to ja jednak opowiem trochę o toruniu sprzed tygodnia, ponieważ był to przyjemny czas. już w pociągu nawiązałem znajomość z trzema żeglarzami z katowic (polska jest to taki kraj, w którym żeglarze pochodzą najczęściej ze śląska, a taternicy, zapewne, z pomorza zachodniego na przykład), w jednej z dzielnic torunia wypatrzyłem w sklepie piwo
special (przez
i właśnie, a nie przez
j) litrowe w plastykowej butelce po trzy czterdzieści (u nas nie ma piwa w plastykach, nie wiem jak gdzie indziej, w każdym razie stoi u mnie w pokoju nienaruszone, bo boję się otworzyć), po czym pojechałem z iwoną do centrum i się zaczęło. w imprezie nad wisłą uczestniczyli (kolejność losowa)
zambari z dorotą, kulek,
lisia i konrad - i ponownie okazało się, że trójmiasto, łódź i kraków to jedna rodzina w sensie mentalnym. a jeszcze przed monopolowym widzieliśmy kilkunastoosobową załogę skinów, tego też u nas nie ma. w każdym razie tempo było tak dobre, że pomiędzy dwudziestą pierwszą a północą kojarzę tylko trochę, a i tu mam problemy z chronologią. na pewno w którymś momencie, otoczony już nie kształtami nawet, a jakimiś platońskimi cieniami, zaintonowałem
nie boję się, gdy ciemno jest, policja za rękę prowadzi mnie i w tejże chwili dwa przechodzące cienie powiedziały
proszę tam i dokumenciki. po pytaniu
co państwo robią w toruniu? dostałem z kolei ataku śmiechu i z trudem udało mi się wykrztusić
ja wiem, że to zabrzmi głupio, ale jesteśmy artystami zaproszonymi na festiwal, ci artyści załatwili sprawę, nie było szansy żebym przestał się śmiać i w końcu spoważniałem nieco dopiero kiedy dotarło do mnie, że jak chłopaki zabiorą się za jakieś bardziej metodyczne trzepanie to może być z nami nietęgo. a lisia w czasie przepytywania zapomniała jak nazywają się jej rodzice, co też nieźle obrazuje umysłów stan ówczesny.
może tyle na początek o fajnym żyćku, przejdźmy do obserwacji - w pewnym momencie zlądowaliśmy w knajpie w której odbywał się koncert niezwykle modnego młodego szansonisty z miasta stołecznego. nie porozumiewaliśmy się już wówczas między sobą, bo zbieranie myśli i ich wypowiadanie wydawało się czynnością szalenie skomplikowaną - nie zachodziła więc komunikacja, a jednak dziwnym trafem po ewakuowaniu się z lokalu wszyscy zgodnie stwierdzili, że pieśniarz ów dziwnie chujową wibrację generował i nachalnie emitował w przestrzeń. mogło nam się rzecz jasna wydawać, bo bardzo wiele nam się wydawało tego wieczora, ale później dotarły do mnie dwie anegdoty sprzed koncertu, obie kwalifikujące wykonawcę do kategorii
buc w pełnym umundurowaniu i z całym dobrodziejstwem inwentarza. bycie bucem to nic specjalnego, jest to, rzekłbym, szeroko rozpowszechniony w kręgach młodzieży ocierającej się o scenę i sławę lifestyle - ale śmieszne, że pieśniarz ów wykonywa song dotyczący tego, że warszawka płonie i jest w sensie ogólnym słaba na głowie oraz bucowata właśnie. wieszcz pisał drzewiej, że
każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka i swojego zająca, którego się boi, co można przy odrobinie wyobraźni transkrybować na hasło
każdy ma swoją warszawkę, z której się wyśmiewa i swojego fisza, który z niego dworuje.
zakończenie wieczoru było natomiast tak nierealne, że jestem gotów uznać je za dwuosobową halucynację - postanowiliśmy bowiem wrócić taksówką, wziętą chyba z jakiegoś postoju w pobliżu rynku, taksówką zaś był biały duży fiat 125p, z zainstalowanym wewnątrz kierowcą w osobie małego starszego pana (w typie określanym potocznie mianem
dziadka), w kaszkiecie i takiej kurtce z barankiem, kolekcja '78, mówiącego ponadto głosem jana himmilsbacha. przez całą podróż miałem wrażenie, że jestem w ukrytej kamerze programu
przeżyj od wewnątrz film barei. jeżeli jest tu ktoś z torunia i może potwierdzić, że taki pojazd rzeczywiście funkcjonuje tam jako taksówka to będę bardzo wdzięczny.
w zestawieniu z taksówką teleportowaną z końcówki lat siedemdziesiątych szczegółem niegodnym uwagi było to, że w drodze powrotnej do gdyni przejechałem pod wiaduktem, który od dobrej godziny metodycznie się walił. ostatecznie trzęsienia ziemi i katastrofy budowlane to już niemal chleb powszedni.
skrócony raport dotyczący studiów brzmi zaś tak - jest co najmniej dobrze, a wiele wskazuje na to, że będzie nawet lepiej, chociaż dnia nie należy chwalić przed zachodem słońca, roku przed sylwestrem, a człowieka przed pogrzebem.
ps. kiedy tak patrzę na blogi różne, czytam komentarze i tak dalej, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć - to przytrafia mi się niekiedy myśl taka, że miałem dużo szczęścia, skoro właśnie u mnie pojawiają się w dużych ilościach ludzie, których komentarze wnoszą coś, są istotne oraz mówiąc ogólnie warte są przestrzeni dyskowej na serwerze potrzebnej do ich zapisania. czyli, mówiąc ściślej, cieszę się, że mam takich czytelników, tak to powinno brzmieć, nawet jeśli brzmi niezręcznie. myśl uzupełniająca jest jednak dosyć przykra - otóż redaktorzy na przykład
naszego dziennika muszą mieć zapewne dokładnie takie samo poczucie.