ponieważ w okolicy jest raczej schyłkowo i trwa ogólna przerwa niewarta specjalnej wzmianki - pozwalam sobie na wskazanie tekstu, który napisalem do ostatniego sieciowego wydania ha!artu (tutaj). wnioski oparte są na dosyć eterycznych przesłankach, stąd też będę wdzięczny za wyrażenie opinii czy mam rację raczej czy raczej nie mam jej.
30 września 2004, 01:53:36 :: komentarze (2181)
patrz tutaj.
jeżeli pacjentom udostępniają stałe łącze to idę.
23 września 2004, 14:47:30 :: komentarze (111)
no nie wiem, nie wiem co tu napisać i czy napisać cokolwiek, więc umówmy się inaczej, ja ze sobą, że zamiast pisać będę sobie mówił, tak sobie pogadamy w jednodwóch od serca, uczciwie; jak by to powiedzieć - wódka na stół, lustro na krzesło po drugiej stronie i pijemy. czyli ustka. no owszem, bardzo miło było, szalenie przyjemnie, tak właściwie. właściwie było właściwie. a jeżeli zbłądziłem z dobrej ścieżki, jeżeli sam byłem niewłaściwy - to przepraszam, przepraszam ciebie, agnieszko, jeżeli będziesz to czytać, i przepraszam wszystkich innych, szczerze, uczciwie, z serca, całą agresję wyemitowaną w przestrzeń niniejszym wchłaniam jak ciało mentalnie doskonale czarne, wszystko co złe wlewam do blaszanego wiadra i na długim łańcuchu spuszczam w głąb tej czarnej studni w środku i niech moje toksyny zatruwają tylko mnie, tak mi dopomóż mój świecie, jako dopomagasz mi niestrudzenie, amen. wobec czego przypomnijmy sobie jeszcze raz tę rozmowę z pociągu (swoją drogą - rozmawianie o takich sprawach w pociągu osobowym na trasie słupsk-wejherowo, wśród tych wszystkich ludzi skrajnie miejscowych, to było duże osiągnięcie, po prostu scena filmowa warta oskara, chociaż bardzo możliwe, że tylko mi się tak wydawało i możliwe też, teraz sobie uświadomiłem, że samo wyrażenie skrajnie miejscowy może być zupełnie niezrozumiałe - ale nie uprzedzajmy faktów, chociaż sprawa teraz, obecnie, mnie interesuje i prosiłbym o jakieś uwagi w komentarzach, umówmy się, że to taka ankieta - niech każdy napisze jak rozumie określenie skrajnie miejscowy, przy czym każdy los wygrywa), przypomnijmy więc sobie rozmowę z pociągu i zastąpmy liczbę mnogą wszędzie liczbą pojedynczą. a więc ja. a więc ja śmieję się z tych samych dowcipów, co ty, co marta, co martyna, maro, frytka, kaczka, bartek, pdw i w ogóle wszyscy - i to ja czuję, że śmieję się w nieco innym momencie, o sekundę wcześniej albo później, albo - to utrzymajmy w mocy - z czego innego. powtórzę tutaj to, co mówiłem wtedy, sobie mógłbym nie powtarzać, ale ostatecznie ktoś to będzie czytał: był taki odcinek muppetów (ja nie oglądałem muppetów (mappetów?), musiałem chyba widzieć przypadkiem jeden odcinek i on mi zapadł głęboko w pamięć), w którym toczyła się jakaś wojna i konkluzja wszystkiego zawierała się w takim dialogu, że dlaczego prowadzimy tę wojnę z nimi, skoro ich śmieszy to samo co nas, a odpowiedź brzmiała: nie, nie to samo, bo kiedy facet idzie po ulicy i ktoś mu rzuca tortem w twarz to my się śmiejemy z tego, że tortem w twarz, a oni z tego, że tort był truskawkowy. i to mną wstrząsnęło, bo otwierało pole do rozważań w rodzaju a jeżeli kto inny kolor czerwony widzi tak, jak ja zielony i vice versa, to nigdy do tego nie dojdziemy, bo obaj zostaliśmy nauczeni nazw przez wskazanie i wymagany byłby inny, nieznany poziom komunikacji - mogłem to roztrząsać godzinami, bo zgódźmy się, że to doskonałe ćwiczenie myślowe dla siedmiolatka. chociaż wygląda na to, że powoduje zwyrodnienia, więc możliwe też, że to dobre ćwiczenie dla pięciolatka albo dwunastolatka, w każdym razie dla siedmiolatka najwyraźniej nie. no i rozumiesz, całkiem możliwe, że ja się śmieję z tego, że tort jest truskawkowy. i dalej w ten sam sposób - znamy wszyscy te same piosenki i te same książki, ale co innego z nich wyciągamy, ja na przykład uważam, że najważniejszy jest trzeci i czwarty wers drugiej zwrotki, natomiast ty możesz być zdania, że skądże znowu, że rym w refrenie to jest najlepszy i jedyny moment. a ona - że cała pierwsza zwrotka, a reszty mogłoby nie być. nie wiem, czy rozumiesz, bo ja tak i tym samym znowu wracamy do problemu podstawowego, czyli sprawdza się prosta definicja sieniewicza - każdy z nas mówi o czym innym. nie ma porozumienia, nie ma wspólnych idei, jak pisał ten poeta, który już nie żyje, a którego wiersze przypominają mi się niekiedy w różnych sytuacjach i nie mogę się nadziwić, że to ja napisałem. i teraz zwracam się do siebie po drugiej stronie stołu - zastanówmy się więc, mój drogi, czy w ogóle warto mówić cokolwiek, czy warto mówić to wszystko. bo gdybyśmy nie siedzieli tutaj i nie pili tej zmyślonej wódki i gdybyśmy nie wychodzili na zewnątrz (wiesz, stoję na balkonie, palę papierosa) i tak dalej, to wszystko dałoby się ociosać do kilku prawd banalnych i całkowicie przeżutych przez całe pokolenia panienek z humanistycznych klas licealnych, które to wszystko przyklejały jak gumę do blatu ławki dla następnych, które przychodziły, odklejały i żuły dalej, no więc gdybyśmy to zredukowali do rdzenia intersubiektywnie komunikowalnego to byłaby jakaś zgroza, żenująca sytuacja, nie wiem, jak posikać się w spodnie w czasie leżakowania w przedszkolu. a skoro obaj, mój przyjacielu, jesteśmy zdania, że stoimy w obliczu szalenie ciekawego momentu, w którym znane dobrze słowa nabierają nowego sensu - to dalej nie wiemy niczego. bo może to dlatego, że żaden z nas nie był w odpowiednim wieku egzaltowaną panienką z klasy humanistycznej, dlatego, że byliśmy skrajnie, uważnie i ostrożnie nieegzaltowanymi (właśnie w ten sposób, jak zapytanie dla przeglądarki: +skrajnie +uważnie +ostrożnie +nieegzaltowany, szukaj) chłopcami z matfizu i być może nie przerobiliśmy na czas pewnej lekcji. może dokonaliśmy niewłaściwego wyboru - może jednak dobrze jest być panienką z humany, przynajmniej na krótko. a jeżeli nie dlatego - to znaczy właśnie to, co się tutaj opłotkami skrada od dwóch ekranów, czyli że wszystko to jest absolutnie, całkowicie i doskonale niepojęte z zewnątrz. i że można o tym właściwie napisać całą książkę, rozmydlić to na trzysta stron, dawkować delikatnie, wyjaśniać skrupulatnie każdy powód - i dopiero taka dawka nie byłaby zabójcza dla innych. no tak, przyjacielu, przecież piszemy o tym książkę, dla prawdopodobnie nieistniejącego targetu, więc nasze motto napisałem tę książkę dlatego, że bardzo chciałem ją przeczytać okazuje się być ponownie niezwykle wręcz aktualne. pogratulujmy sobie intuicji w doborze cytatu na początek, nawet jeżeli z tego powodu nie będziemy sobie mogli pogratulować skończenia pracy. ani upić się do nieprzytomności z przyczyny, że nareszcie. odpuśmy sobie więc na moment ten piekielny egotyzm, wyjaśnijmy, że ten piekielny egotyzm jest cytatem z jakiejś książki rozgrywającej się w środowisku literackim dawno temu, w której jeden z bohaterów tak mówi o wojaczku, wyjaśnijmy, bo tego cytatu to już na pewno nikt nie zna - dobrze, zostawmy to i zastanówmy się jeszcze, skoro ogólnie rzecz biorąc miło nam się tu siedzi, generalnie rozmowa się klei i chociaż raz nie siedzimy w towarzystwie cicho, odzywając się z rzadka i żałując natychmiast, że w ogóle, mając poczucie popełnienia tragicznego faux pas, przyciszając głos z każdym zdaniem i kończąc w połowie, daleko przed puentą, ze świadomością, że i tak nikt nie słucha. a pamiętasz, przyjacielu, były takie czasy, kiedy wszystko było prostsze, naprawdę, kiedy wystarczyło wypić ćwiartkę i można było przez pół nocy rozmawiać z jakąś pięknooką, pomiędzy drugą a trzecią nad ranem dochodząc do wniosku, że wszystkie różnice są nieistotne, że wszystkie pęknięcia ziemi pomiędzy miejscem w którym ja stoję, a miejscem, w którym stoi ona, można zasypać i przejść po tym - kamera najeżdża z daleka, a my stoimy objęci, nawzajem doskonale pojęci, no po prostu happy end i całe życie przed nami, w każdym razie do momentu w którym rano nie obudzi nas ten cholerny kac i w którym każde z nas gotowe będzie sprzedać to drugie przygodnemu kupcowi z arabii za jedną szklankę zimnej wody. ale to właśnie są stare czasy, stare dobre czasy, one nigdy już nie wrócą. albo. albo dobrze, dajmy sobie spokój, wódka do zlewu, kieliszki do śmieci, panienki wypierdalać, koniec imprezy. pozostaje więc zrobić ostatni krok na drodze remitologizacji śmiertelnego banału i powiedzieć publiczności coś zrozumiałego, nie siląc się na wyjaśnianie tych wszystkich poplątanych jak historia całego życia niuansów - o, i to byłoby dobre przełożenie, o konstrukcji pytania z testu na inteligencję - historia życia tak się ma do curriculum vitae jak to, co chciałbym powiedzieć, do czego? do czego? podajemy poprawną odpowiedź: do ostatniego zdania tej notki - i nie przedłużając, chociaż mógłbym tak przez następnych dwadzieścia minut, bo ostatecznie po dwudziestu trzech latach dwadzieścia minut w tę albo w tę drugą stronę naprawdę nie robi różnicy, skracając, mówiąc prosto, nazywając rzeczy ich imieniem zaczerpniętym ze zdecydowanie zbyt wąskiego słownika, otóż, no cóż, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jestem bardzo samotnym człowiekiem.
14 września 2004, 22:27:44 :: komentarze (15106)
[1] od piątku będę w ustce na przepustce (w chustce). szczerze polecam tę imprezę wszystkim, nawet jeśli ze współczesną tzw. młodą literaturą mają tyle wspólnego, że podłożyli wojnę polsko-ruską pod nogę od stołu, żeby się nie kolebotał. jest już raczej po sezonie, noclegi tanie jak barszcz bez grzybów, a jak ktoś nie lubi bez grzybów to znajdzie coś w lesie. bartek muszyński donosi ponadto, że dwa dni temu kąpał się w bałtyku, w co wierzę umiarkowanie, zważywszy na błyszczące ostrze chłodu, wślizgujące się podstępnie otwartym oknem i tnące bezlitośnie na drobne kawałki soczyście owocowe retrospekcje, czy jakby to tam ujęła moja ulubiona autorka blogowa. w każdym razie wiadomo na pewno, że zjedzie się prawdziwy kwiat towarzystwa i niemal cała czołówka listy osób szczerze znienawidzonych przez tych, którym zupełnie nie wyszło, więc atrakcji nie powinno zabraknąć.

[2] ukazała się debiutancka płyta zespołu happysad, który to zespół wskazał mi dawno temu pdw jako pidżamę porno dla ubogich. opinie na temat płyty są dwojakiego rodzaju - jedni uważają, że jest zajebista (w odniesieniu do płyt rokendrolowych inne przymiotniki nie mają racji bytu), inni kręcą nosem ze względu na niektóre teksty i/albo miksy, odbiegające dosyć poważnie od znanych z płyty demo. ja na wszystko jedno znalazłem wszystko, czego od podobnych płyt oczekuję, tj. bezpretensjonalną muzykę połączoną z odpowiednio pretensjonalnymi tekstami - przy czym jestem dziwnie spokojny o to, że twórca tychże doskonale wiedział co robi i że tak trzeba. a taki na przykład prosty dwuwers kiedyś kupię nóż i powyrzynam wszystkich wkoło - kiedyś kupię nóż, zostawię tylko dwoje można uznać za wszystko, co chcieliście powiedzieć światu przynajmniej kilka razy w życiu, ale nie mieliście odwagi.
a, no tak, parę patentów wyraźnie z pidżamy wziętych, ale ostatecznie mamy postmodernizm.

[3] w empikach leży pierwszy numer dosyć znanego w sieci miesięcznika nowy pompon, w którym to numerze maczałem koniuszki palców. mam szczery zamiar w kolejnych maczać całe dłonie, ponieważ ten rodzaj humoru należy do moich ulubionych, ha, ha. ha. poza tym mam niezłe warunki startowe do bawienia się w satyrę i groteskę, jestem bowiem człowiekiem śmiertelnie smutnym. to podobno chodzi w parze.

[4] 10. października o godzinie 18. będę w toruńskim lokalu (?) zezowate szczęście (tyle mogę wyrozumieć z rozpiski, którą dostałem mailem, a z której wynika niewiele albo i mniej) w ramach większego festiwalu intermedialnego. ponieważ nie podejrzewam organizatorów o umieszczenie w sieci informacji osoby zainteresowane informuję, że ciekawie będzie w czwartek o godzinie 12. w niebie (laura pawela) oraz o 19. tamże (michał kaczyński i konrad cezary kęder). jeżeli ktoś lubi to w sobotę o 23. pod aniołem fisz i tworzywo sztuczne. poza tym też może być - i pewnie będzie - interesująco, ale osób wymienionych nie znam wcale albo jedynie z odległego słyszenia.
09 września 2004, 02:02:50 :: komentarze (92)
czytając książki staram się zazwyczaj starannie unikać wszystkich fragmentów, które stwarzają podejrzenia, że mogłyby zostać umieszczone w publikacjach typu sto jeden gładkich cytatów na każdą okazję, ale poniższe dwa zdania powinienem sobie wydrukować białymi literami na czarnej koszulce i tę koszulkę ubierać ilekroć wychodzę z domu:

Trzymajcie się z dala od człowieka, który pracował w pocie czoła nad rozwiązaniem jakiejś zagadki, rozwiązał ją i stwierdził, że nie jest mądrzejszy niż przedtem - powiada Bokonon. - Przepełnia go bowiem mordercza pogarda do ludzi, którzy są równie głupi jak on, ale nie doszli do swojej głupoty równie ciężką pracą.
(kurt vonnegut, kocia kołyska)
06 września 2004, 01:08:43 :: komentarze (144)
(mniej więcej rok temu deklarowałem, że będąc ateistą nie jestem równocześnie antyklerykałem - i z powtórzeniem tej deklaracji dzisiaj miałbym poważny problem. tak ze względów ogólnych, jak i z powodu specyfiki lokalnej. względy ogólne to poważne podejrzenia związane z instytucją kościoła jako takiego - bo już powierzchowne tylko próby poznania historii tejże oraz zarzutów podnoszonych w kwestii rozbieżności pomiędzy doktrynami kk a prawdopodobnym nauczaniem prawdopodobnie historycznej postaci jezusa z nazaretu wystarczą, żeby nabrać daleko posuniętej ostrożności. tego jednak drążyć nie będę, bo tak czy inaczej skazany jestem na korzystanie wyłącznie z cudzych poglądów, opracowań i relacji (które znaleźć można tutaj). specyfika lokalna z kolei to obraz polskiego kościoła widzianego z zewnątrz. a z zewnątrz wygląda na to, że kościół w naszym kraju stoi w bardzo trudnej sytuacji - i nie ma żadnego pomysłu na to jak z niej wyjść. bo tak: z jednej strony środek ciężkości środowiska dziennikarskiego jest mocno przesunięty w lewo z powodów naturalnych, co owocuje tym, że każda afera związana z kościołem i jego hierarchami jest bardzo wnikliwie rozpatrywana we wszystkich możliwych mediach (przy czym ton doniesień czy artykułów jest, rzecz jasna, uprzejmy i poprawny politycznie, niemniej ilość tych uprzejmych i niemalże neutralnych doniesień przechodzi w dosyć wrogą jakość), z drugiej zaś strony najbardziej gorliwi i widoczni w mediach obrońcy katolicyzmu to banda patentowanych oszołomów, do tego często dwulicowych (vide giertych roman, przyłapany przez fakt na łgarstwie w oczy żywe). doborowe to grono składa się w większości z jednostek, które u każdego rozsądnego człowieka wywołują obrzydzenie i odruch obronny, polegający na podświadomym ustawianiu się możliwie jak najdalej. niekwestionowanym liderem jest oczywiście ojciec rydzyk, który wizerunek kościoła psuje jakieś sześćset sześćdziesiąt sześć razy skuteczniej niż nie i fakty i mity razem wzięte - i w ogóle na miejscu władz antyklerykalnej partii postępu racja przyznałbym mu honorowe członkostwo w uznaniu zasług. z kolei dzięki ostatniej aferze jak feniks z popiołów odrodził się w szerszej świadomości społecznej enfant terrible diecezji gdańskiej, czyli kanonik jankowski - niegdyś kapelan solidarności, obecnie kojarzony wyłącznie z powodu antysemickich wypowiedzi, namiętnego obwieszania się orderami, do których nie ma prawa i w ogóle zamiłowania do przepychu przekraczającego wszelkie granice dobrego smaku, a przede wszystkim - z powodu podejrzeń o demoralizowanie nieletnich. wracając do rydzyka - o opinii, jaką zasłużenie cieszy się wśród bardziej myślącej części społeczeństwa najlepiej świadczy fakt, że w wyssaną z palca plotkę o maybachu uwierzył bez zastrzeżeń nawet staszewski kazimierz, osoba rozsądkiem posługująca się niewątpliwie w sposób biegły.

obok tych gwiazd dwóch na firmanencie ziemskim złowrogo jaśniejących nie widać jednak - i to jest właśnie problem - żadnej trzeciej, która stanowiłaby jakąś przeciwwagę. z czego zdałem sobie sprawozdanie kilka dni temu, kiedy przeczytałem na onecie o pomyśle posłów prawa i sprawiedliwości, za którym stoi sam prymas józef kardynał glemp - czyli o wsparciu budowy świątyni opatrzności bożej sumą dwudziestu milionów złotych budżetowych. świątynia w planach jest od lat dwustu, a decyzję o jej budowie podjął sejm czteroletni w związku z uchwaleniem konstytucji trzeciomajowej - o czym można sobie przeczytać tutaj. o czym jednak przeczytać nie można, to że na ochocie stoi już świątynia opatrzności bożej, uznana niegdyś przez kardynała wyszyńskiego za wypełnienie wotum. i teraz ja się pytam - jeżeli tak niespotykanie spokojny człowiek jak ja zaczyna się mocno denerwować (ze względu na temat staram się unikać bardziej odpowiedniego słowa), mając świadomość, że w tym kraju świątyń mamy niemało - rzec by można wręcz, że świątyń u nas dostatek, a co jedna to większa i z ołtarzem potężniejszym - jeżeli tak spokojny człowiek pozostaje dziwnie głuchy na argument, że dwadzieścia milionów złotych to żaden wydatek i jedna dziesięciotysięczna budżetu państwa - to jak, pytam się, ma zachować spokój statystyczny obywatel? zwłaszcza, kiedy na przykład na wizytę u lekarza specjalisty musi czekać sześć miesięcy, mając przy tym świadomość, że wprawdzie służbie zdrowia generalnie brakuje ciężkich miliardów i nawet dywizja alchemików produkujących złoto systemem dwuzmianowym nie podołałaby zadaniu likwidacji dziury w budżecie tego resortu - ale na jego własne, osobiste badanie potrzeba jakichś dwudziestu złotych. tymczasem więc przeciętny obywatel opatrznością bożą może nazwać fakt, że jeszcze żyje. i jeżeli w tej sytuacji głowa polskiego kościoła decyduje się na wszczynanie pospolitego ruszenia celem wybudowania czegoś na kształt bunkra z kopułą - to znaczy, że umiejętność wyczuwania przez hierarchów nastrojów społecznych jest mizerna, chociaż żenująco słabe efekty publicznej zbiórki pieniędzy na ten cel powinny dać do myślenia każdemu. a skoro już się rozpędziłem, to dokończę: stan zdrowia papieża wskazuje wyraźnie, że zmiana na tym stanowisku jest kwestią co najwyżej kilkunastu miesięcy - i to może być dla polskiego kościoła próba najcięższa od kilkudziesięciu lat. póki bowiem mamy papieża-polaka, cieszącego się bezgranicznym uwielbieniem w całym kraju, póty instytucja polskiego kościoła jest niezagrożona - kiedy jednak w watykanie zamieszka włoch, brazylijczyk albo niemiec może się okazać, że nastroje wiernych gwałtownie opadną, a okres prosperity skończy się dosyć nagle i nieodwołalnie).
03 września 2004, 01:53:38 :: komentarze (123)
up