kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem (hej!) - pięcioletnim bodajże - wuj mój wygłosił przepowiednię. bezpośrednią przyczyną wygłoszenia przepowiedni przez wuja, który nie rościł sobie zazwyczaj pretensji do miana proroka, a wieszczenie nie należało do jego ulubionych zajęć po godzinach pracy, bezpośrednią więc przyczyną była moja ingerencja w imponującą skądinąd kolekcję płyt winylowych wuja. ingerencja wynikała z przyrodzonej mi ciekawości świata, a polegała na przetestowaniu tych śmiesznych, czarnych krążków na okoliczność ich wytrzymałości mechanicznej. kilka porysowałem ostrym narzędziem, kilka innych złamałem, a pierwszą płytę marillionu wyrzuciłem nawet przez otwarte okno prosto na trawnik rosnący przed kamienicą.
kiedy mój wuj (liczący sobie wówczas mniej więcej tyle lat ile ja obecnie) ujrzał swoje ukochane płyty - sprowadzane z zachodu najróżniejszymi kanałami za niemałe pieniądze - w stanie wykluczającym jakiekolwiek używanie doznał najwyraźniej iluminacji wywołanej nagłym wzruszeniem i w przestrzeń rodzinną oznajmił grobowym głosem
jeszcze będziecie temu bandycie paczki do więzienia posyłać, wspomnicie moje słowa.
w głębi duszy przekonany jestem, że wuj miał rację i prędzej czy później trafię na krótszy bądź dłuższy urlop przymusowy sponsorowany przez państwo (o ile wcześniej nie trafi mnie szlag z innych powodów). przekonanie to sprawia, że od dawien dawna - a już na pewno od czasu kiedy po raz pierwszy usłyszałem
dom wschodzącego słońca - pasjonuje mnie więzienna subkultura, zwana grypserą bądź gitowcami.
w grypserze jest coś, co może fascynować - osobny język, a więc rodzaj kodu zastrzeżonego dla wtajemniczonych, cały kanon surowych zakazów i nakazów, począwszy od higienicznych, a skończywszy na etycznych - przy całym swoim umiłowaniu wolności odczuwam jednak pociąg do jasnych i klarownych reguł, nawet jeżeli są one bardzo sztywne, czemu dawałem nieraz wyraz tu i tam. dlatego jeżeli dane mi będzie trafić do pierdla idę do celi dla grypsujących, mimo wszystko.
ano właśnie - mimo wszystko. w sobotę poszedłem z iwoną do kina na film niewolskiego
symetria, skuszony bardzo pochlebnymi opiniami dziennikarzy i doskonałymi recenzjami, spodziewając się dzieła wybitnego - chociaż wiadomo, że niewolski nie jest profesjonalnym reżyserem, a do tego z mojego punktu widzenia wysoce prawdopodobne jest, że ma tzw. spruty beret czyli - mówiąc popularnie - jest z lekka pierdolnięty w dekiel (w wywiadzie udzielonym angorze wspominał na przykład z dumą o tym, że broń palna za którą poszedł siedzieć służyła mu do strzelania w kościoły, ponieważ nienawidzi tej mafijnej instytucji władającej naszym krajem).
zamiast dzieła wybitnego otrzymałem natomiast średniej jakości film, sprawiający wrażenie montowanego w skrajnym pośpiechu i bez dobrego pomysłu. najbardziej wyraźne przykłady to mająca w założeniu budować nastrój przechodzenia na drugą stronę scena prowadzenia głównego bohatera więziennymi korytarzami, która trwa drażniąco długo i jest o wiele zbyt nachalna w wymowie, dalej - liczne fragmenty długiego wygaszenia ekranu pomiędzy ujęciami (natychmiast przypomina się ayoy i parodia polskich filmów psychologicznych z zegarem w tle i zupą z makaronem na pierwszym planie), zaskakująca metamorfoza łukasza, który dosłownie z ujęcia na ujęcie przeistacza się z osoby przytłoczonej sytuacją w pewnego siebie git-człowieka, czy wreszcie źle w moim odczuciu dobrane proporcje pomiędzy prezentacją ogólnego klimatu więzienia a motywem kulminacyjnym - pojawieniem się w celi pedofila i dokonaniem na nim egzekucji. jeżeli dodać do tego, że grający łukasza arkadiusz detmer został uznany w gdyni jednym z najlepszych polskich aktorów - a ja zwłaszcza na początku filmu wymieniałem z iwoną pełne zażenowania spojrzenia odnoszące się właśnie do detmera, który na ekranie męczył się, próbując zagrać człowieka zaszczutego (człowiek zaszczuty wg detmera - osoba wpatrująca się w okno i przełykająca demonstracyjnie ślinę) albo nierozumiejącego sytuacji w której się znajduje (człowiek niesłusznie obwiniany wg detmera - osoba powtarzająca w kółko
ja tego nie zrobiłem), jeżeli więc do montażu dorzucić grę aktorską to ja już wiem, dlaczego na polskie filmy nikt nie chodzi i dlaczego dialog z rejsu nadal śmieszy. oddając sprawiedliwość - taki borys szyc grający alberta był na tyle przekonujący, że po wyjściu z kina byłem pewny, że to naturszczyk wyłuskany w czasie kręcenia zdjęć z więzienia w białołęce.
o
symetrii mówi się ponadto, że ukazuje
najciemniejsze strony więziennej egzystencji - nie sądzę. czymże w końcu jest nieustanna siłowa konfrontacja czy nawet wyhuśtanie tłustawego pedofila w porównaniu z wielokrotnymi grupowymi gwałtami analnymi dokonywanymi na cwelach? że powiesili faceta na kracie to małe piwo, nawet mu zwieracze nie puściły przy tej okazji - jeżeli ktoś chce rzeczywiście nakręcić film o
najciemniejszych stronach egzystencji więziennej niech bohaterem uczyni frajera, który najpierw jest cwelony przez dotknięcie berłem (tzn. szczotką do czyszczenia kibli), później - przez dotknięcie członkiem współwięźnia twarzy, a wreszcie - musi znosić trwające tygodniami gwałty - wszystko to w zasiedlonej przez sześciu facetów celi dwa na cztery. to jest oczywiście sam margines, to nie jest powszechne - ale istnieje. i to byłoby coś - to byłby odpowiedni ładunek emocji, niezbędny do próby obwołania filmu dyskursem na temat relatywności dobra i zła. tymczasem niewolski idzie na łatwiznę - od razu wiadomo, że zło okaże się dosyć fajne, a tradycyjnie rozumiana biała strona - raczej przeciętna, co też następuje, amen. w dodatku świeżak trafiający pod celę z miną zbitego psa i przerażeniem w oczach (podstawowa zasada brzmi - nigdy nie wolno okazywać słabości) niemal bez ceregieli przyjmowany jest za swojego - chociaż siedzi za drobnostkę. a prawdziwa grypsera to jest grono raczej elitarne, składające się głównie z morderców i złodziejskiej recydywy. owszem, gitowcami bywają także skazani za przestępstwa mniejszej wagi - grypsował na przykład maleńczuk (betka - odmowa służby), to prawda - ale też maleńczuk szansę znalezienia się po stronie gitowców dostał dopiero po dwóch miesiącach odsiadki.
motywem ocierającym się o kicz jest zaś historia profesora uniwersytetu, któremu źli ludzie (dziwna rzecz - na filmie złych ludzi jest jedna sztuka, a w wywiadzie niewolski mówi o sześciu) zgwałcili żonę, a on w związku z tym złych ludzi (złego człowieka) zabił gołymi rękami w windzie. po czym oddał się w ręce policji. po czym został gitowcem i w celi dla grypsujących czytywał bułhakowa na przemian z huxleyem. na widzeniach z żoną zaś milczał, wpatrując się w jej oczy, a ona milczała, wpatrując się w niego - i była to taka piękna miłość, że bez skrępowania mówi o niej nawet mąciciel (tzn. git-człowiek stojący najwyżej w hierarchii, z definicji jednostka niezbyt skłonna do uniesień). no nie, proszę wybaczyć, ale ja tego nie łykam.
symetria jest więc dobrym filmem, jeżeli założymy, że akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonym miejscu zewnętrznie podobnym do więzienia, bohaterowie należą do bliżej nieokreślonej subkultury wykazującej podobieństwo do grypsery, a rozważania filozoficzne ograniczają się do postawienia widzowi kilku przystępnie sformułowanych pytań z zakresu wąsko pojętej etyki i podsunięcia gotowych na nie odpowiedzi. przy czym odpowiedzi te mogą być istotnie szokujące dla typowego przedstawiciela klasy średniej, któremu ani przez myśl nie przyszło nigdy, że białe nie musi być zawsze białe, a czarne - czarne, ale nie są specjalnie odkrywcze dla nikogo, kto zdążył już zauważyć, że kategorie moralne bywają mocno relatywne. ja sam nie żałuję wydanych pieniędzy, ale jeżeli miałem do czynienia z najlepszym polskim filmem minionego roku to nie wybiorę się na żadną inną rodzimą produkcję - bo wszystko co słabsze od
symetrii musi zdecydowanie znajdować się pod kreską.
(dla zainteresowanych -
tu jest strona filmu, a
tu,
tu i
tu - kilka prac poświęconych zjawisku grypsery)