historia zaczyna się pierwszego lipca, bo tego właśnie dnia pojechałem na wydział nauk społecznych zawieźć komplet papierów. w skład kompletu wchodziła jedna niewyraźna kserokopia świadectwa maturalnego z poświadczeniem autentyczności, jedno załatwione na lewo zaświadczenie lekarskie, jedno podanie, jedna koperta mała (pusta), jedna koperta duża (też pusta) i świstek potwierdzający wpłatę siedemdziesięciu pięciu złotych na konto uniwersytetu.
komisja rekrutacyjna w składzie jednoosobowym przydzieliła mi numer sto dziewięćdziesiąty drugi, informując jednocześnie, że na rozmowę kwalifikacyjną mam się zjawić w czwartek. niezwykle mnie to ucieszyło, bo dzień wcześniej wyliczyłem sobie, że na uczciwe przeczytanie trzech lektur i zrobienie z nich notatek potrzebuję tygodnia i nie ma żadnej możliwości, żeby ten czas skrócić. skoro więc pierwszego lipca dowiedziałem się, że egzamin mam ósmego - to znak niechybny, że opatrzność nade mną czuwa. w związku z czym pierwszego nie kiwnąłem nawet palcem, drugiego była całkiem przyjemna impreza na plaży, po której wróciłem około pierwszej w nocy w lekkim, że tak powiem, nieładzie i odczuwając przemożną potrzebę ekspresji gastrycznej - a trzeciego lipca rano iwona znalazła na mojej skroni pierwszy siwy włos - i to jest lokalny punkt kulminacyjny tej notki.
trzeci dzień lipca upłynął mi wobec powyższego na szlachetnej zadumie nad nieubłaganym upływem czasu oraz na leczeniu dolegliwości wynikających bezpośrednio z przebiegu drugiego dnia lipca - i tak do popołudnia. około siedemnastej rozpętała się jedna z nadzwyczaj częstych ostatnio gwałtownych burz połączonych z oberwaniem chmury i w takich okolicznościach przyrody, pośród, niech będzie mi wybaczony cynizm,
aromatycznych ekspansji ozonu, czy - mówiąc po mojemu - w aurze pieprzonego macondo, miliard pięćset milimetrów słupa wody na każdy kwadratowy centymetr, odwiozłem iwonę na dworzec, wróciłem do domu i niezwłocznie poszedłem spać.
czwartego lipca zacząłem się uczyć, tj. przeczytałem wieczorem dziesięć stron książki. piątego za to obudziłem się nad wyraz rześki, powiedziałem sobie
wiesz jak jest, mon - i pojechałem na wydział eti, żeby uczyć się na korytarzu. dzięki temu sprytnemu posunięciu piątego wieczorem znałem mniej więcej połowę jednej z obowiązujących mnie lektur. szóstego z kolei postanowiłem zostać w domu, tłumacząc sobie, że potrafię przezwyciężyć uzależnienie od internetu, w związku z czym siódmego znowu pojechałem na wydział eti, odarty ze złudzeń związanych z nałogiem.
ósmego lipca stawiłem się na wydziale nauk społecznych, mając przy sobie uczciwe, porządne notatki z lektury obowiązkowej, trzy strony notatek z
erystyki schopenhauera i wydruk znalezionego w internecie tekstu traktującego o
rozmowach z diabłem kołakowskiego. przy czym schopenhauera przeczytałem w nocy, a kołakowskiego wcale, co w połączeniu z informacją, że miejsc jest czterdzieści pięć, a chętnych pięć razy więcej, samo w sobie stanowiło niezły prognostyk porażki.
teraz kamera opuszcza siedlisko pierwszoosobowe i zostaje zawieszona w przestrzeni, dwa i pół metra od twarzy, góra-prawo, plan amerykański. młody człowiek w garniturze chodzi po korytarzu, wyraźnie podenerwowany, po czym mamrocze
trudno, będę improwizował. pani w okularach wychodzi z sali egzaminacyjnej i oznajmia
numer stodziewdzieśdwaprosz. młody człowiek wchodzi do sali i siada przed komisją złożoną z dwóch panów. scena wygląda jak pierwsze ujęcie filmu
psy, poza tym szczegółem, że bohater wzmiankowanego dzieła polskiej kinematografii był całkowicie wyluzowany (wyluzowany - można by rzec - jak franc maurer przed komisją), czego nie da się powiedzieć o blednącym z każdą sekundą młodym człowieku (który, czego nie widać, nie może się oprzeć wrażeniu, że właśnie w tej chwili siwe włosy wyrastają mu wszędzie, gęste, grube i białe nad wyraz).
pan sobie wylosuje pytanie - mówi starszy pan z komisji. młody człowiek wyciąga karteczkę i najpierw uśmiecha się lekko (mniej więcej w taki sposób, w jaki uśmiecha się zazwyczaj osoba, która losuje pytanie z dobrze znanego zagadnienia), po czym nagle blednie jeszcze bardziej (mniej więcej w taki sposób, w jaki uśmiechają się zapewne pacjenci po zabiegu lobotomii). mijają sekundy krępującej ciszy, po których młody człowiek niezwykle słabym głosem oznajmia
idealizm subiektywny to ten, no... przedmiot spostrzeżenia staje się treścią przeżycia podmiotu... znaczy, że ten... podmiot tak jakby wchłania przedmiot... w tym swoim przeżyciu... znaczy może inaczej... w każdym razie... no... berkeley. i kant też, trochę, chociaż bardziej obiektywny. cisza.
taaaaak. to ja już dziękuję - mówi z niechęcią starszy pan z komisji, w związku z czym młodszy pan z komisji budzi się ze snu i rzuca
to czego panu brakuje najbardziej w książce kołakowskiego?. ponieważ kamera nadal zawieszona jest w przestrzeni możemy jedynie domyślać się, co w tej chwili myśli młody człowiek - ale wygląda on mniej więcej tak, jak młody człowiek myślący właśnie
no to przejebane.
nnnno. ponieważ zdałem sobie sprawę, że jest przejebane i po zawodach, machnąłem ręką na wszystko i zamiast udzielać odpowiedzi na pytanie rozpocząlem wywód na temat polskich diabłów, andrzeja leppera i naszych cech narodowych. panowie słuchali i wchodzili nawet w interakcję, uśmiechając się życzliwie - wiadomo było, że w życiu już się więcej nie spotkamy, mogliśmy wobec tego wymienić kilka niezobowiązujących uwag i pogawędzić. po czym starszy pan powiedział
no cóż, miło się gawędzi, ale czas nas goni, zrozumiałem więc, że moja przygoda z wydziałem nauk społecznych dobiegła właśnie końca, pożegnałem się i wyszedłem, za jedyne siedemdziesiąt pięć złotych plus ksero plus bilety potwierdziwszy niejasne dotąd przeczucie, że w życiu powinienem pisać, a nie mówić. cześć pieśni, ostatni nabór w gdańsku na pięcioletnie magisterskie, poszło czołgiem i przepadło w toni głębokiej.
dziewiątego lipca ogłoszono wyniki egzaminu i po trzykrotnej lekturze listy osób odrzuconych doszedłem do wniosku, że komisja wyświadczyła mi przypadkiem grzeczność, zapominając najwyraźniej o moim blamażu i pomijając moje nazwisko miłosiernym milczeniem. po czym okazało się, że zostałem przyjęty i przez pięć sekund byłem najbardziej zdziwionym człowiekiem
na naszej małej, małej, niebiesko-zielonej planecie. zdziwienie od tamtego czasu zdążyło już przygasnąć i na pierwszy plan wybił się ponownie niesmak związany z jakością moich odpowiedzi, ale nadal nie próbuję nawet zastanawiać się, co powodowało miłymi panami z komisji kiedy przyznawali mi sześdziesiąt punktów na sześćdziesiąt osiem możliwych. to pewnie przez okulary.
a potem poszedłem z iwoną do kina i przejęty nagłym lękiem, że skończę jak typowy pedryl z uniwersytetu, co to poniżej almodovara nie schodzi, wybrałem shreka 2, na którym ubawiliśmy się po pachy i do wypęku, mniahahaha, koniec historii.
ps. ostatnio dosyć często zrywa mi się połączenie, a co za tym idzie - zmienia numer ip. ponieważ jestem za nat-em, a wejście na router wymaga podawania hasła, zrobiłem sobie skrypt rozpoznający i wyświetlający aktualny adres - być może komuś się przyda, szczególnie do testowania anonimowych proxy albo szybkiego wklejania swojego adresu do programów p2p, ażeby korzystać z połączeń aktywnych:
ip.czerski.art.pl.