przede wszystkim - od kilku tygodni, od momentu, w którym poskładałem sobie w całość parę faktów i doszedłem do wniosków, o których za chwilę - od kilku tygodni obiecywałem sobie, że najpierw przekopię się przez różne materiały źródłowe w obu językach i posprawdzam co na ten temat zostało już napisane, a dopiero potem sam się odezwę, tym bardziej, że ryzyko ponownego odkrycia ameryki jest dosyć znaczne. obiecywałem sobie więc, ale oczywiście nic z tego nie wyszło, bo zamiast sprawdzać materiały źródłowe uczyłem się, spałem, rozmawiałem przez telefon, oglądałem filmy, ewentualnie snułem apokaliptyczne wizje totalnej informacyjnej zagłady leżąc na łóżku i wpatrując się tępo w sufit. ze szczególnym uwzględnieniem tego ostatniego.
kilka tygodni temu znajomy podesłał mi link do projektu, który okazał się czymś w rodzaju brakującego ogniwa w mojej wizji internetu - projekt ten nosi nazwę internet archive i, jak sama nazwa wskazuje, jest archiwizacją zawartości globalnej sieci. a więc właśnie brakującym elementem, pozwalającym na zbudowanie modelu pamięci internetowej, paralelnego do modelu pamięci ludzkiej - treści dostępne bezpośrednio, znajdujące się fizycznie w internecie tu i teraz, byłyby w nim odpowiednikiem ludzkiej pamięci natychmiastowej; archiwa wyszukiwarek, aktualizowane co kilka tygodni, stanowiłyby analogię do pamięci krótkoterminowej; internet archive byłby zaś pamięcią długotrwałą (podobnie jak nasza - przechowującą tylko niewielką część danych napływających każdego dnia). naciągane? nie do końca. a w każdym razie - zbudowane z premedytacją.
ponieważ internet pamięta. spisane będą czyny i rozmowy (lepszy dla ciebie byłby świt zimowy i sznur i gałąź pod ciężarem zgięta?). więcej - spisywane są już teraz, w każdej chwili, z beznamiętną precyzją właściwą wędrującym po sieci crawlerom, właściwą systemowi internet archive. sprawdziłem - działa: historie, które, jak sądziłem, dawno temu bezpowrotnie przeniosły się do /dev/null okazały się być na wyciągnięcie ręki - przynajmniej we fragmentach. już to wystarczy, żeby wziąć głęboki oddech - a przecież to dopiero początek, skoro
skoro internet nie zwalnia: każdego dnia pojawiają się nowe witryny, własne strony www - zawierające między innymi listy absolwentów - otwierają szkoły średnie, podstawowe, a nawet przedszkola. własne strony www zakładają stowarzyszenia, organizacje, kluby i koła zainteresowań - a na większości z nich znaleźć można listy członków, częstokroć razem z adresami poczty elektronicznej, ułatwiającymi kontakt z daną osobą. sieć rośnie, sieć puchnie, sieć pęcznieje, w sieć wpadają drobne encje informacyjne; wpadają i zostają na zawsze. powstaje nowa struktura danych, monstrualna, wielowymiarowa tablica asocjacyjna, której integralną częścią jest mechanizm udostępniany przez google - no, proszę państwa, z tego dałoby się zrobić bez trudu jakiś nowy bestseller na miarę kodu leonarda da vinci, tym razem zatytułowany kod platona: wypisz-wymaluj diada i jednia.
idźmy dalej - oczywiście nawet wcześniej istniały możliwości pozyskiwania szeregu danych personalnych na podstawie pojedynczych informacji, ale takie operacje wymagały zaangażowania sił i środków, a tym samym zarezerwowane były dla wąskiego grona osób dysponujących takimi możliwościami – na przykład służb specjalnych (albo żydokomunomasonerii, najeźdźców z marsa itd., niepotrzebne skreślić). dzięki google nastąpiła gwałtowna zmiana ilościowa, która w konsekwencji doprowadziła do zmiany jakościowej – umożliwienia powszechnego i błyskawicznego dostępu do całych kolekcji danych. tym samym niemal każdy może już teraz, nie wstając od komputera, na podstawie pojedynczej encji – nazwiska czy adresu email – ustalić personalia danego człowieka, zdobyć jego numer telefonu czy sprawdzić jaką ukończył szkołę. przy czym proces ten jest powtarzalny rekurencyjnie: informacje pozyskane w kroku n mogą posłużyć jako dane wejściowe w kroku n+1: nazwisko pozwala na ustalenie adresu poczty elektronicznej, dzięki temu adresowi uzyskujemy dostęp do identyfikatora wykorzystywanego w komunikatorze internetowym, identyfikator prowadzi do innego adresu e-mail, ten z kolei – na przykład do wpisów na forum, powiedzmy, przeznaczonym dla reprezentantów mniejszości seksualnych. albo do bloga, prowadzonego z głębokim przeświadczeniem o anonimowości gwarantowanej przez internet i zawierającego intymne wyznania (lub czasopisma).
konsekwencje są łatwe do przewidzenia – począwszy od szerokich możliwości manipulowania ofiarą takiej inwigilacji, a skończywszy na dyskretnym wykorzystywaniu tego mechanizmu przez korporacje w procesie rekrutacji. a to nadal nie wszystko – pozyskiwanie informacji, stanowi tylko jedną część problemu. drugą jest manipulowanie informacją: wprowadzanie do niemal-absolutnej pamięci internetu informacji fałszywych, przy wykorzystaniu specyficznej właściwości tego medium, polegającej na tym, że wprowadzenie informacji jest proste, a jej usunięcie – trudne lub niemożliwe. już obecnie każdy, kto dysponuje minimalną wiedzą techniczną, może w ciągu zaledwie kilku godzin nasycić sieć spreparowanymi danymi dotyczącymi dowolnej osoby: wystarczy kilkadziesiąt wpisów w odpowiednich miejscach, aby z danymi personalnymi ofiary nierozerwalnie związać dodatkowe informacje. na przykład poprzez opublikowanie na forach czy w ramach grup dyskusyjnych wiadomości podpisanych jej nazwiskiem (albo, w wersji bardziej finezyjnej – sygnowanych adresem email), a sugerujących, że nadawca cierpi na poważną chorobę albo, dajmy na to, jest homoseksualistą (ewentualnie syjonistą, komunistą, przedstawicielem loży wielki wschód, najeźdźcą z marsa itp.).
obecnie znacznie większe zagrożenie stanowi właśnie manipulowanie informacją, pozyskiwanie danych uzależnione jest bowiem od poziomu obecności internetowej danej osoby - stosunkowo łatwo można się dowiedzieć czegoś o ludziach, którzy siedzą tu od lat i udzielają się na wielu płaszczyznach, znacznie trudniej zdobyć informacje o najzupełniej przeciętnym użytkowniku (chociaż i to się niekiedy udaje). biorąc jednak pod uwagę brak odpowiednich zabezpieczeń prawnych sytuacja będzie się zmieniać i każda kolejna generacja pozostawi w sieci więcej śladów niż poprzednia, a tym samym – jej przedstawiciele zachowywać będą coraz niższy poziom anonimowości. i będzie tak dopóty, dopóki nie zmieni się internetowa świadomość, znajdująca się obecnie na zatrważająco niskim poziomie, dopóki fundamentem tej świadomości nie będzie zrozumienie prostego faktu, że sieć nie gwarantuje anonimowości, a wręcz przeciwnie - stanowi dla niej poważne zagrożenie.
i teraz można to pociągnąć w prawo, w lewo, albo na drzewo. w prawo mamy dramaturgicznie niewątpliwie bardziej interesującą wizję cyberpunkowego armageddonu, w lewo - obraz społeczeństwa przyszłości, w którym pojawia się nowy człowiek, wyposażony w nową anonimowość, wynikającą z totalnego zalewu informacyjnego: kiedy o każdym można się dowiedzieć wszystkiego nic nie jest bowiem szczególnie interesujące. ja zaś pozwolę sobie nie ciągnąć tutaj tematu w żadną stronę, tylko spokojnie wyłączyć komputer.
