wyjeżdżam na tydzień nad jezioro, o czym mówię otwarcie. mówię otwarcie, że mówię otwarcie, bo dzisiaj dodawałem do foto na dole dwa zdjęcia, z których jedno pojawi się automatycznie bodajże w czwartek - i dotarło do mnie, że przy odrobinie uporu mógłbym przygotować bloga na następne pół roku, po czym cichcem i pod osłoną nocy zwiać pierwszym samolotem do izreala albo na madagaskar, zostawiając za sobą politykę, klasę i klikę, dialektykę i w ogóle wszystko, co mi przeszkadza spokojnie leżeć na słońcu trzymając ręce na piersiach panienek i patrzeć na chmury typu cumulus w kolorze białym. tutaj zaś wszystko kręciłoby się samo, jak ta pozytywka (i wszystkim się zdawało, że to wojski gra jeszcze - a to echo grało).

jutro wyjeżdżam więc nad jezioro patrzeć na chmury typu cumulus - miałem zamiar napisać przed wyjazdem dosyć potężną notkę dotyczącą dwóch powiązanych ze sobą pomysłów, które od pewnego czasu regularnie do mnie wracają. notki nie zdążę jednak napisać, pojawi się więc dopiero po moim powrocie. miłego tygodnia.
18 lipca 2004, 01:46:47 :: komentarze (51)
najpierw zapukałem, a później wszedłem do pokoju, w którym mieści się komisja rekrutacyjna. w pokoju trwała rozmowa, więc grzecznie przystanąłem przy drzwiach czekając na moment, w którym będę mógł przedstawić swoją sprawę. stałem tak, cichy i niepozorny - i chcąc nie chcąc usłyszałem jaki jest temat dysputy. tematem zaś była strona internetowa, na której opisano egzamin wstępny na filozofię w nieodpowiedni sposób - i stałem tak, nadal cichy i z każdą chwilą bardziej niepozorny, nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że ja chyba tę stronę znam. i że osoba, o której mowa, nie jest mi obca.

dziesięć minut później notka została zastąpiona erratą - być może gdyby najbliższa kafejka internetowa znajdowała się nieco dalej zdążyłbym spokojnie zastanowić się nad tym wszystkim i nie kiwnąłbym nawet palcem. ponieważ jednak z wns do rudego kota jest sto metrów zadziałałem pod wpływem emocji i tekst został dezaktywowany - chociaż była w nim głównie prawda, plus minus metafory i stylizacja. mógłbym całość przywrócić, ale wolę, żeby zostało tak jak jest - przyda mi się takie memento, kiedy będę miał ochotę kogoś unurzać w szambie za ugięcie się pod wpływem presji.

teraz, już na spokojnie, podtrzymuję główną (chociaż być może ukrytą) myśl usuniętego wpisu - kwalifikacja kandydatów na podstawie pięciominutowej rozmowy wstępnej jest najgorszym możliwym sposobem przeprowadzania egzaminu na studia, niezależnie od tego, czy odbywa się na wydziale nauk społecznych uniwersytetu gdańskiego, czy na dowolnym wydziale dowolnego uniwersytetu - czy nawet na wydziale stosunków międzynarodowych wyższej szkoły złudzeń i nieuzasadnionego zadowolenia z własnych dokonań (copyright by rroarr). rozmowa wstępna nadaje się ewentualnie do weryfikacji negatywnej kandydatów na takie kierunki studiów, na których absolutnie niezbędne są określone predyspozycje związane z wypowiadaniem się właśnie. na przykład na wydziale wokalistyki. jazzowej. żeby sprawdzić, czy przyszła gwiazda nie sepleni. albo w sytuacji, kiedy chętnych jest mniej niż dostępnych miejsc, a komisja mimo to pragnie zapewnić pewien minimalny poziom. z całą jednak pewnością nie powinno się na podstawie rozmowy kwalifikacyjnej dokonywać naboru na studia w przypadku których na jedno miejsce przypada pięciu chętnych - bo robi się z tego loteria, na której wiedza i inteligencja są wartościami drugorzędnymi, a kryterium decydującym o sukcesie staje się, czy ja wiem, urok osobisty. ja to mówię, dlatego, że mam prawo. mam prawo, bo się dostałem - na luksus krytyki mogą sobie pozwolić tylko ci, którzy wygrali, w przypadku pozostałych każdy argument będzie odczytany jako rozgoryczenie porażką (*). wygrani skądinąd nadzwyczaj rzadko korzystają z przywileju krytykowania, ponieważ reguły znane z paragrafu 22 sprawdzają się w życiu i prawo do głosu mają tylko ci, którzy nie zabierają głosu. no więc ja mam prawo do głosu, wbrew przyjętym powszechnie regułom z niego korzystam - i mówię jak jest.

tu następuje epilog historii - cała sprawa w przypadku szczególnym jest raczej nieistotna, bo, z tego co wiem, od przyszłego roku filozofia zostanie tylko trzyletnia licencjacka, a rekrutacja będzie się odbywać na podstawie konkursu świadectw - co także jawi mi się kiepską metodą, ale w obliczu reformy edukacji i wprowadzenia nowej matury inaczej się pewnie nie da. ja natomiast przyznaję sobie niniejszym za to wejście tytuł debiutanta roku - indeksu jeszcze nie mam, a prawdopodobnie już wyleciałem. dwa złote dla tego, kto mnie przebije.

(*) przy czym - jak zresztą pisałem niejeden raz - jest to prawo ogólne i odnosi się praktycznie do wszystkich dziedzin, na ten przykład do sztuk rozmaitych, polityki, sportu etc. polska jest to kraj zamieszkiwany głównie przez frustratów, którzy wypowiadają się krytycznie na temat literatury, chociaż w życiu pięknem powyżej konkursu recytatorskiego nie wyszli, albo równie krytycznie na temat polityki gospodarczej, chociaż prywatnym budżetem nie umieją zarządzać, czy też na temat piłki nożnej, mimo, że w podstawówce grali na pozycji stopera autującego. stoper autujący, wyjaśniam, to jest taki gość, którego zadaniem jest wybicie piłki na aut, bo nie ma co liczyć na to, że sensownie poda. w podstawówce byłem stoperem autującym, więc porażki reprezentacji opłakuję, ale nie wypisuję na forach internetowych jak powinien ustawić skład selekcjoner i dlaczego za wpuszczenie na boisko grzegorza rasiaka ktoś powinien pójść pod sąd wojenny. mimo, że powinien.
14 lipca 2004, 00:10:58 :: komentarze (80)
proszę państwa, mi się wszystko całkiem pomyliło. całkiem. w rzeczywistości to było tak, że do rozmowy wstępnej byłem doskonale przygotowany, ponieważ uczyłem się bardzo długo i sumiennie - dzięki temu udzieliłem wyczerpujących, na ile to możliwe, odpowiedzi na zadane mi pytania. przy czym odpowiedzi te były ścisłe i dotyczyły wyłącznie obowiązujących zagadnień. tak było naprawdę, a jeżeli przez chwilę wydawało mi się inaczej, to wynikało to tylko i wyłącznie z naturalnej potrzeby ubarwiania rzeczywistości. mała mitologizacja, nic więcej, nic ponad to. dziękuję za uwagę, to wszystko na dzisiaj.
13 lipca 2004, 12:41:39
historia zaczyna się pierwszego lipca, bo tego właśnie dnia pojechałem na wydział nauk społecznych zawieźć komplet papierów. w skład kompletu wchodziła jedna niewyraźna kserokopia świadectwa maturalnego z poświadczeniem autentyczności, jedno załatwione na lewo zaświadczenie lekarskie, jedno podanie, jedna koperta mała (pusta), jedna koperta duża (też pusta) i świstek potwierdzający wpłatę siedemdziesięciu pięciu złotych na konto uniwersytetu.

komisja rekrutacyjna w składzie jednoosobowym przydzieliła mi numer sto dziewięćdziesiąty drugi, informując jednocześnie, że na rozmowę kwalifikacyjną mam się zjawić w czwartek. niezwykle mnie to ucieszyło, bo dzień wcześniej wyliczyłem sobie, że na uczciwe przeczytanie trzech lektur i zrobienie z nich notatek potrzebuję tygodnia i nie ma żadnej możliwości, żeby ten czas skrócić. skoro więc pierwszego lipca dowiedziałem się, że egzamin mam ósmego - to znak niechybny, że opatrzność nade mną czuwa. w związku z czym pierwszego nie kiwnąłem nawet palcem, drugiego była całkiem przyjemna impreza na plaży, po której wróciłem około pierwszej w nocy w lekkim, że tak powiem, nieładzie i odczuwając przemożną potrzebę ekspresji gastrycznej - a trzeciego lipca rano iwona znalazła na mojej skroni pierwszy siwy włos - i to jest lokalny punkt kulminacyjny tej notki.

trzeci dzień lipca upłynął mi wobec powyższego na szlachetnej zadumie nad nieubłaganym upływem czasu oraz na leczeniu dolegliwości wynikających bezpośrednio z przebiegu drugiego dnia lipca - i tak do popołudnia. około siedemnastej rozpętała się jedna z nadzwyczaj częstych ostatnio gwałtownych burz połączonych z oberwaniem chmury i w takich okolicznościach przyrody, pośród, niech będzie mi wybaczony cynizm, aromatycznych ekspansji ozonu, czy - mówiąc po mojemu - w aurze pieprzonego macondo, miliard pięćset milimetrów słupa wody na każdy kwadratowy centymetr, odwiozłem iwonę na dworzec, wróciłem do domu i niezwłocznie poszedłem spać.

czwartego lipca zacząłem się uczyć, tj. przeczytałem wieczorem dziesięć stron książki. piątego za to obudziłem się nad wyraz rześki, powiedziałem sobie wiesz jak jest, mon - i pojechałem na wydział eti, żeby uczyć się na korytarzu. dzięki temu sprytnemu posunięciu piątego wieczorem znałem mniej więcej połowę jednej z obowiązujących mnie lektur. szóstego z kolei postanowiłem zostać w domu, tłumacząc sobie, że potrafię przezwyciężyć uzależnienie od internetu, w związku z czym siódmego znowu pojechałem na wydział eti, odarty ze złudzeń związanych z nałogiem.

ósmego lipca stawiłem się na wydziale nauk społecznych, mając przy sobie uczciwe, porządne notatki z lektury obowiązkowej, trzy strony notatek z erystyki schopenhauera i wydruk znalezionego w internecie tekstu traktującego o rozmowach z diabłem kołakowskiego. przy czym schopenhauera przeczytałem w nocy, a kołakowskiego wcale, co w połączeniu z informacją, że miejsc jest czterdzieści pięć, a chętnych pięć razy więcej, samo w sobie stanowiło niezły prognostyk porażki.

teraz kamera opuszcza siedlisko pierwszoosobowe i zostaje zawieszona w przestrzeni, dwa i pół metra od twarzy, góra-prawo, plan amerykański. młody człowiek w garniturze chodzi po korytarzu, wyraźnie podenerwowany, po czym mamrocze trudno, będę improwizował. pani w okularach wychodzi z sali egzaminacyjnej i oznajmia numer stodziewdzieśdwaprosz. młody człowiek wchodzi do sali i siada przed komisją złożoną z dwóch panów. scena wygląda jak pierwsze ujęcie filmu psy, poza tym szczegółem, że bohater wzmiankowanego dzieła polskiej kinematografii był całkowicie wyluzowany (wyluzowany - można by rzec - jak franc maurer przed komisją), czego nie da się powiedzieć o blednącym z każdą sekundą młodym człowieku (który, czego nie widać, nie może się oprzeć wrażeniu, że właśnie w tej chwili siwe włosy wyrastają mu wszędzie, gęste, grube i białe nad wyraz). pan sobie wylosuje pytanie - mówi starszy pan z komisji. młody człowiek wyciąga karteczkę i najpierw uśmiecha się lekko (mniej więcej w taki sposób, w jaki uśmiecha się zazwyczaj osoba, która losuje pytanie z dobrze znanego zagadnienia), po czym nagle blednie jeszcze bardziej (mniej więcej w taki sposób, w jaki uśmiechają się zapewne pacjenci po zabiegu lobotomii). mijają sekundy krępującej ciszy, po których młody człowiek niezwykle słabym głosem oznajmia idealizm subiektywny to ten, no... przedmiot spostrzeżenia staje się treścią przeżycia podmiotu... znaczy, że ten... podmiot tak jakby wchłania przedmiot... w tym swoim przeżyciu... znaczy może inaczej... w każdym razie... no... berkeley. i kant też, trochę, chociaż bardziej obiektywny. cisza. taaaaak. to ja już dziękuję - mówi z niechęcią starszy pan z komisji, w związku z czym młodszy pan z komisji budzi się ze snu i rzuca to czego panu brakuje najbardziej w książce kołakowskiego?. ponieważ kamera nadal zawieszona jest w przestrzeni możemy jedynie domyślać się, co w tej chwili myśli młody człowiek - ale wygląda on mniej więcej tak, jak młody człowiek myślący właśnie no to przejebane.

nnnno. ponieważ zdałem sobie sprawę, że jest przejebane i po zawodach, machnąłem ręką na wszystko i zamiast udzielać odpowiedzi na pytanie rozpocząlem wywód na temat polskich diabłów, andrzeja leppera i naszych cech narodowych. panowie słuchali i wchodzili nawet w interakcję, uśmiechając się życzliwie - wiadomo było, że w życiu już się więcej nie spotkamy, mogliśmy wobec tego wymienić kilka niezobowiązujących uwag i pogawędzić. po czym starszy pan powiedział no cóż, miło się gawędzi, ale czas nas goni, zrozumiałem więc, że moja przygoda z wydziałem nauk społecznych dobiegła właśnie końca, pożegnałem się i wyszedłem, za jedyne siedemdziesiąt pięć złotych plus ksero plus bilety potwierdziwszy niejasne dotąd przeczucie, że w życiu powinienem pisać, a nie mówić. cześć pieśni, ostatni nabór w gdańsku na pięcioletnie magisterskie, poszło czołgiem i przepadło w toni głębokiej.

dziewiątego lipca ogłoszono wyniki egzaminu i po trzykrotnej lekturze listy osób odrzuconych doszedłem do wniosku, że komisja wyświadczyła mi przypadkiem grzeczność, zapominając najwyraźniej o moim blamażu i pomijając moje nazwisko miłosiernym milczeniem. po czym okazało się, że zostałem przyjęty i przez pięć sekund byłem najbardziej zdziwionym człowiekiem na naszej małej, małej, niebiesko-zielonej planecie. zdziwienie od tamtego czasu zdążyło już przygasnąć i na pierwszy plan wybił się ponownie niesmak związany z jakością moich odpowiedzi, ale nadal nie próbuję nawet zastanawiać się, co powodowało miłymi panami z komisji kiedy przyznawali mi sześdziesiąt punktów na sześćdziesiąt osiem możliwych. to pewnie przez okulary.

a potem poszedłem z iwoną do kina i przejęty nagłym lękiem, że skończę jak typowy pedryl z uniwersytetu, co to poniżej almodovara nie schodzi, wybrałem shreka 2, na którym ubawiliśmy się po pachy i do wypęku, mniahahaha, koniec historii.

ps. ostatnio dosyć często zrywa mi się połączenie, a co za tym idzie - zmienia numer ip. ponieważ jestem za nat-em, a wejście na router wymaga podawania hasła, zrobiłem sobie skrypt rozpoznający i wyświetlający aktualny adres - być może komuś się przyda, szczególnie do testowania anonimowych proxy albo szybkiego wklejania swojego adresu do programów p2p, ażeby korzystać z połączeń aktywnych: ip.czerski.art.pl.
11 lipca 2004, 19:40:31 :: komentarze (49)
kiedyś, pamiętam, lubiłem picie. nie mogę sobie przypomnieć pierwszego kontaktu z alkoholem, zgaduję jedynie, że miał on miejsce przy okazji jakiejś szkolnej dyskoteki w podstawówce. w tamtych czasach jedno piwo na trzy osoby zapewniało już kilka godzin tzw. fazy (określenie obecnie wyszło z użycia, więc młodszym czytelnikom wyjaśniam, że oznacza stan częściowego upojenia alkoholowego, cechującego się pełną funkcjonalnością motoryczną podmiotu pijącego przy jednoczesnym wyraźnym już zaburzeniu sfery psychicznej). tych dyskotek w podstawówce było kilka i pewnie dzisiaj nie pamiętałbym już żadnej, gdyby nie ów posmak szaleństwa związany z piciem i wykonywaniem następnie rozmaitych dziwnych czynności, godnych szczegółowego opisania w innym miejscu.

podstawówka zakończyła się balem, na którym byłem pijany i doszedłem do wniosku, że w moim przypadku jest to odpowiedni pomysł na życie. w związku z czym zacząłem go realizować z dużym zapałem i na wszystkie najważniejsze doświadczenia życiowe - ba! na wszystkie choć trochę ważne doświadczenia życiowe byłem odpowiednio przygotowany, tj. znajdowałem się pod wyraźnym wpływem. pierwszy pocałunek - bezwładne ciało na fotelu, pierwsze wyznanie miłości - nie doszło do skutku z powodu utraty zdolności werbalizowania uczuć, pierwszy związek z dziewczyną - rozpoczęty w nieokreślonym momencie tygodniowego maratonu ciężkiego picia, przygotowania do matury - nieustanne nasączanie, wyniki matury - totalna destrukcja, mój pierwszy raz - wcześniej ćwiartka duszkiem na głodno, konkursy poetyckie - picie, picie, picie, picie.

z wiekiem gusta się jednak zmieniają. człowiek dojrzewa, dorasta, dostaje wrzodów żołądka i z niejakim smutkiem przyznaje rację ministrowi zdrowia i opieki społecznej, orientując się, że palenie papierosów i picie wódki niekoniecznie jest sprawdzonym sposobem na długowieczność. następnie mija jeszcze trochę czasu, nieleczone wrzody rozwijają się w najlepsze i nawet piwo powoduje niekiedy ten nieznośny ból - po czym nadchodzi olśnienie, a imię jego katzenjammer.

bo w gruncie rzeczy picie to nic przyjemnego, umówmy się, a kto twierdzi inaczej ten żółcią nie rzygał. prawdziwą przyjemnością jest dopiero dzień następny, kiedy ranne wstają zorze, a nas ze snu wyrywa łupanie w głowie - inne objawy somatyczne jako doświadczeni ludzie zredukowaliśmy zawczasu, wypijając przed zaśnięciem co najmniej pół litra wody mineralnej. wyczołgujemy się więc z łóżka, cichym głosem wypowiadając zwyczajowe przekleństwo, spożywamy proszek od bólu głowy, a następnie siadamy na fotelu gapiąc się w okno i oczekując. po dwudziestu minutach łupanie ustaje, a my wstajemy (spaliśmy najprawdopodobniej w pełnym umundurowaniu, więc nie musimy się pochylać - a to bardzo istotne) i powłócząc nogami udajemy się do pobliskiego sklepu spożywczego. kupujemy litr soku (innego niż wykorzystywany poprzedniego dnia do drinków), duży jogurt i kilka bananów. oraz papierosy. wracamy do domu, wypijamy dwie szklanki soku i uśmiechamy się do świata po raz pierwszy. papieros, jogurt - drugi uśmiech. reszta soku, banany - uśmiech od ucha do ucha, bo oto zaczyna się dzień najpiękniejszy, dzień postimprezowy, dedejafter. jedyny w swoim rodzaju dzień, który mamy tylko dla siebie. bo jesteśmy, kurwa, skacowani, i nic nas nie obchodzi - ani to, że ktoś się dobija na gadu, ani to, że właśnie przyszedł stos poprawek do serwisu internetowego firmy X, ani to, że mieliśmy napisać, wysłać, sfotografować, zadzwonić. nawet to, że powinniśmy się umyć. nic. kompletne wyzwolenie z kulturowo-społecznego jarzma. więcej - wyzwolenie z samokontroli, z dojmującego przeświadczenia, że nieprzepracowana godzina to godzina bezpowrotnie stracona i z permanentnego poczucia winy. słodkie trwanie, łypanie oczkiem przekrwionym na kolejne filmy, niespieszna lektura książek, a nawet - tak, tak - trzygodzinna drzemka. wszystko nam wolno w tym pięknym dniu i każda z zakazanych zazwyczaj przyjemności jest nam dostępna - albowiem mamy potwornego kaca, a kac nas rozgrzesza, kac nas ochrania, pod jego udajemy się opiekę i na jego rozłożyste łono składamy swoje umęczone życiem głowy.

ponieważ mam świadomość, że czytają tego bloga także ludzie bardzo młodzi, zastrzegam, że wszystkie opisane powyżej zdarzenia, osoby i zespoły wrażeń są fikcyjne, a wszelkie ich podobieństwo do rzeczywistych zdarzeń i tak dalej jest czysto przypadkowe. gwarancja nie obejmuje uszkodzeń mechanicznych. nie wirować, nie prasować, nie zdejmować obudowy. przed użyciem zapoznać się z dołączoną ulotką albo skonsultować z lekarzem lub farmaceutą.
02 lipca 2004, 01:48:47 :: komentarze (100)
up