wyborcza doniosła niedawno (
tutaj), że firma streetcom ma zamiar wprowadzić nową na naszym rynku metodę marketingową, polegającą na wykorzystaniu
lanserów. pojęcie lansera objaśnia osiemnastoletni paweł z warszawy: [lanser] jest to
człowiek, który jest otwarty na wszystkie nowe sposoby wyrażania się w muzyce, ubiorze - i zna się na tym.
streetcom ma zamiar zebrać grupę trzystu takich osób, które następnie - jak wynika z tekstu - będą otrzymywać od reklamodawców produkty po to, żeby następnie lansować je wśród znajomych, wyznaczając nowy trend, polegający zapewne na zakładaniu na dupę takich a nie innych spodni, obżeraniu się określonym gatunkiem chipsów, maskowaniem zapachu spoconego ciała określonym dezodorantem etc. w ramach sprzężenia zwrotnego zaś - lanserzy mają węszyć, kumać czaczę, obczajać co jest grane i okresowo wysyłać internetem raporcik dotyczący tego co w oparach trawy piszczy. bombeczka i w ogóle kizimizinasigola.
z kolei
tutaj można sobie poczytać o mechanizmie rozprzestrzeniania się trendów. trendy w tym ujęciu są czymś równie naturalnym jak to, że rzeki płyną - wiadomo, każda nowość rozprzestrzenia się stopniowo, a gdyby nie ten proces do dzisiaj polowalibyśmy na niedźwiedzie za pomocą kamiennych toporków. wydawać by się więc mogło, że nic bardziej szlachetnego od uświadamiania ludzkości, co jest obecnie modne, gdyby nie pewna istotna różnica pomiędzy wprowadzaniem nowej odmiany kukurydzy a wprowadzaniem nowych chipsów czy spodni - otóż we współczesnym świecie zmiany jakościowe produktów służących do konsumowania są tylko minimalne. ekstrapaprykowe chipsy, palące żywym ogniem dwa razy czy też spodnie z dodatkowym szwem na tylnej kieszeni nie posuwają bryły z posad świata choćby o milimetr, co, gdyby stosować rygorystyczną miarę, właściwie już samo w sobie odbiera im wszelkie uzasadnienie.
strasznie śmieszna rzecz w ogóle. pamiętam, że kiedyś słowo
lans było określeniem - powiedzmy - autoironicznym w obrębie pewnej grupy, się mówiło
lans, się myślało
mniahaha i żyło dalej, tymczasem jakieś niesympatyczne intelektualnie grono zrobiło z tego lajfstajl, o czym dowiadywałem się różnymi kanałami i nie bardzo rozumiejąc co mi mówią. no bo jeżeli ktoś mi opowiada, że istnieją ludzie, którzy zajmują się hobbystycznie (czy wręcz profesjonalnie) pokazywaniem w odpowiednich miejscach i nawiązywaniem oraz kultywowaniem znajomości z odpowiednimi ludźmi - to ja w to z zasady nie wierzę, bo wydaje mi się to zbyt głupie, żeby było prawdziwe (swoją drogą w tym wieku powinienem już wiedzieć, że należy raczej mówić o czymś, że jest
wystarczająco głupie, żeby być prawdziwe). ostatecznie o wartości człowieka - sądziłem - świadczy to, co tworzy, a więc produkuje, a nie najbardziej nawet rozległa wiedza o tym, gdzie, co, z kim i za ile konsumować.
skądinąd miałem - i mam nadal - pewne problemy ze zrozumieniem jednej ze stron zjawiska trendu czy mody. rozumiem i akceptuję sytuację, w której o czymś jest głośno, coś wywołuje szum, dyskusje, naturalną rzeczy koleją człowiek chce wiedzieć o co cały ten zgiełk, więc idzie do kina, kupuje książkę czy pożycza płytę. to jest sytuacja oczywista, która może budzić odruchy obronne tylko u takich radykałów, co to szerokim łukiem i dla zasady omijają wszystko, co nie należy do najgłębszego undergroundu i kiedy idą na ten przykład na koncert, to najlepiej, że odbywał się on w kopalnianej sztolni, kapela miała utajnioną nazwę i występowała w maskach, a o całym wydarzeniu wiedziały trzy osoby. natomiast problemy z racjonalizacją mam wówczas, kiedy chodzi o stronę wtórą, to jest właśnie o bywanie, ubieranie, posiadanie znajomości i szeroko rozumiane afiszowanie się. wedle mojego rozumu przyznanie się samemu sobie, że dzisiaj pójdzie się do klubu iks, ponieważ jest on modny, chce się kupić buty igrek, ponieważ są one modne, czy też cieszy się z osobistego poznania pana zet, ponieważ znajomość z zetem jest modna (mimo, że zet jest głupi jak but igrek, a bufonem śmierdzi na pięć metrów) - to jest akt straceńczej odwagi porównywalny chyba tylko z głębokim spojrzeniem w oczy lustrzanego odbicia i szczerym wyznaniem
tak, ratlerek mojej sąsiadki pociąga mnie w sensie erotycznym.
zawsze kiedy myślę o tym wszystkim przypomina mi się sytuacja sprzed lat wielu. byłem wówczas małym groszkiem polnym, miałem pewnie dziesięć lat, a może nawet mniej. spędzałem wakacje u babci w mieście wejherowie, słynnym na całą polskę z powodu jednej piosenki zespołu kult, jednej pisarki i jednego pomysłu miejscowego komendanta policji, który swego czasu opracował plan zwalczania prostytucji przydrożnej metodą wysyłania w miejsca postoju pań lekkiej konduity pielgrzymek pieszych - ale to wszystko wydarzyło się później. w każdym razie spędzałem te wakacje na podwórku, w licznej gromadzie dzieci z trzech co najmniej kamienic, co już było dla mnie sytuacją nową, bo zasadniczo chowałem się sam (to zresztą wyłazi ze mnie w różnych momentach, ale nie o tym chciałem). spędzałem więc wakacje na graniu w policjantów i złodziei, gonieniu się między trzepakami i próbach zaciągania dziewczynek w kąt za śmietnikiem, kiedy nagle pewnego dnia jak grom z jasnego nieba gruchnęła informacja: stefan sklep otworzył! stefan (nie wiem jak miał na imię naprawdę) to był taki trochę od nas starszy koleżka z tego samego podwórka, zgrywający nieustannie ważniaka i celujący w dogryzaniu chłopczykowi jednemu, co był nieco upośledzony (chyba tylko ruchowo i potem mu przeszło). i nagle całe podwórko, te wszystkie chaotycznie poruszające się dotąd cząsteczki, wszystko zawirowało i wystrzeliło w stronę przesmyku pomiędzu kamienicami. pobiegłem za nimi, włączyłem się do tego szaleńczego biegu, do tego tupotu, pędu, krzyku - biegnąc rozglądałem się na boki, patrzałem na ich twarze, przed chwilą jeszcze normalne, a teraz wygięte w dziwnym grymasie, biec, biec, byle szybciej, byle nie zostać z tyłu - i wbiegliśmy do tego sklepu stefana, a właściwie jego ojca, chociaż akurat stefan siedział za ladą. ja zostałem w drzwiach, nie rozumiejąc nadal co się tutaj dzieje, a oni przywarli do oszklonych lad, pokazując sobie palcami tabliczki czekolady, paczki gum do żucia, lizaki, jakiś berbeć nieśmiało zapytał
proszę pana, a ile kosztuje - proszę pana! na podwórku nie do pomyślenia, ale to nie było już podwórko, tu był wyraźnie określony podział, stefan z głową uniesioną wyżej jeszcze niż zazwyczaj po jednej stronie, a po drugiej cała reszta - i zaraz kilka osób pobiegło z piskiem do domu, poprosić matki o pieniądze, żeby kupić sobie gumę mambo - gumę! mambo! w nowym! sklepie!, ruda monika wdzięczyła się pytając ile kosztuje mleczna milka, a stefan tłumaczył małemu mariuszowi, którego tata dużo pił i który na obiad często jadł talerz zupy i kawałek chleba, że za darmo to się nic nie dostaje, jak nie ma pieniędzy to niech wraca na podwórko i żeby nie dotykał palcami lady, bo zaświni. a ja to wszystko obserwowałem stojąc w drzwiach, nie w środku, nie na zewnątrz, dokładnie pomiędzy - i często przypomina mi się tamten obrazek, te ich oczy błyszczące i gorączka w nich i ten dygot: biec, kupić, mieć. i teraz powinienem zbudować jakąś ładną paralelę pomiędzy tą historyjką a tym o czym pisałem wcześniej, ale nic takiego nie nastąpi, bo możliwe, że tutaj w ogóle nie ma żadnych związków, a ja jestem przeczulony, głupi i nie umiem się bawić.