czas matur dobiega końca. opierając się na dostępnych mi danych dotyczących ocen rozmaitych jednostek znanych lepiej lub gorzej oraz korzystając z ponadczasowej zasady indukcji wnioskuję, że średnia średnia (korekta - nie poprawiać tego!) maturalna w skali kraju wynosi około 5.6, być może - ach! - być może nieco więcej. taką mamy zdolną młodzież w naszym kraju, taka przed naszą ojczyzną przyszłość jaśnieje świetlana, takie właśnie bystre nad wyraz pokolenie opuszcza mury szkół średnich i pełne szlachetnego zapału zapełni już wkrótce korytarze elitarnych uczelni, aby dzięki sumiennej nauce i wrodzonym talentom zdobyć upragniony wysoki status społeczny, pozwalający (stawiam dolary przeciwko orzechom) na spokojne przepieprzenie reszty życia na tańcach, hulankach i swawolach.

tymczasem ja zaczynam powoli czuć nieświeży oddech rynku pracy, który tylko czyha na dogodny moment, żeby mnie złapać za nogę zębami i już nie puścić. nie tak dawno, dwa albo trzy lata temu, ośnieżony szczyt marzeń wizualizował mi się w formie wygodnego krzesła przy solidnym biurku, na którego blacie spoczywa słusznych rozmiarów ekran lcd - ja w owej wizji znajdowałem się, jak nietrudno zgadnąć, na krześle, i pieściłem dłońmi ergonomiczną klawiaturę. w charakterze tła dźwiękowego występował kojący szum wiatraczków wentylacyjnych i ciche popiskiwanie jakiegoś migającego wesoło diodami pudła. obecnie tamta wizja nie pociąga mnie, o dziwo, w najmniejszym stopniu, a wręcz przeciwnie - wywołuje mimowolną reakcję ucieczkową. w ramach ponownego odkrywania banałów przypomniałem sobie po pierwsze wszystkie gadki o korporacjach, które - w głodzie swym nienasycone - przerabiają ludzi na kółka zębate, po drugie zaś - ludową mądrość głoszącą, że życie jest tylko jedno. wspomnienie pierwsze nabrało nowej głębi kiedy wyobraziłem sobie codzienne poświęcanie ośmiu roboczogodzin pracy mózgu na ofiarną pomoc w realizacji strategicznych celów firmy, wspomnienie wtóre zaś po piętnastym powolnym powtórzeniu sobie w myślach eksplodowało feerią barw - i oniemiałem, pojąwszy w jednej chwili, że życie mam w istocie tylko jedno i że za pierdoły trzeba będzie przecież w końcu zapłacić. tak zwane realizowanie się w normowanej czasowo pracy zarobkowej wydaje mi się zaś pierdołą straszliwą, szczególnie jeżeli pozwalam sobie na luksus oglądu szerszego i przykrością orientuję się, że dwadzieścia trzy dotychczasowe lata wykorzystałem raczej średnio.

w efekcie uczę się pilnie przez całe ranki z filozoficznej pierwszej czytanki, postanowiłem bowiem studiować przez kolejnych pięć lat, czy może raczej - nareszcie studiować, bo moja dotychczasowa edukacja na poziomie wyższym była raczej czymś na kształt handlu wymiennego: przepustka na kolejny etap w zamian za pewną liczbę jednostek czasu i pewną liczbę jednostek zdrowia. wracając: filozoficzna pierwsza czytanka stanowi jak dotąd bardzo przyjemną lekturę, chociaż angelo, który jest kilkadziesiąt stron dalej, twierdzi, że - cytuję - epistemologiczne idealizmy transcedentalne, transcedentalne idealizmy subiektywne, idealizmy obiektywne i realizmy kurwa jego mać chujwiejakie; ja nie wiem - czy oni jebnęli skrypt do permutacji 3 wyrazowych członów, gdzie w = {epistemologiczny, immanentny, transcedentalny, idealizm, realizm, obiektywny}?

drugą częścią złożonego planu zapewniania sobie wolności (którą kocham i rozumiem, tra la la, oddać nie umiem) jest z kolei krystalizujący się ostatnio pomysł, aby nie opuszczać chłodnych murów wydziału eti, a wręcz przeciwnie, pozostać w nich na kolejne cztery lata. koncepcja jest o tyle niezła, że - primo - studia doktoranckie na semestrze pierwszym to raptem dziesięć godzin w tygodniu (wliczając w to trzy godziny prowadzenia zajęć ze studentami), a na kolejnych - jeszcze mniej, secundo zaś - rozpoczęły się już pomiary w miejscu budowy nowego wydziału politechniki, który, jak wieść niesie, ma nosić nazwę wydziału nauk informacyjnych. jeżeli tak - to ja tam chcę. żeby nie było jednak zbyt przyjemnie - moja średnia z pięciu lat studiów nie pozostawia żadnych wątpliwości: jeżeli mam fantazję zostać na doktoranckich to tylko tam, gdzie mnie zechcą, a nie na odwrót. co z kolei oznacza, że - jeżeli już - ląduję na najbardziej kosmicznej z katedr i uczę się znajdować szczególną przyjemność w kolorowaniu grafów, obliczaniu złożoności obliczeniowej algorytmów i sprawdzaniu pierwszości liczb.

tym wszystkim zacznę się jednak martwić jutro, pojutrze, najdalej za miesiąc. na razie spokojnie czytam książki na które w antykwariacie wydałem ostatnio kwotę niebagatelną i nucę pod nosem co zrobisz gdy ci powiem, że mózg nie jest w głowie?, bo po kilku latach odkryłem ponownie mózgową płytę mazzola i arytmicznej perfekcji. jest tak sobie, lepiej nie będzie.
29 maja 2004, 22:55:17 :: komentarze (94)
kto rano wstaje, temu pan bóg daje - mówi stare przysłowie, niestety najwyraźniej nieaktualne z powodu niefortunnej dezercji boga (jak to ujął jakiś filozof albo może kto inny, w każdym razie gdzieś przeczytałem). w ciągu ostatnich trzech tygodni dużym nakładem sił dokonałem skomplikowanej operacji przestawienia organizmu na powszechnie przyjęte godziny urzędowania: pobudeczka o siódmej trzydzieści, głęboki oddech zamiast zwyczajowego tego-owego i twoją matkę też, następnie śniadanko, nieco kultury fizycznej, glukoza, pożywny posiłek, kolejny pożywny posiłek - wzorowy początek dnia,

dalej jest niestety trudniej i żeby opisać to, co dzieje się z moim świeżo przestawionym organizmem pomiędzy południem a godziną dwudziestą musiałbym używać wielu wyrazów takich, jak zwała, padaka, dół, czy kefa, których używać nie będę w trosce o czystość języka. ograniczę się więc do stwierdzenia, że w wyżej wymienionym okresie głównie leżę, przysypiając niekiedy, oglądam telewizję (utwierdzając się leniwie w przekonaniu, że nie warto), gapię się tępo w sufit albo ścianę, prowadzę mrukliwe monologi wewnętrzne i skupiam się na odczuwaniu niezbyt dotkliwego bólu po kompletnie nieuświadomionej stracie.

ożywienie następuje wieczorem, zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo spać chodzę zazwyczaj przed północą, a w ciągu czterech godzin niewiele da się zrobić. w związku z czym nie robię niczego. szczególnie zaś nie robię pracy magisterskiej, nie wywiązuję się z obowiązków studenta, nie przygotowuję do egzaminów na filozofię oraz nie piszę. na przykład notek. na przykład o koncercie pidżamy porno, na którym doznałem swoistego objawienia, że wychowałem się na rokendrolu i nigdy od tego nie ucieknę, że nawet mając lat trzydzieści i ustabilizowaną sytuację zawodowo-materialną typu krawat i garnitur też będę chodził na koncerty, upijał się czym popadnie, właził w największy tłum, pływał na rękach, spadał na ziemię rozpieprzając sobie staw skokowy, inkasował kilka szybkich ciosów łokciem od ochrony i tak dalej. że nawet boski miles - nie wspominając o najbardziej porywających wykonaniach piątej symfonii - będzie jednak przegrywał z gdy zostajesz u mnie na noc nie myślę o śmiertelnych czasach, a wszystkie technicznie doskonałe wiersze i wysublimowane językowo fragmenty prozy poetyckiej, do wypęku nasączonej ukrytymi sensami i metacytatami - muszą ustąpić pierwszeństwa pijackiemu zawodzeniu oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba (co ogólnie być może powinno być powodem do zażenowania, ale wszelkie zażenowanie jest bezcelowe). no więc o tym nie piszę. albo o tym, jak w pociągu pospiesznym kaliningrad - gdynia główna osobowa poznaję romana, pracownika budowlanego - i w ciągu pięciu minut zaczynam rozumieć na czym polega beznadzieja życia w tym kraju. na tym, że pracując codziennie od ósmej do osiemnastej roman może bez większych problemów utrzymać rodzinę. i tylko tyle. i na tym, że roman mógłby wyjechać na rok do kanady, ale się boi, bo nie zna języka, i że bardzo chciałby się nauczyć języka i wiele dałby za to, żeby mieć szansę nauczenia się języka - ale mimo, że pracuje dziesięć godzin dziennie, nie ma żadnych szans na odłożenie pieniędzy potrzebnych na jakikolwiek kurs językowy. tak więc roman nie umrze z głodu, bo w naszym kraju z głodu się przecież nie umiera, ale też roman nie ma żadnych szans na to, żeby cokolwiek osiągnąć. ot, życie w czystej formie.

tak więc nie piszę o koncercie ani o romanie, chociaż mógłbym, a nawet powinienem, nie piszę także o kilku innych sprawach, nie robię kilku ważnych rzeczy, nie wykorzystuję danych mi szans - po prostu jestem, leżę, gapię się, trwam. najciekawszym pomysłem na ciąg dalszy wydaje mi się aktualnie spłodzenie syna, umożliwienie mu tak zwanego dobrego startu życiowego, zaszczepienie ducha walki i potrzeby pięcia się w górę, a następnie spokojne obserwowanie, jak sobie chłopak nie radzi, jak się potyka, szarpie, miota, ciska, słabnie. ciało z ciała, krew z krwi mojej, coś z niczego.
17 maja 2004, 23:08:21 :: komentarze (93)
potraktujmy to jako swoisty coming out: tak, oglądam klan. regularnie, każdy odcinek, o ile tylko jestem w pobliżu telewizora. oglądam klan i przyznaję się do tego heroicznie, z podniesioną głową. przyznaję, że oglądam klan, bo ostatecznie każdy głupi potrafi nie oglądać klanu, szydzić z michała wiśniewskiego, drwić z paulo coelho i tak dalej. co nie znaczy, że słucham ich troje i czytuję alchemika. ale klan oglądam.

klan oglądam wspólnie z siostrą. bardzo nas to oglądanie integruje. jesteśmy całkowicie zgodni co do tego, że nic tak nie oczyszcza organizmu z agresji jak dwadzieścia minut spędzonych przed telewizorem na dubbingowaniu, dopowiadaniu kwestii, nadawaniu perwersyjnych znaczeń gestom i spojrzeniom oraz opowiadanie sobie treści odcinka własnymi słowami. w treści opowiadanej własnymi słowami bohaterowie otrzymują zresztą nowe imiona: dziadek niedowładysław, doktor you-bitch, ruda dziwka, testosteron, blada szmata - i tak dalej. przy czym, nadal zgodnie, szczególnym uczuciem darzymy rudą dziwkę. ruda dziwka wywołuje w nas zwierzęcą agresję: każde jej wejście przyjmujemy pomrukiem nienawiści, każde niepowodzenie skłania nas do przybijania sobie piątek, a każda wypowiedź - do mamrotania sugestii dotyczących tego, co naszym zdaniem powinna robić ze wszystkimi menelami z warszawy i okolic. jest to swoiste, skondensowane katharsis, dzięki któremu negatywne wibracje i złe emocje zostają wyrzucone z organizmu, a właściwie wystrzelone prosto w ekran. jestem głęboko przekonany, że gdyby aktorka kreująca (znacie ten skecz?) postać rudej dziwki, słyszała połowę inwektyw kierowanych pod swoim adresem w czasie jednego tylko odcinka klanu - nie stanęłaby przed kamerą nigdy więcej.

oglądam więc klan, chociaż najczęściej nie pamiętam co się wydarzyło poprzedniego dnia i gdyby kiedyś telewizja omyłkowo nadała, powiedzmy, odcinek 465., to zorientowałbym się, że coś jest nie tak mniej więcej w połowie. tymczasem niedawno zorientowałem się właśnie, że coś jest bardzo nie tak, ponieważ ni z tego ni z owego wszystkie serialowe rodziny dostały ostrej manii konsumpcyjnej, polegającej na robieniu gigantycznych zakupów za niewielkie pieniądze i prowadzeniu długich dysput na parkingu przed sklepem spożywczym - przy czym ujęcie obejmuje oczywiście logo sklepu. konkretnie - sieci sklepów spożywczych, o której wiadomo skądinąd, że bije wszystkie dotychczasowe rekordy jeżeli chodzi o finansowe niszczenie swoich dostawców i sprzedawanie towarów najniższej jakości, nafaszerowanych chemią jak przeciętny clubers o czwartej nad ranem.

i to jest, moim zdaniem, przegięcie. ja wiem - product placement kręci wszystkich chłopców z agencji reklamowych, przed product placementem nie ma ucieczki - ale to, co funduje widzom ekipa realizująca klan, to nie jest nawet product placement, tylko ordynarna kryptoreklama atakująca bez słowa ostrzeżenia. co więcej - mam wrażenie, że obecne w serialu od zawsze wątki edukacyjne zaczynają dryfować właśnie w kierunku kryptoreklamy: jeżeli jakiś tam pan zdzisio mówi, że najlepszym sposobem na ochronę domu jest wynajęcie stałego dozoru agencji ochroniarskiej to właściwie wszystko jest w porządku, natomiast podejrzewam, że kiedy skończy się aktualny kontrakt pan zdzisio zacznie podawać nazwę konkretnej agencji, doktor you-bitch - czytać do kamery własne recepty (z uzasadnieniem dlaczego wybrał właśnie lek X), ruda dziwka będzie się afiszować z tamponami i testami ciążowymi, dzieci rysia zaś nadal będą myć ręce dwadzieścia razy dziennie, ale informując, że mydło Y zapewnia im lepszą ochronę przed bakteriami niż jakiekolwiek inne. całość zaś zakończy się wielkim kolapsem, kiedy do każdego z dwustu pięćdziesięciu uśmiechów, jakie wymieniają między sobą w jednym odcinku bohaterowie serialu, dodawane będzie logo producenta pasty do zębów (w przypadku dziadka niedowładysława - firmy wytwarzającej płyn do mycia sztucznych szczęk). tak to się skończy.
14 maja 2004, 02:17:05 :: komentarze (102)
ponieważ jestem zwolennikiem silnej policji, stojącej niewzruszenie na straży prawa, nie mogę nie odnotować faktu konsekwentnego realizowania przez polską policję strategii zdecydowanej, bezpardonowej walki z przestępczością. w ciągu kilku zaledwie ostatnich dni nasze służby porządkowe posłały do piachu dwóch groźnych bandytów, a troje innych trwale okaleczyły, udowadniając tym samym, że nieprawdziwy jest mit policjanta który broń wyciąga dopiero wtedy, kiedy sam został zabity, a i to dopiero po trzykrotnym ostrzeżeniu pisemnym. owszem, pewna grupa malkontentów, licząca około trzydziestu milionów osób, wyraża niejakie obiekcje związane z tym, że - najprawdopodobniej - wszyscy trwale unieszkodliwieni za pomocą zmasowanego ostrzału złoczyńcy okazali się zwykłymi obywatelami - nie sądzę jednak, żeby narzekania mogły powstrzymać triumfalny marsz ku publicznemu ładowi. więcej - z tego miejsca zobowiązuję się wycharczeć ostatkiem sił słowa pełnego poparcia dla zdecydowania policjantów, nawet gdyby omyłkowo rozpruli mnie za pomocą czterdziestu pocisków kaliber 9 wywalonych bez uprzedniego okazania legitymacji czy chociaż powiedzenia zwyczajowego dobry wieczór, albo wypatroszyli przy użyciu salwy dwunastomilimetrową breneką załadowaną zamiast gumowych kul. obawiam się jednak, że mój gorący zapał pozostanie niewykorzystany, bo - na ten przykład - wczoraj pomiędzy pierwszą a trzecią w nocy na dworcu gdynia główna osobowa nie zaobserwowałem choćby jednego patrolu, w związku z czym poczułem się zobligowany do wyjaśnienia przypadkowo napotkanemu podróżnemu ze szczecina, że wprawdzie może się wybrać w półkilometrową pieszą podróż na stację benzynową celem zakupienia piwa, ale jeżeli uda mu się przejść ponad dwieście metrów to już będzie oznaczało, że jest w czepku urodzony. chyba miał wątpliwości, bo zrezygnował z wyprawy.
09 maja 2004, 19:26:02 :: komentarze (148)
w podstawówce miałem w klasie taką dziewczynę (nazwijmy ją - czy ja wiem - ula, chociaż miała inaczej na imię), wychowywała ją matka w strasznej biedzie, gnieździli się w trzy osoby w jakiejś komórce drewnianej wynajmowanej od ludzi. ula chodziła zawsze w zniszczonych dresowych ubraniach z niemieckich paczek, a zeszyty - zamiast w eleganckich, plastikowych okładkach - miała w zwykłej folii śniadaniowej pozaklejanej taśmą samoprzylepną. a na tym dresie, pamiętam do dziś, był napis winner, co za makabryczna ironia losu. poza tym nie wkładała koszulki w spodnie i chodziła z takimi białymi płachtami wystającymi zewsząd, a w środku lekcji potrafiła wyciągnąć kanapki i spokojnie zacząć je jeść. wszyscy się nią brzydziliśmy, kimś trzeba było, a ja celowałem we wszelkich szykanach, chyba w poczuciu specyficznej wdzięczności za to, że zajęła miejsce popychadła, a przecież mogło paść na mnie. w dodatku szybko wyrosły jej piersi, zresztą nic dziwnego, sądząc po nazwisku miała geny rosyjskie czy białoruskie i od początku zapowiadała się na zdrową, wiejską dziewuchę, ale te piersi to był gwóźdż do trumny, całe godziny spędzaliśmy niekiedy na opowiadaniu sobie jak bardzo byśmy się porzygali gdyby przyszło nam dotknąć jej cycków, dosłownie tak to brzmiało. po podstawówce zniknęła z widnokręgu jeszcze skuteczniej niż inni, a później ktoś powiedział mi, że studiuje i to potwierdzona informacja - kto by pomyślał, ula, klasowy ogon, przepychany z litości z klasy do klasy, chociaż trzeba przyznać, że przez większość czasu czytała, książkę za książką, no a paręd dni temu przyszła do mnie matka i powiedziała, że właśnie widziała ulę w telewizji, podobnie jak cały kraj, bo właśnie ula urodziła jedno z pierwszych dzieci w naszej nowej, o dwadzieścia procent bardziej europejskiej ojczyźnie (i boże, gdybyś widział, jaka piękna dziewczyna, jak ona wyładniała, chociaż widać, że wyczerpana tym porodem). no więc to jednak prawda - ostatni stają się pierwszymi.

przypomniałem sobie wtedy ulę i tę nienawiść, z jaką ją kiedyś atakowaliśmy jako najsłabszą w stadzie - i bliski byłem płaczu. oto prawdziwy żal za grzechy, nawet jeżeli powodowany jest tylko nawrotem choroby i wymknięciem się sfery emocji spod kontroli rozumu. kiedy ego śpi, swój obmierzły łeb podnosi id, tymczasem długi weekend i europa i to wszystko, więc jestem zdany na siebie. ostatecznie znamy się z takimi stanami nie od dziś, a mój ulubiony bohater filmowy zwykł mawiać jestem już duży, nie potnę się. jakoś tak to szło mniej więcej. w każdym razie etap pisania listów pożegnalnych mam za sobą, co bardzo dobrze świadczy o mojej samoświadomości (komisja wyraża uznanie i przyznaje pięć punktów), ale stwarza przy okazji ryzyko, że w pewnej pięknej chwili zawinę się stąd nie zostawiając po sobie niczego poza nieopłaconym rachunkiem za telefon, ewentualnie, jak w tej słynnej anegdocie, kartką z napisem malinoski jest chuj. co będzie ciężkim orzechem do zgryzienia dla nielicznie zgromadzonej publiczności.
05 maja 2004, 14:26:27 :: komentarze (72)
up