***
dzisiaj byłbym zginął, zupełnie bez sensu. zginąłbym nawet nie zauważywszy, że ginę, zginąłbym zanim zdążyłbym się zdziwić, że tak nagle, zanim zdążyłbym odczuć marną satysfakcję, że wszystkie te głupie sny jednak były prorocze. zginąłbym w miejscowości w której nie byłem nigdy wcześniej, na obcej ziemi. przypadkiem.

ola była gdzieś z boku, poszła spojrzeć na rozkład czy może rozejrzeć się, ja stałem przed budynkiem stacji w s., przed sobą miałem peron, na który wchodzi się przez tory. z prawej, dostrzegłem kątem oka, leciał pospieszny do szczecina, ale po zewnętrznych torach, z drugiej strony peronu. z lewej słońce zachodziło wielką czerwoną kulą wiszącą w leśnym przesmyku ponad torowiskiem - i na to zachodzące słońce patrzyłem, jak patrzy się na zachodzące słońce, mrużąc nieco oczy, i myślałem o czymś niemrawo, i szedłem powoli przed siebie, w kierunku peronu - i taki byłem zawieszony gdzieś pomiędzy, bo spałem krótko, a chodziliśmy dzisiaj po lasach całymi godzinami, więc szedłem tak i nagle przystanąłem, ale nie dlatego, że coś - niechcący całkiem, tak jak się czasem przystaje, kiedy idzie się powoli - wprawdzie słyszałem wycie sygnału ostrzegawczego, ale co z tego, przez stację przejeżdża, więc wyje, nie na mnie, bo przecież po zewnętrznych torach leci - i wciąż niemrawo odwróciłem głowę i nagle okazało się, że jednak po wewnętrznych ten pospieszny, że właśnie wpada, a ja stoję o metr od torów, dwa kroki, nie więcej, pół sekundy może, może sekunda jeszcze i byłbym dokładnie w tym miejscu w którym teraz jest czoło pociągu i ten żelazny hak na przedzie maszynowozu. i stałem tak, a tony żelaza w pędzie przelatywały przede mną, na wyciągnięcie ręki, ziemia jęczała, łoskot był i dygot - i spojrzałem na nią, kiedy to ucichło i z wielkim zdziwieniem powiedziałem wiesz, przed chwilą byłbym zginął, zupełnie bez sensu.
29 marca 2005, 23:39:08 :: komentarze (65)
(pogoda piękna, sucha szosa, sasza szedł. jadę swoją etz250, ostrożnie, bo sprzęt jeszcze nie do końca opanowany - dwóch pak nie przekraczam. i nagle zakręt. diabli wiedzą, może coś na jezdni, a może przesadziłem z szybkością jednak; właściwie sam nie wiem co się stało - w każdym razie nagle moto ucieka spode mnie, a ja przez plecy lecę i jeb! - o asfalt.

wedle wszelkich reguł i uświęconych prawideł w tej chwili przed oczami powinno mi stanąć życie całe - upadek z drzewa kiedy miałem sześć lat, fatalna wywrotka rowerowa, moment w którym przeleciałem tuż przed maską rozpędzonego jelcza - ale nic z tych rzeczy. mózg zadziałał jak powinien i podsunął dobre rady z poradników: zwiększ powierzchnię tarcia, szybciej wyhamujesz. no to zwiększyłem - ręce na całą szerokość, nogi ściśle do asfaltu. a tu nic. plecy przycisnąłem. a tu nic. rękawicami w tym ślizgu szaleńczym staram się chwycić jakiejś nierówności asfaltu - a tu nic! gładko całkiem, lecę przed siebie, prędkości nie tracę, gorzej - z górki lekko było to nawet zacząłem przyspieszać między zakrętami. ki diabeł? - myślę i nagle mnie olśniło: nie dalej jak przed dwoma dniami w tym samym miejscu rozbiła się ciężarówka wioząca żel poślizgowy dla pomorskich sex-shopów. cały ładunek pooooooszedł na asfalt! nic dziwnego, że teraz - za przeproszeniem - nawet się skóra nie marszczy, kiedy tak sunę wśród malowniczych krajobrazów na własnym grzbiecie. jak sobie to uświadomiłem to od razu jakoś się wewnętrznie uspokoiłem - że trudno, nic nie poradzę.

no więc śmigam przed siebie, jak, nie przymierzając, bobslejowa reprezentacja jamajki, krajobrazy podziwiam, nawet z kieszeni szlugi wyciągnąłem, żeby zapalić po drodze - i nagle czuję, że asfalt pode mną zaczyna drżeć i wibrować, jakby coś dużego, jak gdyby coś bardzo dużego... i wtedy zza zakrętu wyskakuje tir - ale nie jakiś tam tir, ale największe bydlę jakie widziałem w życiu, wielki jak rozpędzona katedra notre dame - co mówię! - wielki jak góra lodowa, o którą rozpruł się titanic. tyle, że rozpędzona. taki tir - mówiąc krótko i posługując się ulubionym terminem mojego kolegi z lat szkolnych - wielki jak kurwa mać. i prosto na czołowe, i już byłem całkiem pewny, że po mnie, kiedy on - cud, proszę państwa, cud i mistrz kierownicy - nagle odwinął po całości i przydzidował. na tylne gumy, znaczy, stanął, cały przód poderwał, a później jeszcze gibnął się na lewo i przeleciał obok mnie na jednym kole z ostatniej ośki.

natenczas się obudziłem, wyżąłem koszulkę i zasnąłem na nowo. dąbrowski twierdzi, że ten sen da się łatwo zinterpretować na modłę freudowską, zwłaszcza jeżeli chodzi o żel poślizgowy - ale mam nadzieję, że to nie jest aż takie proste.)
27 marca 2005, 22:48:57 :: komentarze (64)
tylko pierwsze sekundy zawsze są pierwsze - nagła cisza i narastający w niej ciężki, wibrujący dźwięk, jak potężny organowy akord, wprawiający w ruch całe ciało: dźwięk, który urywa się równie nagle jak zaczął; ruch, który zmienia się w dygot, w nieskoordynowane szarpnięcia (i jest się jak ryba wyrzucona z wody, albo jak pies zdychający na gorącym asfalcie), a później gaśnie. i śpiewa się nocami smutne, nieme pieśni - ale są to znane melodie i wystarczy tylko przypomnieć sobie ich słowa.

czyli, mówiąc po naszemu - liczy sie pierwsze pierdolnięcie. tylko ten moment, to zderzenie ze stwardniałą nagle rzeczywistością. a później wszystko jest takie samo, jak zawsze, bo pierwsza śmierć bliskiej osoby nauczyła śmierci wszystkich innych, pierwsze rozstanie z kobietą nauczyło tysiąca rozstań następnych, i tak dalej, i tak dalej. na tak zwanej autostradzie życia koleiny są coraz głębsze i wpada się w nie i w nich się brnie.

od wielu miesięcy nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak bardziej determinizm. albo przynajmniej - że światu nawalił randomizer. wszystkie procesy zachodzące dookoła dzielą się na takie, które mnie zupełnie nie interesują, i takie, których mechanizm zdążyłem już poznać. wiem, jak to działa, gdzie trzeba nacisnąć, a gdzie poklepać. wiem kiedy. nawet jeżeli wciąż zdarzają się pomyłki to można nad nimi przejść do porządku dziennego - no tak, wtedy powinienem był, trzeba było, należało. wystarczy więc wprowadzić niewielkie korekty do równań, tutaj dodać dwie ósme, gdzie indziej odjąć pięć szesnastych - poprawić się w sensie heurystycznym, ale bardziej z obowiązku niż prawdziwej potrzeby. ponieważ wystarczająco dokładne wyniki przybliżone mogę otrzymać już teraz. ponieważ moja własna ogólna teoria wszystkiego sprawdza się dosyć w praniu i działaniu. ponieważ na tym etapie wolę utrzymać jej spójność niż rozwalać wszystko w drobny mak, żeby skorygować zestaw aksjomatów i zbudować nową ogólną teorię wszystkiego do wykorzystania praktycznego na etapach kolejnych - co zresztą w sensie filozoficznym jest równoznaczne z wywieszeniem białej flagi, albo wręcz własnoręcznym przybiciem sobie tabliczki do nagrobka. wreszcie - ponieważ nie spieszy mi się do przechodzenia na kolejne etapy, co jest równoznaczne z (jak wyżej) w sensie ogólnym.

zresztą - czym właściwie miałby mnie zaskoczyć świat, dlaczego miałby mnie zaskoczyć, skoro sam siebie niczym zupełnie nie zaskakuję? i zaskoczyć nie mogę - przez tyle lat bardzo wnikliwie i z właściwym jedynie najbardziej egocentrycznym naturom nabożnym skupieniem przyglądałem się sobie i analizowałem wszystkie własne ruchy, że wreszcie coś się rozsprzęgliło od tych przeciążeń, jakaś żyłka napięła zbyt mocno i zerwała z trzaskiem - i rozdzieliłem się na dwóch. na dwoje być może, wszystko jedno. bywamy lokalnie zbieżni, owszem, oczywiście, bez tego to już tylko dom bez klamek albo gałąź i świt zimowy - ale jednak zazwyczaj stoję z boku i nie utożsamiam się ze sobą przesadnie. raczej przyglądam się z półdystansu, z pewną sympatią nieuniknioną, choć niezbyt gorącą, ze wstrzemięźliwą życzliwością, z miłosiernym pobłażaniem. i uśmiecham się czasem, kiedy odgrywam ten czy ów ograny numer z zakresu codziennej akrobacji społecznej - czasem puszczam do siebie porozumiewawcze oko, a niekiedy mam wręcz ochotę poklepać się po plecach: aleśmy numer wywinęli, przyjacielu, niech pierzem porosnę. dać sobie w mordę też mam niekiedy ochotę, ale stosunkowo rzadko, muszę przyznać. nie, żebym sam siebie rozgrzeszał ochoczo, wręcz przeciwnie, ale z czymś w rodzaju ojcowskiej dumy odkrywam, że całkiem nieźle sobie siebie wychowałem przez te lata, kiedyśmy szli ze sobą ramię w ramię, i pokazywałem sobie drogi, tłumaczyłem zjawiska i na poglądowych przykładach - typu pszczółki, motylki - objaśniałem jak jest, a jak być powinno, oraz dlaczego. i tak oto przekazałem sobie pewne wzorce wraz z uzasadnieniami i przerobiłem ze sobą sumiennie podręcznik pod tytułem elementarz zachowania się, czyli życie dla opornych i niechętnych. a przy tym wszystkim zachowałem margines swobody. bo przecież nie bezwolną lalkę wychowywałem, ale siebie, syna swego jedynego, który za grzechy moje umęczon będzie i ukrzyżowan - dobra, wystarczy.
08 marca 2005, 00:12:34 :: komentarze (153)
up