się pojawiać nieregularnie i raczej w formie instant.
to pisałem ja, czerski, świadomy element systemu drugiej klasy.