remont jest w fazie wyciszenia po ostrym stanie zapalnym i właściwie mógłbym odetchnąć z ulgą gdyby nie to, że wyniki najświeższych badań wskazują wyraźnie, że zwyrodnienie przestrzene jest złośliwe. mówiąc słowami prostymi - po wniesieniu z powrotem łóżka (a jest ono prawdziwie słusznych rozmiarów, lekko licząc dwa trzydzieści wzdłuż) i ponowieniu pomiarów na podstawie których stolarz kończy już robić biurko (takoż niewątpliwie co najmniej spory mebel) okazało się, że do własnego pokoju będę prawdopodobnie wchodził na czworakach, bo pomiędzy blatem a łóżkiem zostanie jakieś dwadzieścia centymetrów luzu. czyli nie ma siły, albo wężowy wślizg, albo zejście do parteru. na upartego mógłbym ewentualnie próbować z rozbiegu wbijać się głową naprzód, ale tę możliwość sobie raczej daruję. czasami myślę, że gdybym był jednak nieco niższy to też nie byłoby źle.

czasami myślę także, że wybrałem sobie niewłaściwy zawód i że byłbym ogólnie rzecz biorąc zdrowszy psychicznie, gdybym omijał komputery. myślę tak przeważnie wtedy, kiedy jestem zmuszony zakasać rękawy i porobić w żelazie. niewiele jest doprawdy rzeczy na tym świecie, które mogą naruszyć mój niewzruszony, stoicki spokój - pechowo hardware znajduje się w ścisłej czołówce tej krótkiej listy. tydzień temu przystąpiłem do teoretycznie niezbyt skomplikowanej operacji, której celem miało być poskładanie trzech kompletnych i działających zestawów komputerowych z pięciu niekompletnych, rozwłóczonych po domu. po siedmiu dniach, co najmniej trzech kryzysach emocjonalnych i dwóch załamaniach nerwowych połączonych z wulkanicznymi nieomal erupcjami skrajnej agresji dotarłem do punktu w którym działa jeden komputer, drugi jest od tego o krok (a właściwie - dziesięć metrów kabla sieciowego i godzinę konfigurowania), a z trzecim mam kosę, bo skurwiel wyraźnie się buntuje. informacja z ostatniej chwili: nie da się zainstalować systemu windows na trzech maszynach, jeżeli ma się do dyspozycji tylko jeden napęd fdd, w dodatku na stałe wmontowany do komputera z pustym, sformatowanym na ntfs dyskiem systemowym - a w charakterze bonusa komputer ten oparty jest na płycie abit be6 (wyposażonej w niesławnej pamięci kontroler hpt366, który wyklucza możliwość instalacji xp na drodze innej niż aktualizacja zainstalowanego wcześniej w98). nnno.

onet doniósł ostatnio (tutaj), że wedle statystyki amerykanie bardziej od śmierci obawiają się utraty danych - i coś w tym jest. jest to nawet racjonalne i logiczne w gruncie rzeczy - jak mnie trafi szlag to wszystko traci na znaczeniu, tymczasem po utracie danych trzeba jakoś żyć. nie bez powodu przeszedłem na narrację pierwszosobową - przy okazji przenoszenia się na nowy sprzęt i kopiowania zawartości twardych dysków okazało się, że do statystycznego amerykanina jest mi bliżej niż mógłbym przypuszczać, przynajmniej w tej kwestii. kiedy byłem mały co pewien czas śniło mi się, że moje łóżko nagle zaczyna się powoli unosić w powietrzu, obraca się, majestatycznie podpływa do okna, po czym leci ze mną z drugiego piętra na beton; w tym momencie budziłem się przerażony. kiedy przestałem być mały sny należące do kategorii złych zaczęły mieć inne scenariusze, najczęściej zaś chodziło w nich o to, że ja tu sobie śpię, a tam ona mnie zdradza (patrz także pod hasłem sny prorocze). obecnie śnią mi się awarie dysku twardego i nieodwracalne uszkodzenia ciągów zerojedynkowych, pracowicie produkowanych przeze mnie każdego dnia. nie pomogła nawet terapia polegająca na wykonaniu czterech kopii zapasowych na trzech różnych dyskach i zestawie płyt cd. właściwie może to i lepiej, takie nowoczesne paranoje mogą się okazać prawdziwym przebojem następnego sezonu w środowisku neurotycznych intelektualistów.

ostatnie z odkryć dokonanych przy okazji remontu dotyczy z kolei radia. spędzam teraz kilka godzin dziennie w pokoju mojej siostry, która jest fanatyczką tego medium, w związku z czym każdego dnia otrzymuję uderzeniową dawkę eremefem, radiazet tylkowielkieprzeboje, radiaplus łagodneprzeboje i paru innych. wstrząs jest tym większy, że normalnie radia nie słucham wcale, zresztą poza krótkim okresem przygotowań do matury nie słuchałem nigdy - i taki dziewiczy trafiłem w sam środek jakiejś intensywnej niefajności, o której istnieniu słyszałem, ale nie dawałem wiary. tymczasem to właśnie tak jest, jak mówili, tak właśnie: wszystkie stacje mają tę samą playlistę i z dokładnością do dwóch sekund mogę powiedzieć, kiedy zacznie się nowy krawczyk, informujący, że trudno mu być z bartosiewcz, a kiedy z głośników zaatakuje podstępnie kowalska, wwiercająca się w uszy gardłowym wyznaniem o braku szczęścia. i niczego więcej nie ma: krawczyk z bartosiewicz, kowalska, kukiz z borysewiczem, chujowe wiadomości, jedenosiemel, ta panna co w sopocie występowała - i apiać krawczyk, miłujący edytkę mimo problemów i braku ułatwień. to jest tak abstrakcyjne, że chwilami podejrzewam jakiś podstęp i sprawdzam, czy przypadkiem siostra nie puszcza mi w pętli kasety magnetofonowej - ale nie. to jednak rzeczywistość i prawdą jest, że rozgłośnie radiowe grają tylko i wyłącznie najgorszy, pozbawiony najmniejszych ambicji chłam - sam już nie wiem, czy trafiając w gusta szerokiej publiczności, czy jednak brutalnie je kształtując. jeszcze kilka dni i uwierzę we wszystkie spiskowe teorie ultralewicowych, rewolucyjnych i walczących czynnie wrogów społeczeństwa konsumpcji.

mógłbym tak jeszcze trochę popisać na kilka tematów, ale im bardziej (tzn. im szybciej i mocniej uderzając w klawisze) piszę tym silniejsze mam wrażenie, że staram się przede wszystkim ominąć najistotniejszy ostatnio wniosek. wedle którego blogi to jednak straszny syf. po całości i bez przebaczenia.
26 sierpnia 2004, 23:17:31 :: komentarze (318)
na remont pokoju zgodziłem się właściwie przypadkiem i od niechcenia, dla świętego spokoju, nie odrywając wzroku od monitora - dobra, jasne, dlaczego nie, teraz jestem zajęty, pogadamy za chwilę, a za chwilę zorientowałem się, że jestem banitą sypiającym to tu, to tam, na piętrze albo na parterze, w otoczeniu jakieś absurdalnej ilości sprzętu komputerowego, który zdążył się nagromadzić podstępnie przez kilkanaście lat. sypiającym z głową na klawiaturze, że tak powiem, parafrazując wiersz z czasów w których umierało się mając dwadzieścia trzy lata - i było jeszcze za co umierać.

teraz, tutaj, obecnie nie ma za co umierać, więc dwadzieścia trzy lata to dobry wiek co najwyżej na to, żeby się wyprowadzić z domu i zamieszkać z żoną lub konkubiną. w tym kontekście remont połączony z całkowitym przemeblowaniem (nowa szafa, nowe miejsce pracy pod wymiar i na zamówienie, więcej półek, jeszcze więcej półek na jeszcze więcej książek) nabiera innej wymowy, co także zauważyłem z opóźnieniem. wyprowadzam się od siebie do siebie. nieodwołalnie i bez możliwości powrotu. stara mikrorzeczywistość przestała istnieć, zburzono wszelkie znane dotychczas harmonie barw, wyuczone miary odległości, zniszczono wszystkie punkty odniesienia. za kilka dni wprowadzę się zupełnie gdzie indziej, a obudzony w środku nocy nie będę umiał z niewzruszoną pewnością i bez zastanowienia sięgnąć po filiżankę z herbatą. wyprowadzam się do jakiegoś innego życia, w którym nic nie będzie do końca takie samo, chociaż nic nie zmieni się na tyle, żebym mógł to wskazać i nazwać.

tymczasem przy okazji wyprowadzki i wynoszenia ukrytych w najdalszych zakamarkach kartonów i pudełek zafundowałem sobie mimowolnie prawdziwy kinematograf. nagle z całą mocą objawiło się moje urzeczowienie, urzeczywistnienie, rzeczość moja, moje urzeczenie - zawsze mówiłem, że nie przywiązuję się do ludzi, ale do rzeczy i miejsc, i taka jest prawda. setka drobiazgów, które przeszła w ciągu kilku godzin przez moje ręce, sprawiła, że przypomniałem sobie o tysiącu historii dawno zapomnianych, wycofanych z obiegu i przesuniętych w nieużywane rejony pamięci. duszny, ciemny, hotelowy pokój ze szkolnej wycieczki, kiedy mariusz próbował iść do dziewczyn po zewnętrznej stronie parapetu na trzecim piętrze, parna, sierpniowa noc, kiedy piłem wódkę dla dodania sobie odwagi i zamiast tego zalałem się kompletnie, a w tle grał myslovitz, wieczór spędzony na pomoście nad jeziorem w poczuciu całkowitego oderwania od siebie, szatnia, w której zamknęliśmy się z tamtą dziewczyną, łąka na skraju gdańska, na której po raz pierwszy chyba leżałem z rękami na piersiach panienki, patrząc na chmury et caetera - wszystko to nagle pojawiło się tuż przede mną, widoczne w najmniejszym detalu, niemal namacalne. a później stosy papierów - zdjęcia ludzi, których imiona często pozostawały domysłami, kalendarze sprzed dziesięciu lat, w których jednowyrazowy zapisek pozwalał na odtworzenie całego dnia, ba - nawet listy miłosne na papierze w kwiaty. bo były takie czasy, choć trudno w to dziś uwierzyć, kiedy pisało się listy miłosne - i to na papierze w kwiaty. a nawet jeżeli nie pisało się, to w każdym razie się otrzymywało, w niebieskich kopertach, pachnących perfumami, albo tanim winem, albo jednym i drugim.

wrzuciłem to wszystko z powrotem do kartonów, niech leży, przyda się jeszcze jako pierwszorzędna zagrycha pod wódkę czystą i rzewne piosenki piotra szczepanika. bo nie ma lepszych od piotra szczepanika o trzeciej nad ranem.

ps. o śmierci miłosza nie będę pisał, bo na ten temat i tak zostanie powiedziane wszystko, co jest do powiedzenia - i jeszcze drugie tyle. w charakterze miniproroctwa wkleję tylko swój komentarz z kumpli: wystarczy przelecieć się po portalach i już widać co będzie się teraz działo - wielka rzesza opłakuje rzewnymi łzami szczerze a niegramatycznie, a młodzież licealna i neopostlicealna podniecona rocznicowo gombrowiczem dyskretnie daje do zrozumienia, że phi i w ogóle nic się nie stało, gramy dalej. zaprawdę powiadam wam - wielcy tego narodu nie mają lekkiego życia po śmierci.
15 sierpnia 2004, 01:14:34 :: komentarze (50)
słońce się wściekło; najwyraźniej zauważyło, że tegoroczny plan wisi na włosku i teraz próbuje pospiesznie nadrobić stracony w lipcu czas. upał jest nieznośny, nawet kilkuminutowy pobyt na zewnątrz kończy się bólem głowy i nagłym, zdradliwym osłabieniem. całe dnie spędzam tutaj, przed komputerem, robiąc to i owo, i tamto jeszcze; wolałbym być teraz gdzie indziej, nad morzem, albo nad jeziorem, albo - jeszcze lepiej - w jeziorze, wystawiając tylko od czasu do czasu głowę, żeby zaczerpnąć powietrza. nic z tego, muszę tu tkwić i znosić tę drażniącą lepkość, która wypływa z porów skóry tak niezauważalnie, jak gdyby brała się wprost z powietrza. muszę tu tkwić, na nic chęci najszczersze - od wtorku przyjmuję przedziwną kombinację antybiotyków, po której słońca należy unikać pod groźbą nieokreślonych bliżej sankcji: być może wysypki, łupieżu i świerzbu, a może, czy ja wiem, postradania zmysłów.

jeden z antybiotyków ma zwalczyć całkowicie nieracjonalne o tej porze roku zapalenie gardła, oskrzeli i w ogóle wszystkiego co tylko ma styczność z wdychanym powietrzem. skąd się to wzięło - nie wiem, ludzie mówią, że coś jest na rzeczy, kolega kolegi też powalony chorobą, szwagierka znajomego leży z gorączką. ja najgorsze mam już za sobą, więc pozostaje delektować się działaniem drugiego antybiotyku, błogosławiony niech będzie jego odkrywca i jego potomkowie do siódmego pokolenia w linii męskiej. po dwóch z górą latach budzenia się z uczuciem, że w nocy zainkasowałem kilka miażdżących ciosów w splot słoneczny i godzenia się z faktem, że każdy posiłek związany jest z półgodzinnym intensywnym uczuciem trawienia od środka samego siebie - nagle świat stał się piękniejszy i jakiś taki przyjazny. ze szczególną przyjemnością wyobrażam sobie odbywającą się w moim żołądku hekatombę helicobacter pylori, starając się jednocześnie nie pamiętać o tym, że palenie papierosów wydatnie zwiększa ryzyko nawrotu choroby wrzodowej.

budzenie się bez bólu żołądka ma tę dodatkową zaletę, że pozwala na zapamiętanie treści snów. tak wnioskuję, bo nigdy nie pamiętałem rano co mi się w nocy roiło, tymczasem od kiku dni nie mam z tym żadnych problemów. jest to uczucie nowe i ciekawe, tym bardziej, że sny mam - jak się okazało - soczyste i pełne szczegółów. przedwczoraj śnił mi się muzyk jazzowy mazzol, goniący mnie z nożem po terenie politechniki gdańskiej; chwilę wcześniej podgrywałem mu jakiś rytm na bongosach, nie zauważywszy tabliczki, że wspólne muzykowanie płatne jest i kosztuje złotych sto za minutę grania. wobec mojej stanowczej odmowy uiszczenia opłaty w wysokości sześciuset złotych muzyk jazzowy mazzol wyciągnął nóż i rzucił się w pogoń za mną. niewykluczone, że prawdziwym powodem była mizerna jakość mojego podgrywania, ale do tego już nie dojdę, ponieważ obudziłem się w chwili otrzymywania pierwszego ciosu w klatkę piersiową. z kolei wczoraj przeżyłem oniryczne objawienie - we śnie przyszła do mnie koleżanka z klasy w liceum, której zresztą na początku szczerze nie znosiłem, a dopiero później uznałem, że wprawdzie światy mamy rozłączne, to jednak należy jej się szacunek; we śnie napełniłem się cały pewnością, że to właśnie ona jest kobietą, której szukałem - i że zmarnowałem przez to co najmniej pięć lat życia. coś mi jednak nie dawało spokoju, ona jakaś nieswoja była, całkiem do siebie niepodobna z wyglądu - budząc się uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to wcale nie była ona, tylko iwona, której z nieznanych przyczyn nie mogłem wcześniej rozpoznać.

ogólnie jest więc całkiem przyjemnie. na tyle przyjemnie, że - znając dobrze wyrafinowane poczucie humoru mojego anioła stróża - liczę się z otrzymaniem wkrótce informacji o jakimś nowotworze. to byłaby puenta w jego stylu.

ps. całe popołudnie spędziłem na robieniu szablonu dla fotobloga mirki - brzydki-skan.blog.pl. gdyby nie reklamowa doklejka serwera blog.pl byłby valid xhtml, a zamiast tego jest wuj w tomacie. zajrzeć i tak warto, bo mirka, całkiem (nomen omen) nieszablonowo jak na właścicielkę fotobloga potrafi robić zdjęcia.
08 sierpnia 2004, 19:51:05 :: komentarze (95)
[1] pamiętam, że już na pierwszym roku studiów próbowałem - wespół z serdecznym druhem - zarobić jakieś pieniądze jako informatyk. bardzo intensywnie próbowaliśmy obaj, bardzo - bo żaden z nas nie miał nigdy choćby złamanego grosza przy dupie, co dla studenta jest sytuacją mało komfortową. ja w tamtych czasach znałem nieźle html, kolega - jako jednostka pozbawiona zmysłu estetycznego - specjalizował się w perlu i php, we dwóch stanowiliśmy zaś zespół, który z niewielką pomocą jakiegoś grafika mógł śmiało podjąć się realizacji niemal dowolnego serwisu średniej wielkości. usiłowaliśmy więc spożytkować moce przerobowe i zdobyć jakieś zlecenia, niestety w połowie firm nikt nie chciał z nami gadać, a w pozostałych kończyło się na uprzejmym zapewnieniu, że zadzwonią do nas we wtorek - albo za rok od wtorku. co właściwie nie powinno dziwić ani wtedy, ani teraz, skoro przychodziliśmy jak zbłąkani jeźdźcy apokalipsy po spotkaniu z szajką koniokradów - pieszo, w obrzęchanych swetrach, mocno sfatygowanych spodniach i butach zdecydowanie nie pierwszej świeżości. mam taki obrazek przed oczami teraz, jak stoję przed jakimś dyrektorem i roztaczam przed nim czarowne wizje, a z mokrych włosów woda mi kapie za kołnierz. bo deszcz akurat padał.

obrazek ów, jak z pozytywistycznej noweli, przytaczam, bo właśnie wtedy zrodziło się we mnie przekonanie, że znaczna część środków finansowych wydawana jest niepotrzebnie. nie w skali globalnej, bo te nadmiarowe, zbędne pieniądze są trwale wpisane w cały system - ale w skali mikro. my nie dostawaliśmy zleceń, zlecenia dostawały profesjonalne firmy, których przedstawiciele podjeżdżali pod siedzibę przedsiębiorstwa samochodami i w trakcie dyskusji z prezesem rozkładali na kolanach laptopy. przedsiębiorstwa zaś płaciły za ten luksus, kupując produkt w postaci serwisu www za cenę kilkukrotnie wyższą niż cena, za którą wykonalibyśmy ten sam serwis my dwaj. w tym miejscu kończę wątek wprowadzający, pomijając czynniki dodatkowe, do których wrócę za chwilę.

[2] jakiś czas temu, bodajże w grudniu, w krakowie miała miejsce urocza impreza - akcja blokowania tesco. grupa wywrotowców wymyśliła sobie, że zjawi się w markecie, zajmie wszystkie wózki i przez dłuższy czas będzie jeździła w tę i nazad, uniemożliwiając normalnym klientom zakupy i tym samym przyczyniając się do drastycznego spadku dochodów placówki - a w konsekwencji, kto wie, kto wie, zapewne do upadku sklepu, całej sieci - i dalej, zgodnie z efektem domina, do ostatecznego krachu systemu korporacji. wyszło prześmiesznie - obsługa doskonale wiedziała, co będzie grane, ściągnięto z okolicy dodatkowe zapasy wózków i koszyków, a błąkający się jak smród po gaciach wywrotowcy byli częstowani przez uśmiechnięte hostessy wafelkami - i tak właśnie korporacjom raz jeszcze udało się w ostatniej chwili uniknąć totalnego krachu.

ja sam jak żyję nie miałem dredów ani capiej bródki - i chociaż fanatykiem higieny osobistej nie jestem, to jednak zdarza mi się nalać wody do balii i umyć się pod paszkami. ogólnie rzecz biorąc nie wyglądam więc na wywrotowca i w istocie nim nie jestem, więc bojownicy o wolność naszą, waszą i trzeciego świata wzbudzają we mnie, w najlepszym wypadku, niejakie rozczulenie. na wolności dla wszystkich mi nie zależy, natomiast dosyć żywotnie zainteresowany jestem wolnością własną i tutaj zaczyna się - znowu z pominięciem kilku nasuwających się uwag pobocznych - wątek drugi. zastanawiałem się mianowicie od czasu tamtej akcji w jaki sposób hipermarkety wykorzystać. walka jest bezcelowa, ale swoista dywersja, owszem, mogłaby się powieść - chociaż cały plan, o czym mówię od razu, jest oparty na kilku niekoniecznie prawdziwych założeniach i po dokładnych kalkulacjach albo przeprowadzeniu symulacji może się okazać równie głupi co idee ekonomiczne ortodoksyjnych alterglobalistów.

pomysł jest następujący - jeżeli wierzyć rozmaitym publikacjom podstawowym mechanizmem przyciągania klientów przez hipermarkety są promocje, czyli wyprzedaż pewnych towarów po bardzo atrakcyjnych cenach. klient przychodzi po tanie masełko, po czym wpada w amok, zaczyna się ślinić, dostaje konsumpcyjnego obłędu i oprócz masełka kupuje twarożek, pierożki, pięćdziesiąt kilogramów węgla do grilla, szorty męskie sportowe oraz dwudziestoośmiocalowy telewizor z systemem quadro surround i wbudowaną sokowirówką. hipermarket zarabia, geszeft sze kręczy. założmy sobie teraz, że w każdym tygodniu promocją objętych jest kilkadziesiąt artykułów z rozmaitych działów - a dodatkowo, że mieszkamy w jednej z aglomeracji i hipermarketów w promieniu dwudziestu kilometrów mamy co najmniej kilka: oznacza to, że w każdym momencie możliwy jest zakup kilkuset artykułów po promocyjnych cenach. teraz - gdyby istniał system komputerowy przechowujący informacje o aktualnych cenach produktów (z jakiegoś zamkniętego koszyka oczywiście, z uwzględnieniem ekwiwalentów) możliwe byłoby stworzenie interfesju pozwalającego na szczegółowe zaplanowanie zakupów. użytkownik wybierałby z listy artykuły, które musi kupić, a system zwracałby informację o tym co kupować gdzie w taki sposób, żeby łapać się wyłącznie na promocje - więcej: przy odrobinie wysiłku mógłby podawać także zoptymalizowaną pod kątem odległości trasę przejazdu pomiędzy marketami.

wady? tysiące. począwszy od problemów z ustalaniem ekwiwalentów (jeżeli chcę kupić żółty ser to możliwe, że zależy mi właśnie na żółtym serze, a nie na cholernym pasztecie z indyka - ale możliwe też, że chcę kupić coś na chleb i pasztet z indyka styka, że tak powiem do rymu), przez trudności w zdobywaniu informacji (potrzebne byłyby osoby, które na bieżąco wprowadzałyby dane o aktualnych promocjach), aż po ryzyko związane z działaniem w czasie rzeczywistym (przyjeżdżam do tesco, a tam po pasztecie z indyka nie zostało nawet wspomnienie). no i przede wszystkim - bardzo kruche podstawy, na których oparta jest cała idea - nie wiadomo, czy koszt przejazdu (oraz straty czasu związanej z miotaniem się po mieście) nie przekroczy dwudziestogroszowej oszczędności na serze i złotówki zaoszczędzonej na tiszercie. ściślej - niemal na pewno przekroczy przy niewielkich zakupach, natomiast nie wiadomo jak rzecz miałaby się z zakupami większymi. na przykład cotygodniowym uzupełnianiem zapasów zamieszkującej squot komuny wywrotowców. którym niniejszym podsuwam ów pomysł.

[3] jakoś tak się poskładało, że wszyscy chyba moi koledzy z roku pracują już w rozmaitych firmach, w związku z czym zarabiają bardzo przyjemne pieniądze i spędzają wakacje na siedzeniu przed monitorem, bo najbliższy urlop dostaną za dwa lata. praca w rozmaitej firmie była moim marzeniem w czasach kiedy łaziłem po deszczu od jednego przedsiębiorstwa do drugiego, po czym marzeniem być przestała i aktualnie wizja rozwoju osobowego w modelu dobra praca - żona wanda, dziecko mieczysławek - samochód marki półekonomicznej, półprestiżowej - urlop w afryce, sylwester w honolulu - schludne mieszkanko z widokami na ładny dom na przedmieściach jakoś mnie nie pociąga specjalnie, a mówiąc ściśle - nie pociąga mnie wcale. zresztą od października zaczynam kolejne pięcioletnie studia, więc jakiekolwiek prace etatowe nie wchodzą w ogóle w rachubę. a tu żyć się chce, co tu kryć, żyć się chce, pojechać gdzieś czasem, hobby jakieś pouprawiać, kupić to i owo, sprzęt komputerowy zmodernizować i tak dalej. na przykład - trzy tygodnie temu stanąłem w obliczu problemu jak spędzić tydzień na biwaku za pięćset złotych?. przy czym, nadmieniam, za te pięćset złotych musiałem przede wszystkim kupić kompletne wyposażenie (namiot, materac, śpiwór, plecak), a dopiero za resztę jechać i przeżyć, możliwie rozkosznie, kilka dni.

i w tym miejscu wracamy do urwanego wcześniej wątku o dwóch chłopcach z zapałkami - przedsiębiorstwa, które decydowały się na płacenie kilkukrotnie wyższych stawek profesjonalnym firmom nie robiły tego oczywiście z próżności, ale ze względu na gwarancję jakości. bardziej opłacało im się przeznaczenie na serwis www pięciu tysięcy złotych z gwarancją sfinalizowania przedsięwzięcia w ciągu dwóch miesięcy - niż zaoszczędzenie czterech tysięcy i ryzykowanie procesu produkcyjnego trwającego rok, w dodatku z niepewnym efektem na końcu. rzecz jest jasna. natomiast to, co śmieszne w całej tamtej sytuacji, to fakt, że akurat my rzeczywiście mogliśmy zrobić im porządny serwis w dwa miesiące za tysiąc złotych. tyle, że oni o tym nie wiedzieli.

teraz z kolei ja znalazłem się po tej drugiej stronie - na sprzęcie turystycznym znam się tak samo, jak przeciętny prezes przedsiębiorstwa produkującego kawę zbożową na serwisach www. gdybym kupował sprzęt renomowanych marek, miałbym pewność, że kupuję rzeczy solidne - niestety wymieniony wyżej zestaw kosztowałby mniej więcej tysiąc dwieście złotych - i chuj w bombki strzelił, wakacji nie będzie. pozostało więc dokonywanie zakupów w makro i na allegro - namiot sto dwadzieścia, materac dziewięćdziesiąt, śpiwór osiemdziesiąt, plecak sto trzydzieści, wio w trasę - i ryzyk fizyk. albo okaże się, że osiemdziesięciolitrowy według opisu plecak mieści dwadzieścia litrów - albo nie. albo w połowie drogi odpadnie dno - albo nie. albo pierwszy kapuśniaczek zaleje mi namiot - albo się uda. albo przy plus ośmiu celsjusza w śpiworze będzie minus pięć - albo przypadkiem okaże się, że jednak wszystko jest jak trzeba.

zaryzykowałem i jestem do przodu. śpiwór okazał się doskonały, chociaż łatwo go zabrudzić, a wykończenie pozostawia nieco do życzenia. namiot spełnił swoje zadanie - nie wybierałem się w himalaje, ale na pojezierze iławskie, więc odporność na wodę rzędu 1000mm (firmowe namioty mają 2000mm) była wystarczająca, mimo, że zdarzyły się ze dwie solidne burze. plecak jest bardzo wygodny i solidny - poza zamkami błyskawicznymi, które wydają się być nieco zbyt tandetne (identyczny niemal plecak znanej firmy z porządnymi zamkami kosztował jednak ponad dwukrotnie więcej). nietrafiony okazał się jedynie materac, który waży mniej więcej tyle, co worek kartofli - przynajmniej takie miałem wrażenie po trzykilometrowym marszu.

no i puenta - otóż to, czego mi zabrakło w czasie kilkugodzinnych poszukiwań, przymiarek i czytania krótkich opinii użytkowników to jedno miejsce, jeden spory serwis, który zawierałby nieco bardziej szczegółowe opisy takiego sprzętu ze środkowych i dolnych półek. serwis, w którym mógłbym wejść do działu sprzęt turystyczny/plecaki i dowiedzieć się, że plecak górski 80l firmy k-2 sport został przetestowany w warunkach bojowych, jest wygodny i nie przemaka, a wprawdzie po miesiącu rozleciał się zamek bocznej kieszeni, ale udało się go bez problemu wymienić. albo że plecak górski firmy, powiedzmy, polsportex z pińczowa wytrzymał trzy dni, po czym rozpadł się na kawałki - i może to lepiej, bo i tak użytkownik nie mógł się pozbyć wrażenia, że krzyż niesie na grzbiecie, a nie plecak. dzięki temu po pięciu minutach wiedziałbym już, że mogę spokojnie kupować produkt k-2 sport i cieszyć się z zaoszczędzenia co najmniej stu złotych.

stworzenie takiego serwisu nie byłoby specjalnym problemem. technicznym. problem zacząłby się nieco później, kiedy polsportex z pińczowa postanowiłby na przykład namówić osoby prowadzące do usunięcia złej opinii - albo spróbował własnymi rękami lub też rękami prowadzących dodać wypieczoną w dziale marketingu kontropinię - dlatego całość musiałby być całkowicie niekomercyjna, a wiarygodność opierać na zaufaniu do prowadzących i udostępnieniu szerokich możliwości interakcji (przykład wikipedii wskazuje, że kiedy puści się takie rzeczy na żywioł oliwa sprawiedliwa na wierzch wypływa, że pozwolę sobie na skrót myślowy).

taki serwis mógłby objąć zasięgiem tematycznym niemal wszystkie branże - mówiąc ściśle zaś: byłby dobrym miejscem pozyskiwania informacji zawsze wtedy, kiedy nie jest wymagany zakup sprzętu najwyższej klasy. wiadomo, że kiedy chcę kupić dobry aparat cyfrowy, to nie zdecyduję się na firmę panasonix - ale już przy zakupie cd/mp3-playera do słuchania muzyki w kolejce skm nie muszę wydawać sześciuset złotych na nowy model sony, skoro mogę kupić sprzęt zadowalającej jakości za dwieście dwadzieścia. notabene - kupując swego czasu cd/mp3 playera wtopiłem straszliwie i na tym polega ryzyko: dwa nieudane zakupy mogą spieprzyć dokumentnie bilans ogólny. jeżeli to ryzyko zminimalizujemy - wygrywamy.

[4] zdaję sobie sprawę z tego, że cała kwestia może się wydawać sztuczna i wydumana, szczególnie jeżeli ktoś nie musi się liczyć z kosztami. dla mnie jest to jednak sprawa bardzo istotna, skoro zdecydowałem się realizować program (tutaj głos lektora staje się jadowicie ironiczny) dezercji ze świata konsumpcji, czyli pracować zarobkowo jak najkrócej, wydawać jak najmniej i żyć możliwie intensywnie. redukowanie zbędnych kosztów jest jedyną metodą pozwalającą na realizowanie tych założeń bez konieczności wyprowadzania się do drewnianej chałupy na wsi, uprawiania ziemniaków i dojenia kóz o poranku. po drugie zaś - jako informatyk mam problemy z zaakceptowaniem marnotrawienia informacji czy marnotrawienia czasu zdobywania i przetwarzania informacji, co zresztą na jedno wychodzi. jeżeli chcę kupić określony produkt - poświęcam kilka godzin na zapoznanie się z dostępnymi ofertami, ich porównywanie, wynajdywanie opinii etc. dzięki temu zdobywam wiedzę - potrafię z całej grupy produktów wyodrębnić kilka takich, które kwalifikują się do dalszego analizowania. ta wiedza jest cenna, bo dzięki niej każdy, kto znajdzie się w podobnej sytuacji nie będzie już musiał tracić czasu - który, przypominam, jest zasobem całkowicie nieodnawialnym i powinien podlegać ochronie.

[5] w tym miejscu powinien się znaleźć opis trzeciego pomysłu, dającego teoretycznie największe możliwości oszczędzania pieniędzy i czasu. teoretycznie, bo chociaż dla laika sprawa wydawałaby się banalnie prosta - w rzeczywistości jest piekielnie skomplikowana i prawdopodobnie nierealizowalna obecnie w zadowalający sposób. opisu nie będę jednak zamieszczał, bo okazało się, że jeden z moich kolegów robi okrojoną wersję takiegu systemu w ramach pracy magisterskiej i nosi się z zamiarem rozwijania projektu dalej, z domyślną komercjalizacją po pewnym czasie - a konukrencji nie będę mu robił.

[6] bardzo nie lubię zabierać głosu kiedy nie jestem całkowicie pewny swego, w tym wypadku jednak nie ma innej możliwości. w powyższych akapitach kryje się kilka logicznych luk, o których wiem i które wydają mi się niegroźne - zapewne kryje się też kilka takich luk, o których nie pomyślałem, stąd z góry zaznaczam, że wszelka krytyka jest mile widziana. popełniłem także grzech śmiertelny, który właściwie pozbawia cały tekst racji bytu - nie sprawdziłem bowiem, czy podobne systemy i serwisy już nie funkcjonują, możliwe więc, że z dużym wysiłkiem odkryłem właśnie, że ziemia jest okrągła. rezerwuję sobie to prawo i rozgrzeszam się z góry, ponieważ na przystanku woodstock nabawiłem się poważnego zapalenia górnych dróg oddechowych, biorę dwa ciężkie antybiotyki i mam gorączkę. uprzejmie proszę także o wzniesienie się w miarę możliwości ponad poziom plecaka i namiotu, bo to tylko mniej lub bardziej udane instancje ogólnej idei. która - bardzo możliwe - nie jest wcale taka głupia.
04 sierpnia 2004, 01:28:33 :: komentarze (106)
up