tydzień temu dostałem maila nawołującego wszystkich studentów miasta gdańska do stawienia się na manifestacji solidarności z bratnim narodem ukraińskim. w mailu były różne sformułowania typowe dla podobnych wezwań, jak np. my polacy podejmijmy walkę o wolność i niezwisłość-niepodległość ukrainy (wszystko oprócz spójników z wielkich liter), a na koniec informacja, że manifestacja solidarności odbędzie się w piątek pod konsulatem na jaśkowej dolinie.

postanowiłem, oczywiście, wziąć udział w manifestacji - co więcej, za punkt honoru postawiłem sobie odpowiednie przygotowanie się w sensie duchowym. usiadłem więc wygodnie w fotelu i zacząłem przemyśliwać nad sytuacją bratniego narodu ukraińskiego, z którym łączą nas, polaków, wielowiekowe więzy krwi (tzn. od wieków albo my rżnęliśmy ich, albo oni nas).

przede wszystkim zebrałem więc fakty, które przeciekły do mojej świadomości z różnych źródeł. nad tymi faktami zamyśliłem się, by nie rzec - zafrasowałem. następnie spróbowałem zbudować na ich podstawie jakąś spójną konstrukcję logiczną. nic z tego - wychodziły wyłącznie odwrócone piramidy, stoły na trzech nogach zwykłych i jednej krótszej, albo inne dziwy, warte co najwyżej pokazywania w muzeum osobliwości po złotówce od łebka.

bo tak - że lud chce zmian i stoi na ulicach to normalna sprawa, od tego lud jest ludem, a ulice ulicami. jeżeli lud chce zmian, to zawsze bezpośrednio albo pośrednio chodzi o to, żeby było więcej igrzysk i tańszy chleb. jeżeli przypadkiem paru okularników mówi do kamer coś innego - to tylko znak, że chwilowo intelektualistom i ludowi jest przypadkiem po drodze i że pod żądanie igrzysk i chleba podczepiono na jakąś chwilę wagonik z napisem swobód i wolności. pozwolę sobie zauważyć, że - o ile pamiętam - w naszym kraju za komuny okularnikom i ludowi też było po drodze, jednak na stacji przesiadkowej okazało się, że tory zmierzają w różne strony.

pomijając to - miałbym iść na demonstrację solidarności z bratnim narodem ukraińskim, pod pomarańczowym sztandarem wiktora juszczenki. pięknie, pięknie - ale kołacze mi się po głowie, że wyniki ankiet przeprowadzanych bezpośrednio po głosowaniu wskazywały na rozłożenie głosów - coś koło - pięćdziesiąt sześć do czterdziestu trzech. no i tutaj pojawia się problem - a może ja jestem ultrakonserwatywny i moja sympatia jest po stronie złotozębych babulinek z ikonami jezuchrysta, a nie mieniącej się pomarańczowo zgrai feministek, gejów, menadżerów, artystów i innego elementu liberalnego? jak mam zamanifestować solidarność z pozostałą częścią narodu bratniego? w końcu w myśl znanej zasady psychologicznej sympatia kibiców jest po stronie słabszego, w tym wypadku stroną słabszą jawią się zaś zwolennicy janukowycza. to znaczy - jawią się, o ile ktoś ma siłę przebić się w ogóle przez nachalną propagandę, rysującą kontrastowy obraz konfliktu na linii władza - naród, przy czym cały naród jest pomarańczowy, a władza kolektywnie czerwona.

a pomijając nawet i to - miałżebym więc ja iść na demonstrację, manifestować swoją solidarność z bratnim narodem ukraińskim - podczas gdy tu i ówdzie przebąkuje się, że cała sprawa jest szyta grubymi nićmi, w kijowie rzuć kamieniem, a w agenta obcego wywiadu trafisz, a stronami w konflikcie jest raczej matuszka rosja z jednej strony i polska, ta ojczyzna robotów i milesa davisa, z drugiej? miałżebym iść demonstrować, kiedy nawet przy całym swoim wstręcie do teorii spiskowych wiara w powyższe domniemania przychodzi mi dziwnie łatwo? jest taki żydowski dowcip, o nieistotnej treści, kończący się puentą jak dwóch cesarzy się bije, to na co ty się tam, chłopie, pchasz pomiędzy? - i jak większość żydowskich dowcipów także i ten okazuje się ponadczasowy. może więc, zamiast manifestować solidarność z bratnim narodem, który być może niekoniecznie jest stroną sporu, powinienem - jeśli już - zamanifestować solidarność z aleksandrem pierwszym i dzielnymi chłopcami z naszych służb specjalnych?
notabene - histeryczne posunięcia obozu opozycji, który na przemian dąży do kompromisu, żąda całej władzy w ręce swoje, domaga się anulowania wyników wyborów i powtórzenia ich, przeprowadza autozaprzysiężenie juszczenki na prezydenta (scena z filmu klasy c) i tak dalej - no więc można te działania uznać za naturalne elementy gry politycznej toczonej w sytuacji skrajnego napięcia, a można też sobie po wielkiemu cichu podejrzewać, że bardzo sprytni ludzie mówią aktorom za które sznurki powinni pociągnąć w danej chwili. jeżeli tak - to widowisko jest istotnie pasjonujące, ale pozwólcie, że klaskać nie będę i do stojącej owacji się nie przyłączę.

tym bardziej, że manifestacje w ogólności są strasznie śmieszne, niestety - widziałem jakiś czas temu zdjęcie z manifestacji poparcia dla kogośtam - chyba wydalonego z polski imama, była taka głośna sprawa. podpis pod fotografią głosił w manifestacji wzięły udział liczne organizacje - między innymi [dajmy na to] bardzo radykalny front lewicowy, organizacja wolność dla karkonoszy, światowy front wyzwolenia sardynek z puszek, społeczna akcji solidarności z krasnoludkami, ugrupowanie niezwisły gibraltar i międzynarodowa partia szybkiego postępu wstecznego. na zdjęciu były cztery osoby z jednym transparentem.
polecam także lekturę drugiego zeszytu wilka - ameryka jest potęgą, nie ma prawa być potęgą, to kpina z państw, które nie są potęgą! po co busz ma armię? morderca i kolonialista! stop dla mania armii przez tak zwanego busza!

i tak właśnie nie poszedłem na manifestację. swoją drogą - konsulat ukrainy od dwóch lat mieści się przy innej ulicy.

---
ps. dawno temu mleczko narysował taką oto scenkę - siedzi facet u lekarza i mówi do niego nie rozumiem związku, panie doktorze - zawsze kiedy boli mnie ząb traci na ważności sytuacja w południowym libanie. rzeczywiście - atak wrzodów żołądka sprawia, że konflikt ukraiński staje się zadziwiająco nieistotny. politycznie niepoprawne, ale szczere - a ja od dzisiaj chcę być szczery.
30 listopada 2004, 22:49:52 :: komentarze (218)
ta notka miała się ukazać dziewiątego listopada - kilka miesięcy temu obiecałem sobie, że w dniu premiery firefoksa napiszę notkę, zachęcającą do jego używania - żeby chociaż raz wykorzystać popularność tego bloga do czegoś zdecydowanie pozytywnego. nie wyszło, zabrakło mi czasu - i właściwie to nawet lepiej. w dniu premiery i bezpośrednio po niej nie można się było dopchać do serwerów z instalacyjnymi wersjami przeglądarki.
zacznijmy jednak od początku, a więc od kwestii dlaczego nie internet explorer?


rozdział pierwszy
w którym dowiadujemy się dlaczego nie lubimy internet explorera

nie lubimy internet explorera, bo nie mamy za co lubić.
przede wszystkim explorer przypomina dobry szwajcarski ser - składa się z dziur obudowanych niewielką ilością materii. w ciągu każdego miesiąca użytkownicy zgłaszają znalezienie trzech lub czterech poważnych luk w zabezpieczeniach przeglądarki - to zresztą jeszcze nic takiego, nie ma bezbłędnego oprogramowania; gorzej, że czas usuwania usterki w przypadku microsoftu mieści się w zakresie od kilku tygodni do kilkunastu miesięcy. to znaczy, że - nawet jeżeli regularnie instalujecie udostępniane poprawki - jesteście nieustannie narażeni na atak ciemnej strony mocy. choćby pod postacią dialerów, czyli syfilisu epoki internetu.
co więcej - jeżeli używacie systemu operacyjnego innego niż windows xp + service pack 2 musicie pogodzić się z tym, że żadnych poprawek już nie dostaniecie. bo nie. dokładniej: ponieważ internet explorer jest od pewnego czasu bardzo ściśle związany z samym systemem operacyjnym i firma uznała (poniekąd słusznie), że publikowanie łat do explorera mija się z celem, jeżeli nie można mieć pewności, że przeglądarka osadzona jest na możliwie stabilnej platformie systemowej.
ze ścisłą integracją przeglądarki i systemu operacyjnego wiąże się jeszcze jedna kwestia - otóż już w maju 2003 roku ogłoszono oficjalnie, że kolejne wersje internet explorera będą wypuszczane tylko z nowymi wersjami systemów operacyjnych. tymczasem specjalnością microsoftu od pewnego czasu są monstrualne opóźnienia (wynikające zresztą ze szlachetnych pobudek) - w przypadku service pack 2 poślizg wynosił kilka miesięcy, a nad systemem longhorn już teraz zbierają się czarne chmury.
wniosek praktyczny jest taki, że na jakiekolwiek poważne zmiany trzeba będzie czekać, w najlepszym wypadku do roku 2006, na który zapowiadana jest premiera następcy xp - longhorna. a zmiany niewątpliwie są potrzebne - ie już teraz znacząco odstaje od konkurencji na przykład pod względem wygody użytkowania. w efekcie powstają liczne nakładki (np. avant browser), które jednak wykorzystują dziurawy mechanizm główny, do którego dokładają w dodatku nieuniknione błędy własne. a sam engine ie, oprócz tego, że dziurawy, jest także zwyczajnie przestarzały i nie obsługuje (bądź obsługuje nieprawidłowo) wielu elementów przewidywanych w specyfikacjach dotyczących dokumentów html i xhtml. w efekcie tworzenie stron www wymaga najczęściej uwzględniania w arkuszach css dwóch rodzajów formatowań (osobno ie, osobno inne przeglądarki), z wykorzystaniem sposobów i sztuczek ocierających się o magię.
reasumując - używanie internet explorera jest nierozsądne, niebezpieczne i źle widziane w towarzystwie. jeżeli nie chcecie, żeby wasze dzieci były wytykane palcami na podwórku - powinniście zmienić przeglądarkę. pozostaje pytanie: na jaką?


rozdział drugi
w którym dowiadujemy się, dlaczego nie opera

w tym miejscu wkraczam na grząski grunt, bo opera ma wielu zagorzałych zwolenników i niejeden dyskutant poległ już w wojnach toczonych o świętą sprawę bezsprzecznej dominacji świąt bożego narodzenia nad wszystkimi innymi. umówmy się więc, że mówię o własnych odczuciach, a de gustibus non est disputandum. otóż opera wydaje się mieć nieprzyjemne tendencje do bycia aplikacją mądrzejszą od użytkownika - doprowadzenie jej do stanu używalności po pierwszej instalacji wymaga ładnych kilku minut, ze względu na domyślnie włączonych pięćdziesiąt osiem ułatwień i szesnaście rozszerzeń - a nic tak nie drażni, jak nachalne wyciąganie pomocnej dłoni. poza tym opera - co pamiętam z krótkiego okresu jej używania - od czasu do czasu wyświetlała strony nieprawidłowo bez widocznej przyczyny. takie widzimisię, albo może raczej - drobne błędy w kodzie, ujawniające się wyłącznie w specyficznych przypadkach. wreszcie - opera nie jest programem darmowym i używając jej trzeba się pogodzić z koniecznością oglądania bannerów reklamowych - albo zapłacić dolarów jedenaście centów pięćdziesiąt (oferta specjalna dla użytkowników polskich).
jeżeli kogoś to nie przekonuje i chciałby spróbować - zapraszam tutaj.


rozdział trzeci
w którym dowiadujemy się dlaczego lubimy firefoksa

firefoksa lubimy, bo tak.
firefox - będący nową przeglądarką mozilli - opiera się na najsłuszniejszej zasadzie budowania aplikacji, tj. posiada specjalizowany rdzeń, który użytkownik może samodzielnie uzupełniać o potrzebne mu dodatki. oznacza to, że na początku dostajesz po prostu przeglądarkę internetową, a później rozszerzasz jej funkcjonalność, o ile jest ci to potrzebne - ja na przykład doinstalowałem tylko zestaw narzędzi dla deweloperów stron www, rozszerzenie adblock umożliwiające wyłączenie reklam graficznych w serwisach oraz dodatek gmail notifier, służący do powiadamiania o nowej poczcie na gmailu. a gdyby ktoś przesiadał się z opery - dobrzy ludzie przygotowali dla niego rozszerzenie wyświetlające bannery, żeby złagodzić nieco szok.
firefox jest przeglądarką bazującą na panelach - zamiast otwierania nowego okna do oglądania nowej strony www wystarczy uruchomić dodatkowy panel w ramach tej samej instancji aplikacji. na pasku zadań robi się od razu porządek, a przeglądanie serwisów informacyjnych staje się znacznie przyjemniejsze: wystarczy załadować w pierwszym panelu stronę główną - teraz możemy spokojnie przeglądać spis tematów, otwierając interesujące nas linki środkowym klawiszem myszy, a więc w nowych panelach w tle. podaruj sobie odrobinę luksusu - jesteś tego warta.
dalej: firefox jest oprogramowaniem o otwartym kodzie, a z tego wynika pośrednio, że jest darmowy (oczywiście - można wpłacać pieniądze na konto fundacji mozilla, ale jest to dobrowolne). poczuj to, ziom - dostajesz coś za nic. nareszcie bez ściemy.
archiwum instalacyjne firefoksa jest niewielkie - waży około 4.7mb, a więc jego ściągnięcie nie zabierze zbyt wiele czasu nawet przy połączeniu modemowym.
wypisywanie w tym miejscu wszystkich zalet funkcjonalnych firefoksa mija się z celem - wystarczy zajrzeć tutaj, żeby zapoznać się ze szczegółami.
ja dodam tylko argument pozafunkcjonalny - otóż daleki jestem od przejawiania nadmiernego entuzjazmu dla całej ideologii gnu/gpl i ruchu open source w ogóle. z rezerwą podchodzę zwłaszcza do guru stallmana, który wydaje się przejawiać tendencje do siłowego uczenia ludzi wolności rozumianej na jego własny sposób (zresztą ruch open source powstał niejako w opozycji do stallmana i jego bucowatych zapędów, ale to inna, branżowa historia, której nie warto rozwijać). entuzjaści open source mają liczne, sensowne argumenty przemawiające za ich stosunkiem do oprogramowania, przeciwnicy - nielichy zestaw tęgich ripost. i bardzo dobrze, bo właśnie w tym miejscu dochodzimy do tego, co wydaje mi się najbardziej istotne: najważniejsze, żeby był ruch w interesie. konkurencja, znaczy. wolny rynek, bo tylko on napędza rozwój. dotąd byliśmy świadkami patologicznej sytuacji, w której jedna aplikacja zajmowała 96% rynku - tymczasem coś zaczyna się ruszać; bezpośrednio po premierze firefoksa 1.0 serwery zostały przeciążone, a w ciągu zaledwie dwóch tygodni udział mozilla firefox 1.x na rynku przeglądarek wzrósł mniej więcej o 0.8%. to jest bardzo dobry początek, nawet jeżeli dziewięciu na dziesięciu użytkowników nadal korzysta z internet explorera. teraz wszystko w naszych rękach: jeżeli za pół roku z każdych dziewięciu jeden zdecyduje się na porzucenie ie na rzecz alternatywnej przeglądarki - będzie można powiedzieć, że już na pewno idzie ku lepszemu.


rozdział czwarty
w którym dowiadujemy się dlaczego nie jesteśmy fanatykami

używamy firefoksa, ale daleko nam od fanatyzmu. nie tylko dlatego, że fanatyzm - niezależnie od tego, czy oznaczałby bezgraniczne uwielbienie dla piosenkarki, pisarza, filmu czy aplikacji - fatalnie świadczyłby o naszej kondycji umysłowej, ale także dlatego, że jako ludzie rozsądni bystrym okiem wyszukujemy zawsze immanentne wady wszystkiego, co jest. po to, żeby się lepiej orientować, pewniej stąpać i ogólnie czaić bazę.
pierwszą z dwóch najważniejszych wad firefoksa jest to, że o przeglądarce tej żadną miarą nie da się powiedzieć, że jest lekka. na mojej maszynie na dzień dobry zabiera około 20mb pamięci operacyjnej, a w szczytowej formie potrafi zeżreć i 50mb (przy czym istnieją obawy, że firefox ma niejakie problemy ze zwalnianiem pamięci i po dłuższym użytkowaniu zajmuje więcej niż powinien). z tego wynika, że posiadanie 256mb ramu można uznać za dobry pomysł (swoją drogą w przypadku windows xp jest to dobry pomysł niezależnie od wszystkiego).
po drugie zaś - ścisła integracja ie z systemem ma także zalety. explorer ładuje się od zera w mgnieniu oka, firefox minimalnie dłużej - przy czym różnica jest odwrotnie proporcjonalna do ogólnej wydajności systemu. najlepszym sposobem jest więc stałe trzymanie jednej otwartej instancji firefoksa - co z kolei apiać wiąże się ze zużyciem pamięci operacyjnej (czy już wspominałem, że xp w pełni rozwija skrzydła dopiero na 512mb?).
żeby jednak nie było, że się nie da - historia notuje przypadki instalowania firefoksa na windows xp @ pentium III/192mb ram (praktycznie bez zarzutu, nie licząc samego uruchamiania) i windows 98 @ przeciętny celeron/64mb ram (uwag nie zgłaszano, więc najwidoczniej było znośnie).


epilog
w którym zastanawiamy się jak możemy pomóc

nie jestem specjalnym zwolennikiem akcji świadomościowych, pochodów równości i manifestacji wolności, niemniej w tym przypadku gra wydaje się być warta świeczki. używajmy firefoksa i głośmy dobrą nowinę - tutaj jest cały zestaw różnych bannerów, które można umieścić na przykład na swoim blogu (ja sam prawdopodobnie niedługo zmienię layout, a w nowym będzie specjalne miejsce właśnie dla tabów dobrego darmowego oprogramowania z którego korzystam). nic nie stoi na przeszkodzie, żeby każdy, kto zdecyduje się na używanie firefoksa napisał o tym notkę - albo przynajmniej umieścił linki do stron takich jak powiedz NIE, czemu NIE czy po prostu do strony umożliwiającej pobranie firefoksa. a jeżeli ktoś uważa, że ta notka jest niezłą syntezą wiadomości z innych serwisów - może posłużyć się linkiem do niej (http://czerski.art.pl/?n=193).

to wszystko. teraz (p)odpalcie sieć.

Get Firefox!

21 listopada 2004, 10:30:36 :: komentarze (254)
[1] podstawowy postulat podnoszony od wieków przez zbuntowane nastolatki, niezbyt rozgarniętych artystów oraz wszelkiej maści młódź intelektualizującą pokątnie (przy czym należy zauważyć, że nie są to zbiory rozłączne i dosyć często trafiają się indywidua należące - o zgrozo - do wszystkich równocześnie) brzmi: ludzi nie należy szufladkować. co oczywiście jest kompletnym idiotyzmem, bo ludzki umysł działa tak, jak działa i bez opatrywania danych metadanymi szybko się gubi. mówiąc po naszemu: nie ma siły na to, żeby nie przechowywać w głowie teczek wszystkich znajomych, ze zdjęciem i kilkoma adnotacjami w rodzaju gorliwy dureń czy też miły facet, chociaż socjalista albo w sumie niegłupia panna, ale tyłek i tak lepszy od całej reszty. dzięki takiej zgrubnej klasyfikacji możemy się odnaleźć w świecie i, na przykład, dobrać odpowiedni model zachowania - temu cześć i w nogi, z tym pogadać o sporcie, a z tamtą o poezji, sztuce i najnowszych trendach w elektronicznej muzyce improwizowanej. to jest zdrowe i gwarantuje udane życie towarzyskie. i jak na złość właśnie te mechanizmy ostatnio u mnie szwankują. no, jeszcze nie do tego stopnia, żeby fajnym laskom mówić zimne cześć i spływać - co to, to nie. raczej w drugą stronę. opętała mnie jakaś zupełnie zbędna miłość bliźniego, w związku z czym do wszystkich wychodzę z sercem na dłoni, doszukując się w nich pozytywnych cech charakteru, jasnych stron osobowości i w ogóle wszystkiego co najlepsze. niedobrze: nie ma człowieka, o którym nie dałoby się powiedzieć czegoś dobrego po krótszym albo dłuższym zastanowieniu - a jak już niczego innego nie da się znaleźć, to zawsze można przyznać, że paznokcie ma zazwyczaj czyste. jak w tym dowcipie o stalinie, który uśmiechnął się do dziecka i trzepnął je lekko po rozwichrzonej czuprynie - a przecież mógł zabić!
w każdym razie nie podoba mi się to.

[2] w odstępie kilkudniowym dwukrotnie zarzucono mi zbytnie asekuranctwo. tzn. opatrywanie wypowiedzi preambułą o ile wolno mi zabrać głos, chociaż moja wiedza na poruszany temat jest nikła. teraz się zastanawiam, czy przypadkiem nie odkryłem właśnie pewnej istotnej reguły ogólnej. robocza hipoteza brzmi: wśród humanistów panuje kult własnego zdania, poparty dogmatem o świętości tegoż. jest to dla mnie myśl nowa i wcześniej nieznana, bo jeżeli reprezentant technicznej dziedziny nauki pozwoli sobie na wygłaszanie opinii wywiedzionych nie z faktów, a z układu plam na suficie - to przestaje być reprezentantem i automatycznie schodzi do undergroundu, jak nie przymierzając doktor pająk. tymczasem statystyczny humanista bez kozery i zmrużenia oka mówi cokolwiek - no bo co mu zrobią?
robocza hipoteza prowadzi z kolei do domniemanego, ale wysoce prawdopodobnego wniosku, że podstawowym celem typowego humanisty jest bycie przekonującym, niezależnie od zawartości treściowej głoszonych sądów. i to by się nawet zgadzało, dodam, mając w pamięci kilka chwil najwyższego, transcendentnego zdumienia, jakie były moim udziałem w czasie lektury niektórych naukowych tekstów nawiązujących tematycznie do internetu albo informatyki w ogóle. a także paru dyskusji, w których zwrócenie adwersarzowi uwagi, że z kamienną twarzą i przekonaniem w głosie opowiada kompletne brednie nie powodowało - wbrew pozorom i oczekiwaniom - zmieszania oponenta, a jedynie lekceważące wzruszenie ramionami i wygłoszenie oświadczenia takie jest moje zdanie.

[3] jeżeli tillsammans i lilja 4-ever lukasa moodyssona są równie dobre co fucking amal, to kapelusze z głów, panowie.

---
p.s., ad 3: są.
03 listopada 2004, 00:04:41 :: komentarze (306)
up