ty zobacz co się dzieje tutaj dookoła, nie zakrywaj swojej głowy rękoma, to studenci się buntują, studenci się burzą, w oparach wódczano-papierosowego kurzu, tak to szło. donoszę, że obecnie się nie burzą, bo nie ma za bardzo przeciwko czemu, jeżeli odliczymy jakieś tam antyglobalizacje, równouprawnienia i inne takie. natomiast kurz pozostał ten sam. sobota - przez całą noc, niedziela - zasypianie to tu, to tam, poniedziałek - dyskusja na podstawowy temat gdzie w następny weekend?, wtorek - naprawdę tylko jedno małe piwo zamienia się w totalną destrukcję i kończy pierwszym od niepamiętnych czasów popołudniowym kacem. a studenci wolni przekrzykują się: kto ma rację, heidegger czy sartre?

tak to wygląda i mógłbym na tym opisie poprzestać. i oraz dorzucić kilka zdjęć, na przykład jak pijemy wódkę na dachu gdańskiej kamienicy (a miasto mamy pod stopami), byłoby to zresztą doskonałe ujęcie, bardzo w stylu zawszespoko fotoblogów. natomiast jest trochę inaczej: chodzę na tzw. ostatnich nogach, w oczach mam zapałki, sypiam po pięć godzin na dobę; kiedy inni odsypiają picie ja robię kawę i siadam do pracy, kiedy inni odsypiają dzień ja próbuję przebijać się przez lektury. co zresztą najczęściej kończy się porażką, czasem bardzo śmieszną - budzi mnie ojciec, ja wstaję, idę do łazienki, schodzę na dół, ubieram kurtkę, matka patrzy jak na wariata i pyta gdzie idę, ja mówię, że na uczelnię, a ona mi tłumaczy, że nadal jest środa, a zasnąłem jakieś dwie godziny temu. mniahaha.

mówiąc ogólnie jest więc szalenie studencko, dyskutuję, piję, palę, ledwoż karczmy nie rozwalę. jest tak studencko, że można się porzygać - i jeżeli jeszcze się nie porzygałem to tylko mój błąd. jest, powiedziałbym, esencjonalnie studencko, i bez reszty jestem uwikłany we wszystko, co zawsze obiecywałem sobie omijać. jest studencko w stopniu najwyżyszym i bardzo jestem groteskowy, bardzo. piosenka na dziś: czasem mi się zdaje, że to wszystko już widziałem, boże mój.

ps. mieszkanie trzypokojowe do wynajęcia w gdańsku pilnie poszukiwane.
26 października 2004, 21:01:59 :: komentarze (62)
to ja jednak opowiem trochę o toruniu sprzed tygodnia, ponieważ był to przyjemny czas. już w pociągu nawiązałem znajomość z trzema żeglarzami z katowic (polska jest to taki kraj, w którym żeglarze pochodzą najczęściej ze śląska, a taternicy, zapewne, z pomorza zachodniego na przykład), w jednej z dzielnic torunia wypatrzyłem w sklepie piwo special (przez i właśnie, a nie przez j) litrowe w plastykowej butelce po trzy czterdzieści (u nas nie ma piwa w plastykach, nie wiem jak gdzie indziej, w każdym razie stoi u mnie w pokoju nienaruszone, bo boję się otworzyć), po czym pojechałem z iwoną do centrum i się zaczęło. w imprezie nad wisłą uczestniczyli (kolejność losowa) zambari z dorotą, kulek, lisia i konrad - i ponownie okazało się, że trójmiasto, łódź i kraków to jedna rodzina w sensie mentalnym. a jeszcze przed monopolowym widzieliśmy kilkunastoosobową załogę skinów, tego też u nas nie ma. w każdym razie tempo było tak dobre, że pomiędzy dwudziestą pierwszą a północą kojarzę tylko trochę, a i tu mam problemy z chronologią. na pewno w którymś momencie, otoczony już nie kształtami nawet, a jakimiś platońskimi cieniami, zaintonowałem nie boję się, gdy ciemno jest, policja za rękę prowadzi mnie i w tejże chwili dwa przechodzące cienie powiedziały proszę tam i dokumenciki. po pytaniu co państwo robią w toruniu? dostałem z kolei ataku śmiechu i z trudem udało mi się wykrztusić ja wiem, że to zabrzmi głupio, ale jesteśmy artystami zaproszonymi na festiwal, ci artyści załatwili sprawę, nie było szansy żebym przestał się śmiać i w końcu spoważniałem nieco dopiero kiedy dotarło do mnie, że jak chłopaki zabiorą się za jakieś bardziej metodyczne trzepanie to może być z nami nietęgo. a lisia w czasie przepytywania zapomniała jak nazywają się jej rodzice, co też nieźle obrazuje umysłów stan ówczesny.

może tyle na początek o fajnym żyćku, przejdźmy do obserwacji - w pewnym momencie zlądowaliśmy w knajpie w której odbywał się koncert niezwykle modnego młodego szansonisty z miasta stołecznego. nie porozumiewaliśmy się już wówczas między sobą, bo zbieranie myśli i ich wypowiadanie wydawało się czynnością szalenie skomplikowaną - nie zachodziła więc komunikacja, a jednak dziwnym trafem po ewakuowaniu się z lokalu wszyscy zgodnie stwierdzili, że pieśniarz ów dziwnie chujową wibrację generował i nachalnie emitował w przestrzeń. mogło nam się rzecz jasna wydawać, bo bardzo wiele nam się wydawało tego wieczora, ale później dotarły do mnie dwie anegdoty sprzed koncertu, obie kwalifikujące wykonawcę do kategorii buc w pełnym umundurowaniu i z całym dobrodziejstwem inwentarza. bycie bucem to nic specjalnego, jest to, rzekłbym, szeroko rozpowszechniony w kręgach młodzieży ocierającej się o scenę i sławę lifestyle - ale śmieszne, że pieśniarz ów wykonywa song dotyczący tego, że warszawka płonie i jest w sensie ogólnym słaba na głowie oraz bucowata właśnie. wieszcz pisał drzewiej, że każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka i swojego zająca, którego się boi, co można przy odrobinie wyobraźni transkrybować na hasło każdy ma swoją warszawkę, z której się wyśmiewa i swojego fisza, który z niego dworuje.

zakończenie wieczoru było natomiast tak nierealne, że jestem gotów uznać je za dwuosobową halucynację - postanowiliśmy bowiem wrócić taksówką, wziętą chyba z jakiegoś postoju w pobliżu rynku, taksówką zaś był biały duży fiat 125p, z zainstalowanym wewnątrz kierowcą w osobie małego starszego pana (w typie określanym potocznie mianem dziadka), w kaszkiecie i takiej kurtce z barankiem, kolekcja '78, mówiącego ponadto głosem jana himmilsbacha. przez całą podróż miałem wrażenie, że jestem w ukrytej kamerze programu przeżyj od wewnątrz film barei. jeżeli jest tu ktoś z torunia i może potwierdzić, że taki pojazd rzeczywiście funkcjonuje tam jako taksówka to będę bardzo wdzięczny.

w zestawieniu z taksówką teleportowaną z końcówki lat siedemdziesiątych szczegółem niegodnym uwagi było to, że w drodze powrotnej do gdyni przejechałem pod wiaduktem, który od dobrej godziny metodycznie się walił. ostatecznie trzęsienia ziemi i katastrofy budowlane to już niemal chleb powszedni.

skrócony raport dotyczący studiów brzmi zaś tak - jest co najmniej dobrze, a wiele wskazuje na to, że będzie nawet lepiej, chociaż dnia nie należy chwalić przed zachodem słońca, roku przed sylwestrem, a człowieka przed pogrzebem.

ps. kiedy tak patrzę na blogi różne, czytam komentarze i tak dalej, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć - to przytrafia mi się niekiedy myśl taka, że miałem dużo szczęścia, skoro właśnie u mnie pojawiają się w dużych ilościach ludzie, których komentarze wnoszą coś, są istotne oraz mówiąc ogólnie warte są przestrzeni dyskowej na serwerze potrzebnej do ich zapisania. czyli, mówiąc ściślej, cieszę się, że mam takich czytelników, tak to powinno brzmieć, nawet jeśli brzmi niezręcznie. myśl uzupełniająca jest jednak dosyć przykra - otóż redaktorzy na przykład naszego dziennika muszą mieć zapewne dokładnie takie samo poczucie.
18 października 2004, 00:43:19 :: komentarze (799)
miało nie wiać w oczy nam, tymczasem wieje. mocno. luźne i niezobowiązujące studia, zajmujące najwyżej dwa dni w tygodniu okazały się zajmować dni pięć, w tym cztery od godziny 0815. co przekłada się na konieczność wstawania około 0540 i podróżowania przez godzinę kolejką skm wypchaną tak dokładnie, że poruszenie palcem we własnym bucie bywa niemożliwe. do tego w pracy zaczynają się właśnie sądne dni, które potrwają do końca roku - zmienia się zasięg pisma i przy okazji trzeba złożyć pięć numerów w dwa i pół miesiąca. zdarza się. wczoraj zasnąłem w środku dnia niespodziewanie i bez sygnałów ostrzegawczych, a wbrew starej zasadzie historia powtórzyła się dzisiaj. jutro znowu muszę wstać koło szóstej, żeby dokończyć teksty na ile będę w stanie i w południe wyruszyć do torunia (niedziela, 1800, zezowate szczęście). wrócę prosto na zajęcia, po zajęciach do pracy, po pracy do lektur, kręć się, kręć, wrzeciono, wić się tobie, wić, wezmą mnie do czubków, pęknie w głowie nić.
09 października 2004, 01:57:20 :: komentarze (148)
dzisiaj (poniedziałek) o 1405 na tv polonia retransmisja gali związanej z wręczeniem nagrody nike. kto nie widział - niech zobaczy na własne oczy wujka samo zło. żadne słowa tego nie opiszą.

----
update@1629: dzięki uprzejmości angelo, który zrzucił powtórkę i ją solidnie skompresował, wszyscy, którzy nie mieli możliwości obejrzenia wujka w akcji mogą pobrać plik avi stąd (10.6 MB).

symptomatyczny jest tekst torbickiej: no ale my teraz musimy kończyć i to należało zrobić na samym początku. takie freudowskie przejęzyczenie.
04 października 2004, 00:54:26 :: komentarze (67)
up