"czaty nie są już trendy, blogi przestały być cool - teraz w internecie liczy się tylko grono" - mówi szesnastoletnia joanna, uczennica jednego z warszawskich liceów - zgaduję, że zapewne tak będzie się zaczynał artykuł w którymś z moich ulubionych kolorowych tygodników. podstawowy problem z opisaniem grona polega na tym, że nie można go zobaczyć od środka dopóki nie dostanie się zaproszenia (jeżeli komuś zależy niech poda swój adres email w komentarzach), co oficjalnie ma zapobiegać dołączaniu się osób przypadkowych (swoją drogą - nomenklatura nazewnicza z ery przedinternetowej, w sieci wszyscy są przypadkowi), a nieoficjalnie, podejrzewam, ma jakieś sekretne konotacje ze strukturą bazy danych. tak samo, jak brak możliwości usunięcia swojego konta (chyba, że się wykorzysta maleńką dziureczkę w zabezpieczeniach, mniahaha).
teraz, ujmując rzecz możliwie najprościej, pomiędzy pierwszym zalogowaniem się do grona a ewentualnym pojawieniem się chęci zniknięcia stamtąd znajduje się przedgronie, śródgronie i zagronie. przedgronie polega na stworzeniu swojego profilu - zdjęcie, krótki opis, jakiś link, takie rzeczy. kiedy mamy już własny profil i jednego znajomego (tego, który nas zaprosił) w kontaktach, możemy zająć się śródgroniem, a więc poszukiwaniem dawno nie widzianych kolegów, zapomnianych przyjaciół, brata porwanego w dzieciństwie przez cyganów, miłości na resztę życia albo przyszły tydzień i tak dalej. tylko tyle i aż tyle. od osoby do osoby, skacząc po kolejnych węzłach grafu, wysyłając zaproszenia do swojej listy lub krótkie wiadomości w obrębie serwisu. niby nic, a nad wyraz skutecznie wciągnęło mnie na kilka dobrych godzin, odrywając od ulubionego ostatnimi czasy zajęcia, czyli nad wyraz intensywnego przeżywania traumatycznego poczucia ostatecznej, transcendentnej, egzystencjalnej pustki.
podstawowa zaleta komunikacji wewnętrznej to jej niezobowiązujący charakter - wiadomości mają charakter mailowy, ale są ograniczone do 2kB - i czegoś takiego mi w sieci brakowało. wiadomo, w życiu jak to w życiu, z jednymi chodzi się na piwo, z innymi rozmawia długownoc, a z trzecimi wymienia się kilkanaście zdań przy okazji przypadkowych spotkań - tymczasem w sieci do dyspozycji były komunikatory, na dłuższą metę męczące, a ponadto stwarzające ryzyko przeciążenia listy dalszymi znajomymi królika (co prowadzi zazwyczaj do radykalnego kroku polegającego na zmianie numeru i rozesłaniu go do kilku najważniejszych kontaktów, po pewnym jednak czasie cały proces się powtarza), albo maile - które jednak mają niebezpieczną tendencję do wydłużania się co rundę (a kto kiedyś odpisywał na trzydziestokilobajtowy list ten wie, że coś takiego może ostudzić najcieplejsze uczucia). tymczasem tutaj jest czysto, sucho i pewnie - odpisuję teraz albo za godzinę albo nawet jutro, a skupiam się na wątku głównym, unikając dygresji przekształcających sie w osobne wątki czy wręcz całe powieści.
czego natomiast brakuje to trzeciej części, czyli zagronia. jest forum, tablica ogłoszeń też jest, niby można się zrzeszać w mniejsze grupy, ale już własnego forum taka grupa nie założy. słabo, jak na serwis budujący internetowe społeczności - i bardzo możliwe, że to okaże się za jakiś czas przyczyną upadku całej idei.
póki co radek tereszczuk (z którym pewnie długo jeszcze nie zamieniłbym ani słowa, gdyby nie grono) wspomniał, że już wkrótce do serwisu dołączone zostaną moduły pozwalające na wizualizację zależności pomiędzy poszczególnymi osobami - i to będzie moim zdaniem niezwykle ciekawe, niezwykle. taka mapa. dusze towarzystwa i peryferie znajomości. silnie zlinkowane obszary netartu, blogów, fotoblogów i demosceny oraz mosty pomiędzy nimi. już teraz widać, że całe to bagienko łączy sieć nadzwyczaj bliskich znajomości, czego właściwie powinienem się był spodziewać. od dowolnej osoby ze sceny czy z blogów dzielą mnie co najwyżej trzy skoki, a najczęściej dwa - niemal każdy okazuje się być znajomym znajomego. wszyscy jesteśmy zanurzeni w tej samej, amorficznej, rozedrganej masie.
