w przypadku ogólnym jako obywatel jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. niespotykanie. jest we mnie wiele spokoju, ogromnie duże mnóstwo, jestem spokojny jak ciężarówka pełna pieprzonych medytujących mnichów tybetańskich. nie wyprowadza mnie z równowagi ani sytuacja służby zdrowia, ani fatalne prognozy gospodarcze na drugie półrocze, ani nawet fakt, że wszpani maria wiśniowiecka jest posłanką na sejm rzeczpospolitej polskiej. jak to się jednak mówi - bliższa ciału koszula, stąd też czasem trafia mnie straszliwy szlag w sytuacji obiektywnie zapewne dosyć mało istotnej, czy jak to nazywają sądy - znikomo szkodliwej społecznie. straszliwy szlag trafił mnie dzisiaj, tzn. wczoraj, kiedy na przedostatnim przystanku autobusu 85 do środka wpakowało się czterech canarinos zakładu komunikacji miejskiej. sprawdzili bilety, wyłuskali trzy osoby podróżujące na gapę, wyprowadzili je z autobusu - ja też wysiadłem, bo to akurat mój przystanek, wysiadłem więc, patrzę co się dzieje i oczom nie wierzę: z samochodu służbowego canarinos wysiada w tym momencie prawdziwy, uśmiechnięty, w pełni umundurowany policjant.

chodzi o to, że kontroler biletowy - z tego, co wiem - może co najwyżej zagrać na grzebieniu sto lat, a nie domagać się dokumentów (ustawa o ochronie danych osobowych plus inna ustawa, precyzująca jakie służby i kiedy mają prawo żądać okazania dowodu tożsamości) ani tym bardziej odwozić delikwenta na komisariat (ograniczenie wolności osobistej). ponieważ ta wiedza w społeczeństwie spopularyzowała się bardzo szybko canarinos poszli po rozum do głowy i zaczęli wozić jednoosobowy komisariat ze sobą, żeby był pod ręką na okoliczność legitymowania. to sprytne posunięcie ma jednak jeden skutek uboczny - jeżeli umundurowany policjant przez pół dnia siedzi w nysce kontrolerów to znak niechybny, że tego samego, pieprzonego, umundurowanego policjanta nie ma w tym czasie w kilkunastu miejscach tego miasta w których być powinien, a w których biją, kradną albo też rżną kozikiem. a pan, pani i całe społeczeństwo po to właśnie płaci podatki, ażeby ów policjant nie dopuszczał do bicia, okradania, że o rżnięciu kozikiem nie wspomnę - a nie po to, żeby woził się furą po przystankach autobusowych.

dawno temu, kiedy dwaj policjanci spisywali nas w sopocie za przechodzenie przez tory na ciężkim cyku, mój kolega zadał dramatycznym szeptem niedosłyszane przez nich na szczęście pytanie, które mnie szczerze rozbawiło i zapadło w pamięć: a gdzieście, chuje, byli, jak mi tydzień temu telefon zajebali? no więc gdyby to samo pytanie zadał dzisiaj mógłbym mu podać co najmniej jedną wysoce prawdopodobną odpowiedź.


postscriptum:
24 czerwca 2004, 01:50:35 :: komentarze (963)
wyborcza doniosła niedawno (tutaj), że firma streetcom ma zamiar wprowadzić nową na naszym rynku metodę marketingową, polegającą na wykorzystaniu lanserów. pojęcie lansera objaśnia osiemnastoletni paweł z warszawy: [lanser] jest to człowiek, który jest otwarty na wszystkie nowe sposoby wyrażania się w muzyce, ubiorze - i zna się na tym.

streetcom ma zamiar zebrać grupę trzystu takich osób, które następnie - jak wynika z tekstu - będą otrzymywać od reklamodawców produkty po to, żeby następnie lansować je wśród znajomych, wyznaczając nowy trend, polegający zapewne na zakładaniu na dupę takich a nie innych spodni, obżeraniu się określonym gatunkiem chipsów, maskowaniem zapachu spoconego ciała określonym dezodorantem etc. w ramach sprzężenia zwrotnego zaś - lanserzy mają węszyć, kumać czaczę, obczajać co jest grane i okresowo wysyłać internetem raporcik dotyczący tego co w oparach trawy piszczy. bombeczka i w ogóle kizimizinasigola.

z kolei tutaj można sobie poczytać o mechanizmie rozprzestrzeniania się trendów. trendy w tym ujęciu są czymś równie naturalnym jak to, że rzeki płyną - wiadomo, każda nowość rozprzestrzenia się stopniowo, a gdyby nie ten proces do dzisiaj polowalibyśmy na niedźwiedzie za pomocą kamiennych toporków. wydawać by się więc mogło, że nic bardziej szlachetnego od uświadamiania ludzkości, co jest obecnie modne, gdyby nie pewna istotna różnica pomiędzy wprowadzaniem nowej odmiany kukurydzy a wprowadzaniem nowych chipsów czy spodni - otóż we współczesnym świecie zmiany jakościowe produktów służących do konsumowania są tylko minimalne. ekstrapaprykowe chipsy, palące żywym ogniem dwa razy czy też spodnie z dodatkowym szwem na tylnej kieszeni nie posuwają bryły z posad świata choćby o milimetr, co, gdyby stosować rygorystyczną miarę, właściwie już samo w sobie odbiera im wszelkie uzasadnienie.

strasznie śmieszna rzecz w ogóle. pamiętam, że kiedyś słowo lans było określeniem - powiedzmy - autoironicznym w obrębie pewnej grupy, się mówiło lans, się myślało mniahaha i żyło dalej, tymczasem jakieś niesympatyczne intelektualnie grono zrobiło z tego lajfstajl, o czym dowiadywałem się różnymi kanałami i nie bardzo rozumiejąc co mi mówią. no bo jeżeli ktoś mi opowiada, że istnieją ludzie, którzy zajmują się hobbystycznie (czy wręcz profesjonalnie) pokazywaniem w odpowiednich miejscach i nawiązywaniem oraz kultywowaniem znajomości z odpowiednimi ludźmi - to ja w to z zasady nie wierzę, bo wydaje mi się to zbyt głupie, żeby było prawdziwe (swoją drogą w tym wieku powinienem już wiedzieć, że należy raczej mówić o czymś, że jest wystarczająco głupie, żeby być prawdziwe). ostatecznie o wartości człowieka - sądziłem - świadczy to, co tworzy, a więc produkuje, a nie najbardziej nawet rozległa wiedza o tym, gdzie, co, z kim i za ile konsumować.

skądinąd miałem - i mam nadal - pewne problemy ze zrozumieniem jednej ze stron zjawiska trendu czy mody. rozumiem i akceptuję sytuację, w której o czymś jest głośno, coś wywołuje szum, dyskusje, naturalną rzeczy koleją człowiek chce wiedzieć o co cały ten zgiełk, więc idzie do kina, kupuje książkę czy pożycza płytę. to jest sytuacja oczywista, która może budzić odruchy obronne tylko u takich radykałów, co to szerokim łukiem i dla zasady omijają wszystko, co nie należy do najgłębszego undergroundu i kiedy idą na ten przykład na koncert, to najlepiej, że odbywał się on w kopalnianej sztolni, kapela miała utajnioną nazwę i występowała w maskach, a o całym wydarzeniu wiedziały trzy osoby. natomiast problemy z racjonalizacją mam wówczas, kiedy chodzi o stronę wtórą, to jest właśnie o bywanie, ubieranie, posiadanie znajomości i szeroko rozumiane afiszowanie się. wedle mojego rozumu przyznanie się samemu sobie, że dzisiaj pójdzie się do klubu iks, ponieważ jest on modny, chce się kupić buty igrek, ponieważ są one modne, czy też cieszy się z osobistego poznania pana zet, ponieważ znajomość z zetem jest modna (mimo, że zet jest głupi jak but igrek, a bufonem śmierdzi na pięć metrów) - to jest akt straceńczej odwagi porównywalny chyba tylko z głębokim spojrzeniem w oczy lustrzanego odbicia i szczerym wyznaniem tak, ratlerek mojej sąsiadki pociąga mnie w sensie erotycznym.

zawsze kiedy myślę o tym wszystkim przypomina mi się sytuacja sprzed lat wielu. byłem wówczas małym groszkiem polnym, miałem pewnie dziesięć lat, a może nawet mniej. spędzałem wakacje u babci w mieście wejherowie, słynnym na całą polskę z powodu jednej piosenki zespołu kult, jednej pisarki i jednego pomysłu miejscowego komendanta policji, który swego czasu opracował plan zwalczania prostytucji przydrożnej metodą wysyłania w miejsca postoju pań lekkiej konduity pielgrzymek pieszych - ale to wszystko wydarzyło się później. w każdym razie spędzałem te wakacje na podwórku, w licznej gromadzie dzieci z trzech co najmniej kamienic, co już było dla mnie sytuacją nową, bo zasadniczo chowałem się sam (to zresztą wyłazi ze mnie w różnych momentach, ale nie o tym chciałem). spędzałem więc wakacje na graniu w policjantów i złodziei, gonieniu się między trzepakami i próbach zaciągania dziewczynek w kąt za śmietnikiem, kiedy nagle pewnego dnia jak grom z jasnego nieba gruchnęła informacja: stefan sklep otworzył! stefan (nie wiem jak miał na imię naprawdę) to był taki trochę od nas starszy koleżka z tego samego podwórka, zgrywający nieustannie ważniaka i celujący w dogryzaniu chłopczykowi jednemu, co był nieco upośledzony (chyba tylko ruchowo i potem mu przeszło). i nagle całe podwórko, te wszystkie chaotycznie poruszające się dotąd cząsteczki, wszystko zawirowało i wystrzeliło w stronę przesmyku pomiędzu kamienicami. pobiegłem za nimi, włączyłem się do tego szaleńczego biegu, do tego tupotu, pędu, krzyku - biegnąc rozglądałem się na boki, patrzałem na ich twarze, przed chwilą jeszcze normalne, a teraz wygięte w dziwnym grymasie, biec, biec, byle szybciej, byle nie zostać z tyłu - i wbiegliśmy do tego sklepu stefana, a właściwie jego ojca, chociaż akurat stefan siedział za ladą. ja zostałem w drzwiach, nie rozumiejąc nadal co się tutaj dzieje, a oni przywarli do oszklonych lad, pokazując sobie palcami tabliczki czekolady, paczki gum do żucia, lizaki, jakiś berbeć nieśmiało zapytał proszę pana, a ile kosztuje - proszę pana! na podwórku nie do pomyślenia, ale to nie było już podwórko, tu był wyraźnie określony podział, stefan z głową uniesioną wyżej jeszcze niż zazwyczaj po jednej stronie, a po drugiej cała reszta - i zaraz kilka osób pobiegło z piskiem do domu, poprosić matki o pieniądze, żeby kupić sobie gumę mambo - gumę! mambo! w nowym! sklepie!, ruda monika wdzięczyła się pytając ile kosztuje mleczna milka, a stefan tłumaczył małemu mariuszowi, którego tata dużo pił i który na obiad często jadł talerz zupy i kawałek chleba, że za darmo to się nic nie dostaje, jak nie ma pieniędzy to niech wraca na podwórko i żeby nie dotykał palcami lady, bo zaświni. a ja to wszystko obserwowałem stojąc w drzwiach, nie w środku, nie na zewnątrz, dokładnie pomiędzy - i często przypomina mi się tamten obrazek, te ich oczy błyszczące i gorączka w nich i ten dygot: biec, kupić, mieć. i teraz powinienem zbudować jakąś ładną paralelę pomiędzy tą historyjką a tym o czym pisałem wcześniej, ale nic takiego nie nastąpi, bo możliwe, że tutaj w ogóle nie ma żadnych związków, a ja jestem przeczulony, głupi i nie umiem się bawić.
18 czerwca 2004, 14:15:47 :: komentarze (64)
przed tygodniem wyszedłem z domu o ósmej, prosto w rześki, czerwcowy poranek, i ruszyłem w kierunku wskazywanym przez wiszącą w oddali złotą tarczę słońca. szedłem dziarskim i sprężystym krokiem początkującego sportowca, krokiem energicznym, pełnym werwy, krokiem, którym możnaby - zda się - przejść świat cały. przystanąłem na moment przy pobliskim kiosku i uśmiechnąwszy się najbardziej radosnym ze swoich uśmiechów do siedzącej w środku sprzedawczyni powiedziałem proszsz lakistrajki i wyborczom te z książkom. wyborczej z ksionszko jusz nie ma - odpowiedziała natychmiast sprzedawczyni, rozwalając tym samym w jednej chwili całą koncepcję tej scenki rodzajowej i wprawiając mnie w wyraźnie zapewne widoczne osłupienie

w którym trwałem aż do godziny ósmej dwadzieścia pięć, kiedy to udało mi się dopaść prawdopodobnie ostatni na dzielni darmowy egzemplarz imienia róży, w czwartym kolejnym sklepie. do zeszłego wtorku żywiłem głębokie przekonanie, że rumia to takie mysłowice północy (w mysłowicach, jak wiedzą wtajemniczeni, ludzie nie znają gazet, a być może druku w ogóle), tymczasem okazało się, że nawet tutaj inicjatywa wyborczej spotkała się z żywym zainteresowaniem mas czytelniczych - nawet jeżeli część tych mas książkę wzięła tylko dlatego, że ładnie wygląda jak ją położyć na tej półce pod telewizorem.

tydzień temu postanowiłem więc, że wreszcie, ten raz jeden, napiszę coś pozytywnego na temat polskiej prasy. kolekcja światowej klasyki gazety wyborczej składa się bowiem - jeżeli wierzyć rozpisce - z książek, które zdecydowanie należy znać, a przy tym za niewygórowaną sumę (15 pln) otrzymuje się naprawdę porządne wydanie, szyte - a nie klejone, na niezłym papierze i w miarę uczciwie zredagowane (w miarę, bo w czasie lektury imienia róży wyłapałem jakieś dziesięć literówek).

dodatkowo ujęło mnie wprowadzenie do całej serii napisane przez michnika - wynikało z niego, że dobór tytułów jest efektem gorących sporów w redakcji, że decyzje nie były podejmowane odgórnie, ale wykuwane w trudzie i znoju na rozżarzonym palenisku, zapalonym najpewniej od iskier strzelających snopami w momentach ścierania się światopoglądów. oto coś, pomyślałem sobie. nie dosyć, że wymyślili szlachetną ideę, to jeszcze włożyli w nią swoje serca, dążąc do wyważonej doskonałości.

trwałem więc w postanowieniu, że publicznie dam wyraz swojej aprobacie - niestety, niestety, co za niefart! - kuba z corporate monkeys pozbawił mnie złudzeń (tekst tutaj). rzecz jasna redaktor michnik nawet się nie zająknął (mniahaha) na temat licencji, którą wyborcza musiała zapewne wykupić od włochów. takoż o tym, że większa część listy została przeniesiona z kolekcji la republiccy i intellllektualne spory w redakcji wyborczej mogły dotyczyć co najwyżej tego, czy lepiej puścić iwaszkiewicza czy, bo ja wiem, bratnego. co oczywiście nie umniejsza w żaden sposób wartości samej kolekcji, budzi jednak lekki uśmiech politowania.

co napisawszy wracam do jednego z ulubionych ostatnimi czasy zajęć, czyli czytania kilku niedawno odkrytych (niekiedy - ponownie) blogów, na których młode laski zgrywają się albo na rozedrgane neurotyczki z borderlajnem, albo na niebanalnej urody intelektualistki, albo na rozmaite formy pośrednie, przerzucając się przy tym nazwiskami pisarzy, poetów i filozofów i starając się ukryć egzaltację pod pstrokatym dywanem uszytym ze strzępków rozmaitych postaw życiowych, prezentowanych przez cały wachlarz bohaterów literackich. efekty są rozbrajające, a co śmieszniejsze fragmenty krążą już po okolicy, używane jako zagajenia rozmów na gadu czy tlenie. żegnam się więc z państwem za pomocą doskonale wpisującego się w klimat cytatu z maila od mojego serdecznego druha: nie wiem, czy moja immanentna wewnętrzność głęboko osadzona w transcendentalnej energii rzeczywistości dostatecznie wyraża poczucie empatii wynikającej z apriorycznego nastawienia się do reakcji czysto behawioralnych, atawistycznych i zbliżonych do regresji osobowościowej na poziomie alteregoistycznych doznań hiperzmysłowych - nie potrafię jednak epatować quasi-optymizem, więc pozwólcie, że wszelkie dualistyczne rozterki zostawię ku rozmysłowi własnemu.
08 czerwca 2004, 14:18:35 :: komentarze (115)
up