[1] pamiętam, że już na pierwszym roku studiów próbowałem - wespół z serdecznym druhem - zarobić jakieś pieniądze jako informatyk. bardzo intensywnie próbowaliśmy obaj, bardzo - bo żaden z nas nie miał nigdy choćby złamanego grosza przy dupie, co dla studenta jest sytuacją mało komfortową. ja w tamtych czasach znałem nieźle html, kolega - jako jednostka pozbawiona zmysłu estetycznego - specjalizował się w perlu i php, we dwóch stanowiliśmy zaś zespół, który z niewielką pomocą jakiegoś grafika mógł śmiało podjąć się realizacji niemal dowolnego serwisu średniej wielkości. usiłowaliśmy więc spożytkować moce przerobowe i zdobyć jakieś zlecenia, niestety w połowie firm nikt nie chciał z nami gadać, a w pozostałych kończyło się na uprzejmym zapewnieniu, że zadzwonią do nas we wtorek - albo za rok od wtorku. co właściwie nie powinno dziwić ani wtedy, ani teraz, skoro przychodziliśmy jak zbłąkani jeźdźcy apokalipsy po spotkaniu z szajką koniokradów - pieszo, w obrzęchanych swetrach, mocno sfatygowanych spodniach i butach zdecydowanie nie pierwszej świeżości. mam taki obrazek przed oczami teraz, jak stoję przed jakimś dyrektorem i roztaczam przed nim czarowne wizje, a z mokrych włosów woda mi kapie za kołnierz. bo deszcz akurat padał.
obrazek ów, jak z pozytywistycznej noweli, przytaczam, bo właśnie wtedy zrodziło się we mnie przekonanie, że znaczna część środków finansowych wydawana jest niepotrzebnie. nie w skali globalnej, bo te nadmiarowe, zbędne pieniądze są trwale wpisane w cały system - ale w skali mikro. my nie dostawaliśmy zleceń, zlecenia dostawały profesjonalne firmy, których przedstawiciele podjeżdżali pod siedzibę przedsiębiorstwa samochodami i w trakcie dyskusji z prezesem rozkładali na kolanach laptopy. przedsiębiorstwa zaś płaciły za ten luksus, kupując produkt w postaci serwisu www za cenę kilkukrotnie wyższą niż cena, za którą wykonalibyśmy ten sam serwis my dwaj. w tym miejscu kończę wątek wprowadzający, pomijając czynniki dodatkowe, do których wrócę za chwilę.
[2] jakiś czas temu, bodajże w grudniu, w krakowie miała miejsce urocza impreza -
akcja blokowania tesco. grupa wywrotowców wymyśliła sobie, że zjawi się w markecie, zajmie wszystkie wózki i przez dłuższy czas będzie jeździła w tę i nazad, uniemożliwiając normalnym klientom zakupy i tym samym przyczyniając się do drastycznego spadku dochodów placówki - a w konsekwencji, kto wie, kto wie, zapewne do upadku sklepu, całej sieci - i dalej, zgodnie z efektem domina, do ostatecznego krachu systemu korporacji. wyszło prześmiesznie - obsługa doskonale wiedziała, co będzie grane, ściągnięto z okolicy dodatkowe zapasy wózków i koszyków, a błąkający się jak smród po gaciach wywrotowcy byli częstowani przez uśmiechnięte hostessy wafelkami - i tak właśnie korporacjom raz jeszcze udało się w ostatniej chwili uniknąć totalnego krachu.
ja sam jak żyję nie miałem dredów ani capiej bródki - i chociaż fanatykiem higieny osobistej nie jestem, to jednak zdarza mi się
nalać wody do balii i umyć się pod paszkami. ogólnie rzecz biorąc nie wyglądam więc na wywrotowca i w istocie nim nie jestem, więc bojownicy o wolność naszą, waszą i trzeciego świata wzbudzają we mnie, w najlepszym wypadku, niejakie rozczulenie. na wolności dla wszystkich mi nie zależy, natomiast dosyć żywotnie zainteresowany jestem wolnością własną i tutaj zaczyna się - znowu z pominięciem kilku nasuwających się uwag pobocznych - wątek drugi. zastanawiałem się mianowicie od czasu tamtej akcji w jaki sposób hipermarkety wykorzystać. walka jest bezcelowa, ale swoista dywersja, owszem, mogłaby się powieść - chociaż cały plan, o czym mówię od razu, jest oparty na kilku niekoniecznie prawdziwych założeniach i po dokładnych kalkulacjach albo przeprowadzeniu symulacji może się okazać równie głupi co idee ekonomiczne ortodoksyjnych alterglobalistów.
pomysł jest następujący - jeżeli wierzyć rozmaitym publikacjom podstawowym mechanizmem przyciągania klientów przez hipermarkety są promocje, czyli wyprzedaż pewnych towarów po bardzo atrakcyjnych cenach. klient przychodzi po tanie masełko, po czym wpada w amok, zaczyna się ślinić, dostaje konsumpcyjnego obłędu i oprócz masełka kupuje twarożek, pierożki, pięćdziesiąt kilogramów węgla do grilla, szorty męskie sportowe oraz dwudziestoośmiocalowy telewizor z systemem quadro surround i wbudowaną sokowirówką. hipermarket zarabia, geszeft sze kręczy. założmy sobie teraz, że w każdym tygodniu promocją objętych jest kilkadziesiąt artykułów z rozmaitych działów - a dodatkowo, że mieszkamy w jednej z aglomeracji i hipermarketów w promieniu dwudziestu kilometrów mamy co najmniej kilka: oznacza to, że w każdym momencie możliwy jest zakup kilkuset artykułów po promocyjnych cenach. teraz - gdyby istniał system komputerowy przechowujący informacje o aktualnych cenach produktów (z jakiegoś zamkniętego koszyka oczywiście, z uwzględnieniem ekwiwalentów) możliwe byłoby stworzenie interfesju pozwalającego na szczegółowe zaplanowanie zakupów. użytkownik wybierałby z listy artykuły, które musi kupić, a system zwracałby informację o tym co kupować gdzie w taki sposób, żeby łapać się wyłącznie na promocje - więcej: przy odrobinie wysiłku mógłby podawać także zoptymalizowaną pod kątem odległości trasę przejazdu pomiędzy marketami.
wady? tysiące. począwszy od problemów z ustalaniem ekwiwalentów (jeżeli chcę kupić żółty ser to możliwe, że zależy mi właśnie na żółtym serze, a nie na cholernym pasztecie z indyka - ale możliwe też, że chcę kupić coś na chleb i pasztet z indyka styka, że tak powiem do rymu), przez trudności w zdobywaniu informacji (potrzebne byłyby osoby, które na bieżąco wprowadzałyby dane o aktualnych promocjach), aż po ryzyko związane z działaniem w czasie rzeczywistym (przyjeżdżam do tesco, a tam po pasztecie z indyka nie zostało nawet wspomnienie). no i przede wszystkim - bardzo kruche podstawy, na których oparta jest cała idea - nie wiadomo, czy koszt przejazdu (oraz straty czasu związanej z miotaniem się po mieście) nie przekroczy dwudziestogroszowej oszczędności na serze i złotówki zaoszczędzonej na tiszercie. ściślej - niemal na pewno przekroczy przy niewielkich zakupach, natomiast nie wiadomo jak rzecz miałaby się z zakupami większymi. na przykład cotygodniowym uzupełnianiem zapasów zamieszkującej squot komuny wywrotowców. którym niniejszym podsuwam ów pomysł.
[3] jakoś tak się poskładało, że wszyscy chyba moi koledzy z roku pracują już w rozmaitych firmach, w związku z czym zarabiają bardzo przyjemne pieniądze i spędzają wakacje na siedzeniu przed monitorem, bo najbliższy urlop dostaną za dwa lata. praca w
rozmaitej firmie była moim marzeniem w czasach kiedy łaziłem po deszczu od jednego przedsiębiorstwa do drugiego, po czym marzeniem być przestała i aktualnie wizja rozwoju osobowego w modelu
dobra praca - żona wanda, dziecko mieczysławek - samochód marki półekonomicznej, półprestiżowej - urlop w afryce, sylwester w honolulu - schludne mieszkanko z widokami na ładny dom na przedmieściach jakoś mnie nie pociąga specjalnie, a mówiąc ściśle - nie pociąga mnie wcale. zresztą od października zaczynam kolejne pięcioletnie studia, więc jakiekolwiek prace etatowe nie wchodzą w ogóle w rachubę. a tu żyć się chce, co tu kryć, żyć się chce, pojechać gdzieś czasem, hobby jakieś pouprawiać, kupić to i owo, sprzęt komputerowy zmodernizować i tak dalej. na przykład - trzy tygodnie temu stanąłem w obliczu problemu
jak spędzić tydzień na biwaku za pięćset złotych?. przy czym, nadmieniam, za te pięćset złotych musiałem przede wszystkim kupić kompletne wyposażenie (namiot, materac, śpiwór, plecak), a dopiero za resztę jechać i przeżyć, możliwie rozkosznie, kilka dni.
i w tym miejscu wracamy do urwanego wcześniej wątku o dwóch chłopcach z zapałkami - przedsiębiorstwa, które decydowały się na płacenie kilkukrotnie wyższych stawek profesjonalnym firmom nie robiły tego oczywiście z próżności, ale ze względu na gwarancję jakości. bardziej opłacało im się przeznaczenie na serwis www pięciu tysięcy złotych z gwarancją sfinalizowania przedsięwzięcia w ciągu dwóch miesięcy - niż zaoszczędzenie czterech tysięcy i ryzykowanie procesu produkcyjnego trwającego rok, w dodatku z niepewnym efektem na końcu. rzecz jest jasna. natomiast to, co śmieszne w całej tamtej sytuacji, to fakt, że akurat my rzeczywiście mogliśmy zrobić im porządny serwis w dwa miesiące za tysiąc złotych. tyle, że oni o tym nie wiedzieli.
teraz z kolei ja znalazłem się po tej drugiej stronie - na sprzęcie turystycznym znam się tak samo, jak przeciętny prezes przedsiębiorstwa produkującego kawę zbożową na serwisach www. gdybym kupował sprzęt renomowanych marek, miałbym pewność, że kupuję rzeczy solidne - niestety wymieniony wyżej zestaw kosztowałby mniej więcej tysiąc dwieście złotych - i chuj w bombki strzelił, wakacji nie będzie. pozostało więc dokonywanie zakupów w makro i na allegro - namiot sto dwadzieścia, materac dziewięćdziesiąt, śpiwór osiemdziesiąt, plecak sto trzydzieści, wio w trasę - i ryzyk fizyk. albo okaże się, że osiemdziesięciolitrowy według opisu plecak mieści dwadzieścia litrów - albo nie. albo w połowie drogi odpadnie dno - albo nie. albo pierwszy kapuśniaczek zaleje mi namiot - albo się uda. albo przy plus ośmiu celsjusza w śpiworze będzie minus pięć - albo przypadkiem okaże się, że jednak wszystko jest jak trzeba.
zaryzykowałem i jestem do przodu. śpiwór okazał się doskonały, chociaż łatwo go zabrudzić, a wykończenie pozostawia nieco do życzenia. namiot spełnił swoje zadanie - nie wybierałem się w himalaje, ale na pojezierze iławskie, więc odporność na wodę rzędu 1000mm (firmowe namioty mają 2000mm) była wystarczająca, mimo, że zdarzyły się ze dwie solidne burze. plecak jest bardzo wygodny i solidny - poza zamkami błyskawicznymi, które wydają się być nieco zbyt tandetne (identyczny niemal plecak znanej firmy z porządnymi zamkami kosztował jednak ponad dwukrotnie więcej). nietrafiony okazał się jedynie materac, który waży mniej więcej tyle, co worek kartofli - przynajmniej takie miałem wrażenie po trzykilometrowym marszu.
no i puenta - otóż to, czego mi zabrakło w czasie kilkugodzinnych poszukiwań, przymiarek i czytania krótkich opinii użytkowników to jedno miejsce, jeden spory serwis, który zawierałby nieco bardziej szczegółowe opisy takiego sprzętu ze środkowych i dolnych półek. serwis, w którym mógłbym wejść do działu
sprzęt turystyczny/plecaki i dowiedzieć się, że plecak górski 80l firmy k-2 sport został przetestowany w warunkach bojowych, jest wygodny i nie przemaka, a wprawdzie po miesiącu rozleciał się zamek bocznej kieszeni, ale udało się go bez problemu wymienić. albo że plecak górski firmy, powiedzmy, polsportex z pińczowa wytrzymał trzy dni, po czym rozpadł się na kawałki - i może to lepiej, bo i tak użytkownik nie mógł się pozbyć wrażenia, że krzyż niesie na grzbiecie, a nie plecak. dzięki temu po pięciu minutach wiedziałbym już, że mogę spokojnie kupować produkt k-2 sport i cieszyć się z zaoszczędzenia co najmniej stu złotych.
stworzenie takiego serwisu nie byłoby specjalnym problemem. technicznym. problem zacząłby się nieco później, kiedy polsportex z pińczowa postanowiłby na przykład namówić osoby prowadzące do usunięcia złej opinii - albo spróbował własnymi rękami lub też rękami prowadzących dodać wypieczoną w dziale marketingu kontropinię - dlatego całość musiałby być całkowicie niekomercyjna, a wiarygodność opierać na zaufaniu do prowadzących i udostępnieniu szerokich możliwości interakcji (przykład wikipedii wskazuje, że kiedy puści się takie rzeczy na żywioł oliwa sprawiedliwa na wierzch wypływa, że pozwolę sobie na skrót myślowy).
taki serwis mógłby objąć zasięgiem tematycznym niemal wszystkie branże - mówiąc ściśle zaś: byłby dobrym miejscem pozyskiwania informacji zawsze wtedy, kiedy nie jest wymagany zakup sprzętu najwyższej klasy. wiadomo, że kiedy chcę kupić dobry aparat cyfrowy, to nie zdecyduję się na firmę panasonix - ale już przy zakupie cd/mp3-playera do słuchania muzyki w kolejce skm nie muszę wydawać sześciuset złotych na nowy model sony, skoro mogę kupić sprzęt zadowalającej jakości za dwieście dwadzieścia. notabene - kupując swego czasu cd/mp3 playera wtopiłem straszliwie i na tym polega ryzyko: dwa nieudane zakupy mogą spieprzyć dokumentnie bilans ogólny. jeżeli to ryzyko zminimalizujemy - wygrywamy.
[4] zdaję sobie sprawę z tego, że cała kwestia może się wydawać sztuczna i wydumana, szczególnie jeżeli ktoś nie musi się liczyć z kosztami. dla mnie jest to jednak sprawa bardzo istotna, skoro zdecydowałem się realizować program (tutaj głos lektora staje się jadowicie ironiczny) dezercji ze świata konsumpcji, czyli pracować zarobkowo jak najkrócej, wydawać jak najmniej i żyć możliwie intensywnie. redukowanie zbędnych kosztów jest jedyną metodą pozwalającą na realizowanie tych założeń bez konieczności wyprowadzania się do drewnianej chałupy na wsi, uprawiania ziemniaków i dojenia kóz o poranku. po drugie zaś - jako informatyk mam problemy z zaakceptowaniem marnotrawienia informacji czy marnotrawienia czasu zdobywania i przetwarzania informacji, co zresztą na jedno wychodzi. jeżeli chcę kupić określony produkt - poświęcam kilka godzin na zapoznanie się z dostępnymi ofertami, ich porównywanie, wynajdywanie opinii etc. dzięki temu zdobywam wiedzę - potrafię z całej grupy produktów wyodrębnić kilka takich, które kwalifikują się do dalszego analizowania. ta wiedza jest cenna, bo dzięki niej każdy, kto znajdzie się w podobnej sytuacji nie będzie już musiał tracić czasu - który, przypominam, jest zasobem całkowicie nieodnawialnym i powinien podlegać ochronie.
[5] w tym miejscu powinien się znaleźć opis trzeciego pomysłu, dającego teoretycznie największe możliwości oszczędzania pieniędzy i czasu. teoretycznie, bo chociaż dla laika sprawa wydawałaby się banalnie prosta - w rzeczywistości jest piekielnie skomplikowana i prawdopodobnie nierealizowalna obecnie w zadowalający sposób. opisu nie będę jednak zamieszczał, bo okazało się, że jeden z moich kolegów robi okrojoną wersję takiegu systemu w ramach pracy magisterskiej i nosi się z zamiarem rozwijania projektu dalej, z domyślną komercjalizacją po pewnym czasie - a konukrencji nie będę mu robił.
[6] bardzo nie lubię zabierać głosu kiedy nie jestem całkowicie pewny swego, w tym wypadku jednak nie ma innej możliwości. w powyższych akapitach kryje się kilka logicznych luk, o których wiem i które wydają mi się niegroźne - zapewne kryje się też kilka takich luk, o których nie pomyślałem, stąd z góry zaznaczam, że wszelka krytyka jest mile widziana. popełniłem także grzech śmiertelny, który właściwie pozbawia cały tekst racji bytu - nie sprawdziłem bowiem, czy podobne systemy i serwisy już nie funkcjonują, możliwe więc, że z dużym wysiłkiem odkryłem właśnie, że ziemia jest okrągła. rezerwuję sobie to prawo i rozgrzeszam się z góry, ponieważ na przystanku woodstock nabawiłem się poważnego zapalenia górnych dróg oddechowych, biorę dwa ciężkie antybiotyki i mam gorączkę. uprzejmie proszę także o wzniesienie się w miarę możliwości ponad poziom plecaka i namiotu, bo to tylko mniej lub bardziej udane instancje ogólnej idei. która - bardzo możliwe - nie jest wcale taka głupia.