"czaty nie są już trendy, blogi przestały być cool - teraz w internecie liczy się tylko grono" - mówi szesnastoletnia joanna, uczennica jednego z warszawskich liceów - zgaduję, że zapewne tak będzie się zaczynał artykuł w którymś z moich ulubionych kolorowych tygodników. podstawowy problem z opisaniem grona polega na tym, że nie można go zobaczyć od środka dopóki nie dostanie się zaproszenia (jeżeli komuś zależy niech poda swój adres email w komentarzach), co oficjalnie ma zapobiegać dołączaniu się osób przypadkowych (swoją drogą - nomenklatura nazewnicza z ery przedinternetowej, w sieci wszyscy są przypadkowi), a nieoficjalnie, podejrzewam, ma jakieś sekretne konotacje ze strukturą bazy danych. tak samo, jak brak możliwości usunięcia swojego konta (chyba, że się wykorzysta maleńką dziureczkę w zabezpieczeniach, mniahaha).

teraz, ujmując rzecz możliwie najprościej, pomiędzy pierwszym zalogowaniem się do grona a ewentualnym pojawieniem się chęci zniknięcia stamtąd znajduje się przedgronie, śródgronie i zagronie. przedgronie polega na stworzeniu swojego profilu - zdjęcie, krótki opis, jakiś link, takie rzeczy. kiedy mamy już własny profil i jednego znajomego (tego, który nas zaprosił) w kontaktach, możemy zająć się śródgroniem, a więc poszukiwaniem dawno nie widzianych kolegów, zapomnianych przyjaciół, brata porwanego w dzieciństwie przez cyganów, miłości na resztę życia albo przyszły tydzień i tak dalej. tylko tyle i aż tyle. od osoby do osoby, skacząc po kolejnych węzłach grafu, wysyłając zaproszenia do swojej listy lub krótkie wiadomości w obrębie serwisu. niby nic, a nad wyraz skutecznie wciągnęło mnie na kilka dobrych godzin, odrywając od ulubionego ostatnimi czasy zajęcia, czyli nad wyraz intensywnego przeżywania traumatycznego poczucia ostatecznej, transcendentnej, egzystencjalnej pustki.

podstawowa zaleta komunikacji wewnętrznej to jej niezobowiązujący charakter - wiadomości mają charakter mailowy, ale są ograniczone do 2kB - i czegoś takiego mi w sieci brakowało. wiadomo, w życiu jak to w życiu, z jednymi chodzi się na piwo, z innymi rozmawia długownoc, a z trzecimi wymienia się kilkanaście zdań przy okazji przypadkowych spotkań - tymczasem w sieci do dyspozycji były komunikatory, na dłuższą metę męczące, a ponadto stwarzające ryzyko przeciążenia listy dalszymi znajomymi królika (co prowadzi zazwyczaj do radykalnego kroku polegającego na zmianie numeru i rozesłaniu go do kilku najważniejszych kontaktów, po pewnym jednak czasie cały proces się powtarza), albo maile - które jednak mają niebezpieczną tendencję do wydłużania się co rundę (a kto kiedyś odpisywał na trzydziestokilobajtowy list ten wie, że coś takiego może ostudzić najcieplejsze uczucia). tymczasem tutaj jest czysto, sucho i pewnie - odpisuję teraz albo za godzinę albo nawet jutro, a skupiam się na wątku głównym, unikając dygresji przekształcających sie w osobne wątki czy wręcz całe powieści.

czego natomiast brakuje to trzeciej części, czyli zagronia. jest forum, tablica ogłoszeń też jest, niby można się zrzeszać w mniejsze grupy, ale już własnego forum taka grupa nie założy. słabo, jak na serwis budujący internetowe społeczności - i bardzo możliwe, że to okaże się za jakiś czas przyczyną upadku całej idei.

póki co radek tereszczuk (z którym pewnie długo jeszcze nie zamieniłbym ani słowa, gdyby nie grono) wspomniał, że już wkrótce do serwisu dołączone zostaną moduły pozwalające na wizualizację zależności pomiędzy poszczególnymi osobami - i to będzie moim zdaniem niezwykle ciekawe, niezwykle. taka mapa. dusze towarzystwa i peryferie znajomości. silnie zlinkowane obszary netartu, blogów, fotoblogów i demosceny oraz mosty pomiędzy nimi. już teraz widać, że całe to bagienko łączy sieć nadzwyczaj bliskich znajomości, czego właściwie powinienem się był spodziewać. od dowolnej osoby ze sceny czy z blogów dzielą mnie co najwyżej trzy skoki, a najczęściej dwa - niemal każdy okazuje się być znajomym znajomego. wszyscy jesteśmy zanurzeni w tej samej, amorficznej, rozedrganej masie.
30 kwietnia 2004, 14:03:26 :: komentarze (220)
dawno, dawno temu, kiedy byłem uroczym brzdącem pobierającym nauki w szkole średniej (która jeszcze wtedy była dosyć porządną szkołą średnią, teraz już chyba nie jest) oprócz picia taniego wina zajmowałem się, między innymi, nieśmiałymi próbami literackimi (przeżywałem wówczas, oczywiście, fascynację bursą i - o dziwo - odczuwałem niewytłumaczalną niechęć do uwielbianego przez maturzystów wojaczka) oraz czytywałem gazety literackie, kropka, początek nowego zdania, z gazet literackich zaś wgłębiałem się w topos (w empiku na stojąco - kamasutra czytelnicza pozycja 687) i fa-art. fa-art kupowałem, co wiązało się z olbrzymim poświęceniem, ponieważ w tamtych po stokroć pięknych czasach nie miałem własnych pieniędzy. cudzych też nie. a już wtedy, dodam z obłudną skruchą, paliłem nałogowo papierosy. to znaczy, jak każdy młodociany palacz zapewne się orientuje, że kupowałem pismo literackie fa-art za zdobyte cudem grosze odjęte sobie od ust. to znaczy, że podejmując decyzję o zakupie pisma literackiego fa-art skazywałem się świadomie na kilka dni tzw. sępienia. sępienie, pamiętam, przychodziło mi łatwo, ponieważ nie było takiej dziewczyny, która po czwartej - wypowiedzianej pełnym ekstatycznego zachwytu tonem - uwadze dotyczącej jej nadzwyczajnie pięknych oczu (albo innych atrybutów) nie częstowała mnie papierosem. zapamiętajcie, drogie dziatki, które być może tu czasem zaglądacie - najgroźniejszą ze wszystkich metod manipulacji są tanie komplementy.

wracając jednak do moich inicjacji - powodem, dla którego decydowałem się na takie poświęcenie, był specyficzny klimat fa-artu. każdy numer czytałem od pierwszej do ostatniej strony, włącznie ze stopką i wszystkimi recenzjami maczkiem. fa-art to było zjawisko, wiersze, które do mnie trafiały, proza, którą rozumiałem przynajmniej częściowo, rzetelna krytyka i doskonałe docinki redaktorów wymierzone w tych i owych (częściej w owych). czytając fa-art miałem wrażenie uczestniczenia w charakterze widza w procesie tworzenia najnowszej polskiej literatury i podglądania życia literackiego na wszystkich jego płaszczyznach. wtedy wiedziałem dokładnie kto i kogo za co nie lubi, kto komu gdzie dokopał, a komu kto napisał recenzję po znajomości, słowem - znałem całą mapę literackich kos i zgód. rzecz jasna oczyma wyobraźni widziałem własne wiersze opublikowane w fa-arcie i, jak to bywa w bajkach o kopciuszku, nadszedł taki moment w którym marzenie się ziściło.

a później jakoś się to rozmyło, któregoś kolejnego numeru nie kupiłem, bo potrzebowałem pieniędzy na bilet kolejowy, następnego też nie kupiłem, a później nie kupiłem już żadnego. czytywałem oczywiście inne lub-czasopisma, ale tamtego klimatu już nie odnalazłem, zresztą wciągnął mnie internet i na studiowanie papierów brakowało czasu.

tymczasem teraz znowu coś się zaczyna dziać. najpierw pdw zaproponował mi napisanie tekstu do lampy, na co oczywiście przystałem, w związku z czym dostałem pierwszy numer pocztą - i moim zdaniem zapowiada się świetnie. wprawdzie pismo na razie, ze względu na fatalny dtp - wygląda jak zin rozciągnięty do formatu a4, ale pdw mówi, że to sytuacja przejściowa i wkrótce ulegnie zmianie. spory jest także rozrzut tematyczny - wywiad z dorotą (to musiało być ustawiane, po przeczytaniu tego wywiadu nie da się jej nie lubić, jak stwierdziła pewna znajoma) o życiu, wywiad z kaczką też o życiu, ale innym, wywiad z fiszem o muzyce, wywiad z piotrem wojciechowskim o wszystkim, teksty dukaja, teksty świetlickiego, dużo tego ogólnie i prawdopodobnie niewielu czytelników przebrnie przez całość - niemniej obejrzeć warto, a nawet należy.

drugim wydarzeniem z kategorii dzieje się był zakup nowego ha!artu, będącego dla mnie poniekąd pismem macierzystym. z ha!artem sprawa jest ogólnie śmieszna, bo wygląda na to, że całe środowisko skupione wokół niego czy orbitujące w pobliżu łączy właściwie tylko zapał do pracy i zamiłowanie do picia. teoretycznie, mam wrażenie, ogólna tendencja światopoglądowa miała być antykonsumpcyjno-lewicowa, co już ma się do rzeczywistości nijak (z jednej strony jan sowa, z drugiej endo, a pośrodku maciej kaczka), programu dotyczącego literatury zaś doszukać się nie mogę, a już na pewno w praktyce - konia z rzędem temu (igor stokfiszewski z konkursu wykluczony) kto pokaże mi jakiś wspólny mianownik dla (kolejność przypadkowa) cichockiej, króla, cecki, lipszyca, piotrowskiego, roberta, czerskiego, konstrata i grzelaka, że tylko niektórych wymienię. po lekturze wierszy z aktualnego numeru poczułem się zresztą z lekka skołowany, bo drobiazg, że coś tam mi się z definicji nie podoba, gorzej, że niektórych wierszy zwyczajnie nie rozumiem, bo najwidoczniej znajdują się poza zasięgiem mojej estetycznej wydolności i możliwości interpretacyjnych. pal diabli sens zresztą, najważniejsze, że komuś w tym kraju jeszcze się chce, dlatego już ani słowa o innych zarzutach, które ewentualnie miałbym. a, no właśnie - w bieżącym numerze są cztery moje normalne wiersze i jeden wiersz postneolingwistyczny (wychodzi na to, że postneolingwizm to parodia neolingwizmu) wysłany ongiś do redakcji mebli pod pseudonimem robert cegielski. ponadto zaś znajduję się na jednym rysunku do pokolorowania. z lektury pisma dowiedziałem się także, że serwis czerski.art.pl został uznany przez redakcję za najciekawszą stronę autorską roku 2003, co mnie niezwykle cieszy, chociaż i tak wszyscy powiedzą, że po znajomości.

trzecie zjawisko to nowy numer przesuwu, zawierający antologię poetów polski północnej i to powinna być, proszę państwa, lektura obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się współczesną poezją. arturowi nowaczewskiemu i marcinowi wilkowskiemu udało się chyba usystematyzować przynajmniej częściowo to, co dzieje się od dłuższego czasu w okolicach trójkąta słupsk - toruń - olsztyn. mam niejasne wrażenie, że z tego urodzą się jeszcze wilki, oby, oby. póki co pracuję dorywczo przy nowej wersji serwisu klubu (literackiego) – skoro w ciągu każdego tygodnia zgłasza się pięć albo sześć osób zainteresowanych otrzymywaniem powiadomień o aktualizacjacach to znaczy, że istnieje zapotrzebowanie.

dzięki tym trzem publikacjom klimat starych dobrych czasów wrócił echem i odzyskałem przynajmniej częściowo utracone gdzieś, kiedyś, poczucie, że jednak warto się w to wszystko bawić.

a żeby zrównoważyć jakoś przydługi wstęp dodam jeszcze, że ukazała sie już płyta z marcowego przesuwu (prześliczna okładka, nie wiem kto zrobił ze mnie che guevarę, ale co się uśmiałem to moje), na której ja wiersze czytam, a zet kwadrat (zambari + marek zygmunt) gra muzykę. moją część można także pobrać w mp3 (tutaj), ale lojalnie uprzedzam, że jeżeli ktoś ze znanych tylko sobie przyczyn nie jest jakoś szczególnie zainteresowany moimi wierszami to może sobie darować ściąganie. a jeżeli nie posłucha i jednak ściągnie to (niech mu uschnie lewe ucho) niech przynajmniej odpuści sobie komentarze dotyczące mojej dykcji - i tak jest dobrze, bo kiedy to czytałem byłem poważnie niezdrów i równie poważnie zniszczon na umyśle, do tego stopnia, że na końcu wersu nie pamiętałem jaki był początek.
23 kwietnia 2004, 11:49:42 :: komentarze (155)
u bukmacherów kurs remisowy to dwadzieścia pięć, ale sama rozumiesz, nie ma chyba takiego idioty, który postawiłby chociaż złotówkę na remis w walce o mistrzowski pas w tej kategorii wagowej.

i tak właśnie nie zostałem bogaty.
18 kwietnia 2004, 10:25:33 :: komentarze (41)
popatrz tylko, mój chłopcze: a jednak ułożyłeś sobie
życie, albo może raczej to ono ułożyło sobie ciebie.
dobrze sobie ciebie ułożyło. tak, mój chłopcze: jesteś
nad wyraz dobrze ułożony. wielu rzeczy się nauczyłeś,
mój chłopcze: zamawiać tyle tylko, ile możesz zjeść
i zjadać wszystko to, co ci podają. nauczyłeś się
nawet ściskać dłonie i prowadzić niezobowiązujące
dialogi, mój chłopcze, w przerwie między obiadem
a deserem, chłopcze, z rękami na stole, z uśmiechem
na twarzy. czego jeszcze się nauczysz, mój chłopcze,
czego nauczysz się teraz? może grać w brydża, a może
opowiadać dowcipy, oglądać o dwudziestej filmy
w telewizji, albo ładnie wychodzić, mój chłopcze,
ładnie wychodzić na zdjęciach, jak ci panowie
z książek do nauki języków coraz mniej obcych.
mister jones plays football every tuesday, herr schmidt
geht ins kino am donnerstag nachmittag, senor gomez
esta en el pub con amigos el sabado por la noche.
sam zobacz, mój chłopcze, ile możliwości, jakie
perspektywy. zmęczyłeś się? więc proszę,
połóż się na łóżku i odetchnij. spokojnie, głęboko,
jak oddychają ludzie z nieskazitelnie czystym
sumieniem, zapiętym pod samą szyję. odetchnij,
poczuj ten zapach. już teraz trochę gnijesz, już teraz
15 kwietnia 2004, 17:20:33 :: komentarze (37)
1. jest taka granica, po przekroczeniu której traci się bezpowrotnie umiejętność przeżywania tak zwanych wzruszeń. percepcję emocjonalną zastępuje całkowicie percepcja rozumowa, a czysta, dziecięca ufność zostaje wyparta przez zgorzkniałą nieufność i ugruntowaną niepewność. kiedy ma się w dłoniach cyrkiel i wagę wszystko podlega mierzeniu, ważeniu i przeliczaniu. co jest racjonalne, ale jednak czasem szkoda.

2. wobec czego żadnych szans na oczyszczający płacz, na niepohamowane łzy wypływające spod zmrużonych powiek i na popołudnie spędzone w najbliższym kościele z głową nisko opuszczoną w pokornym geście skruchy. pomimo wykorzystania przez gibsona absolutnie wszystkich dostępnych środków audio i wideo z zakresu mechaniki uczuć.

3. oba podstawowe zarzuty dotyczące filmu, a więc oskarżenia o antysemityzm i epatowanie okrucieństwem, należy uznać za bezpodstawne. jeżeli ktoś dopatruje się akcentów antyżydowskich w pasji to znaczy, że potrafi je odnaleźć wszędzie, wliczając w to transmisję z mistrzostw świata w lekkiej atletyce oraz książkę kubuś puchatek, autorstwa a.a. milne'a. okrucieństwo natomiast stanowi integralny element opowiadanej historii, więcej - okrucieństwo jest jej fundamentem, a forma filmowa pozwala oddać je z odpowiednią mocą, co też gibson czyni i chwała mu za to.

4. caviezel oscara nie dostanie.

(ciąg dalszy być może nastąpi)
10 kwietnia 2004, 01:14:10 :: komentarze (73)
w związku z modyfikacjami engine'u cBloga (vide odpowiedni blog po prawej stronie) zmianie uległy adresy RSS feeds. obecnie obowiązują następujące:

http://czerski.art.pl/cBlog/rss/blog.xml
http://czerski.art.pl/cBlog/rss/foto.xml
http://czerski.art.pl/cBlog/rss/ksiazka.xml
http://czerski.art.pl/cBlog/rss/c-blog.xml
http://czerski.art.pl/cBlog/rss/link.xml
http://czerski.art.pl/cBlog/rss/news.xml

dla tych, którzy nie wiedzą - RSS feeds to dokumenty języka XML, na podstawie których agregatory... albo od razu po ludzku: chodzi o to, że jeżeli zainstaluje się odpowiedni program (początkującym polecam FeedReadera, bardziej zaawansowanym - zdecydowanie RSSBandita) i poda mu adresy dokumentów RSS na swoich ulubionych blogach (i nie tylko) to on (czyli ów program) będzie automatycznie, co - na przykład - 15 minut, sprawdzał, czy pojawiły się na nich nowe notki. a jeżeli tak - krzyknie, machnie ręką albo dyskretnie mrugnie. dzięki czemu użytkownik przestaje tracić czas na czterdziestokrotne przeglądanie piętnastu blogów każdego dnia, a i tak jest na bieżąco.

tutaj można przeczytać bardziej szczegółowy opis i znaleźć informacje dotyczące kanałów RSS na serwerze blog.pl, jeżeli ktoś jest zainteresowany.
08 kwietnia 2004, 21:01:40 :: komentarze (147)
kiedy wybieram się w dłuższą podróż pociągiem staram się mieć pod ręką jakąś książkę. zdarza się jednak i tak, że jedyną książką w promieniu trzech metrów od biurka jest, powiedzmy, język xml i jego zastosowania - dzieło skądinąd wybitne, ale cechujące się wyjątkowo mętną fabułą. w takich sytuacjach nie mam wyboru i kupuję jeden z kolorowych tygodników, kierując sie przy tym swoistą trójpolówką - wiadomo, że w jednym serce mają po lewej stronie, w drugim po prawej, a w trzecim w okolicach mostka, więc czytam je naprzemiennie, zakładając, że umysł na który działają dwie siły o identycznym kierunku i tej samej wartości, ale o przeciwnych zwrotach, etc. w ten właśnie sposób nabyłem w zeszłym tygodniu wprost, na którego okładce widniała panna trzymająca trzy pigułki i wyróżniony tytuł narkotyk dla każdego. [tekst źródłowy]

w publicystyce społecznej temat narkotyków to evergreen z wierzchołka listy przebojów - pasuje zawsze i wszędzie, nieodmiennie emocjonuje, a chociaż wydawać by się mogło, że po raporcie o narkomanii wśród studentów, reportażu o narkotykach w liceum i dwudziestu ośmiu wielkich artykułach, poświęconych narkotyzującym się klabersom, gimnazjalistom, ministrantom, lekarzom, seminarzystom i babciom klozetowym, na temat narkotyków nie da się wymylić już niczego nowego - zawsze można w przyredakcyjnym laboratorium wyprodukować nowy trend. na przykład syntetyczne narkotyki.

kiedy mamy już dobry leitmotiv musimy wymyślić jebitny lead, który wyraźnie zasygnalizuje jak poważna jest sytuacja, przy jednoczesnym zachowaniu pozorów całkowitej obiektywności - te warunki znakomicie spełnia na przykład następujący nagłówek: marihuanę biorą na imprezach, ecstasy na dyskotekach, a amfetaminę przed egzaminami. kto? no - oni. jacy oni? no tacy, którzy chodzą na imprezy albo dyskoteki albo egzaminy. znaczy się - prawie wszyscy, w każdym razie od czternastego roku życia wzwyż.

a dalej ta sama mętna breja co zawsze przy podobnych okazjach, uwaga, cytuję: tylko 3 zł kosztuje działka amfetaminy zapewniająca kilkugodzinny odlot (...) narkotyki stały się najtańszymi i najpowszechniejszymi na rynku uzależniaczami. w każdym większym polskim mieście można je zamówić przez telefon i otrzymać szybciej niż pizzę (...) syntetyczne narkotyki można kupić łatwiej niż piwo, obecnie na spotkaniach przyjaciół "kopci się skuna" albo "speeduje" tak, jak kiedyś piło się piwo. znaczy się - wszystko po staremu, bo toczka w toczkę te same brednie czytałem rok, dwa, trzy i pięć lat wstecz: narkotyki są wszędzie, diler na każdym rogu, a dostawa szybsza od straży pożarnej na ostrym dyżurze. tymczasem w złotym okresie trójmiejskiej dilerki (mniej więcej dwa lata temu według moich obserwacji) spędziłem kiedyś dobre dwie godziny jeżdżąc z przypadkowym zupełnie i mocno chemicznym towarzystwem w poszukiwaniu amfetaminy i haszu (tzn. oni szukali, a ja uczestniczyłem w całej imprezie przypadkowo, w ramach udzielania kierowcy korepetycji z matematyki, mniejsza) - dziwnym trafem stali klienci musieli zjeździć kilka melin zanim udało im się zaopatrzyć. no owszem, słyszałem o dowozie na telefon. raz. w gdańsku takie dziwo funkcjonowało, a opowieść o nim krążyła między ludźmi jak bajka o żelaznym wilku. później podobno faceta przymknęli i się skończyło. nie wiem jak jest gdzie indziej, być może na mitycznych ponurych blokowiskach, na które nawet wilq boi się wejść po zmroku, rzeczywiście tak to wygląda i w taki się sposób toczy.

co ciekawe - artykuł poświęcony narkotykom syntetycznym jest wzbogacony licznymi zdjęciami marihuany, a nawet szczegółowym opisem działania tejże (w osobnej ramce, obok amfetaminy i ecstasy - żeby było ciekawiej: o metadonie nie ma choćby wzmianki). związku nie widzę, podejrzewam więc, że tekst wyszedł za krótki i trzeba było coś przekleić z innego, ewentualnie dolać nieco wody.

no tak - oczywiście wszyscy są zatroskani: terapeuci z monaru zgodnie twierdzą, psycholog mówi, szefowa ośrodka rehabilitacyjnego przestrzega; 80% uczniów zna narkotykowy slang, szesnastoletnia magda zaś przekonuje, że na balandze trzeba się ujarać, bo wtedy jest zajebista śmiechawa (czy ktoś może mi pokazać szesnastolatkę używającą określenia balanga?); narkotykami handlują policjanci, nauczyciele, psychologowie, księża. znowu: jacy policjanci, jacy księża? ano, chyba wszyscy. albo bardzo wielu, całe mnóstwo.

i tak do samego końca - wyświechtane banały w trybie beznamiętnie oznajmującym, natrętne stosowanie liczby mnogiej, nastrój grozy osiągany za pomocą niewyszukanych środków. wnioski podane na tacy. żadnych pytań, żadnych refleksji, najmniejszej nawet próby bardziej precyzyjnego zdefiniowania całej kwestii, naszkicowania konkretnego tła społecznego, wniknięcia w istotę problemu, rozsądnego oszacowania jego rozmiarów. jak ktoś kiedyś ujął to w komentarzach: dziennikarstwo stargetowane na statystycznego inżyniera z przykładowego płocka.

taki artykuł to oczywiście drobiazg. nie zaszkodziło mi przecież, nie łyknąłem tego, temat jawi mi się innym niż w ujęciu proponowanym, nic się nie zmieniło - to właściwie wszystko. tylko, no właśnie, za dwa tygodnie przeczytam raport o kondycji polskiej gospodarki, być może równie głupi - i tego już nie wyczuję. i wezmę za dobrą monetę wszystkie poczynione przez autorów odkrycia i uwierzę w zaprezentowane wnioski. no dobrze - podręcznik mikroekonomii i tak jest od pewnego czasu na liście planowanych lektur, ale co dalej? zdobywać co najmniej podstawową wiedzę ze wszystkich dziedzin nauki czy przestać czytać gazety i tym samym ostatecznie rozstać się z powszechnie dostępnymi mediami informacyjnymi?

a przed momentem miałem czarowną wizję pisma, publikującego wyłącznie rzetelne artykuły i tworzonego przez dziennikarzy, którzy swoje prywatne przekonania wyrażają w tekstach w sposób wystarczająco transparentny, żeby czytelnik mógł bez trudu określić gdzie kończą się fakty a zaczyna komentarz odautorski. na wyspach bergamutach podobno jest kot w butach. i słoń z trąbami dwiema.
03 kwietnia 2004, 02:09:30 :: komentarze (61)
up