kochane dzieci - używanie na waszym blogasku hasła obsługiwanego przez funkcyjkę javascriptu jest a) bezsensowne, bo w dziewięciu przypadkach na dziesięć takie hasło można ominąć w dwie sekundy; b) wkurwiające, bo kiedy mam otwartych dwanaście zakładek w firefoksie, a trzynasta zostaje przyblokowana przez nieskończoną pętlę wpisz hasło / hahaha, nie znasz hasła, wpisz hasło to ja muszę ubić cały proces, tracąc tym samym przygotowywane przez kwadrans linki, potrzebne mi bardzo w pracy zarobkowej. i potem niesłychanie nieuprzejmie wyrażam się o waszych, kochane dzieci, mamusiach. i po co to komu?
26 kwietnia 2005, 22:49:29 :: komentarze (275)
ruszyliśmy: europish.art.pl
24 kwietnia 2005, 22:47:29
poważniejsza awaria i taki bardziej dramat - na moje szczęście bazy sql się zachowały, więc treść cała jest. gorzej z różnymi plikami, a szczególnie zdjęciami - stąd są tylko trzy ostatnie, a wcześniej białe plamy. ten sam problem z licznymi odcinkami gg bloga. oraz rssami. oraz różnymi innymi, których na razie nie ustaliłem. wszystko wróci do normy dopiero za jakiś czas - w domu mam archiwa, tu nie.
22 kwietnia 2005, 22:14:07 :: komentarze (20)
proście, a będzie wam dane, napisano - i napisano mądrze. w poniedziałek wybrałem się do bunkra w celu spożycia jednego piwa, bo jedno piwo nikomu jeszcze nie zaszkodziło; gdzieś tak po szóstym impreza przeniosła się do igora, a po dwóch kolejnych poczułem, że oto po raz pierwszy w tym mieście jestem istotnie trafiony w samo sedno. kolektywnie podjęliśmy decyzję, że nie ma sensu, abym o tak późnej porze wracał do willi, a podejmując tę decyzję, pewny jestem, obaj mieliśmy w oczach błysk owego pijackiego sprytu, który podpowiada, że jutro też jest dzień. istotnie: nadszedł dzień drugi, obudziliśmy się kiedy słońce stało już w zenicie - i nie namyślając się wiele postanowiliśmy w ramach delikatnego klinowania wypić dwa piwa ocalałe z imprezy. ostatecznie jedno piwo nikomu jeszcze nie zaszkodziło - ale to już chyba mówiłem. gdzieś tak po czwartym po raz kolejny skorzystaliśmy ze zdobyczy demokracji i jednogłośnie przegłosowaliśmy moje pozostanie u igora - bo przecież nie było żadnego powodu dla którego miałbym wracać na dwie godziny do willi, skoro o dziewiętnastej ponownie mieliśmy się wszyscy spotkać w bunkrze. pozostało czymś wypełnić oczekiwanie, a daleko szukać nie musieliśmy. tak więc, kiedy po mniej więcej sześciu dotarliśmy do bunkra, okazało się, że przeoczyliśmy nawet habemus papam. zresztą niewielka to strata, bo raz, że w tym kraju papież jest nazwą bardzo własną i każdy po janie pawle będzie już tylko pełniącym obowiązki, a dwa, że wszyscy z purpuratami na czele wiedzą, że do następnego habemus papam tak znowu wiele czasu nie zostało. niemniej obowiązkiem naszym z racji dbałości o stosunki z niemcami było wzniesienie toastu za zdrowie benedykta. po czym coś się działo, trzaska trzaskał i świstał ze sceny, jakieś dyskusje niemrawe miały miejsce, a koniec końców wylądowaliśmy u a. i t.; tamże bracia z ukrainy przerobili butelkę po wodzie mineralnej i dla mnie świat się właściwie skończył w tym momencie. pozwiedzałem sobie przeszłość, jako, że teraźniejszość była zamknięta i nieczynna do odwołania, a potem, kto wie, chyba nawet zasnąłem, bo końcówka wieczoru jakoś mi umknęła. obudziłem się dzisiaj z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, otworzyłem szeroko okno, odetchnąłem i przypomniałem sobie, że mam dziesięć dni na napisanie osiemdziesięciu stron, co właściwie kończy dowód.


(z rzeczy ostatnio uruchomionych, ukończonych mniej lub bardziej: korporacja ha!art alpha, veronika dankeschoen beta i mariusz sieniewicz final release; jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to jutro ruszy projekt europish.)
20 kwietnia 2005, 23:35:44
piwo, żarcie, papierosy - wszystko kończy się nieomal w tym samym momencie, na piętnaście minut przed zamknięciem pobliskich tak zwanych delikatesów, czyli osiedlowego supersamu; więc chcąc nie chcąc wychodzę, chociaż niebo właśnie robi się sinobrązowe, a w oddali widać pierwsze rozbłyski. deszcz jeszcze nie pada, tylko wiatr zrywa się coraz silniejszy - a potem burza na moment cichnie, ale to tylko sprytny wybieg, obliczony na uśpienie mojej czujności. i rzeczywiście, nagle uderza znowu, zupełnie niedaleko - zawsze zupełnie odruchowo obliczam czas między błyskiem a grzmotem, teraz było poniżej dwóch sekund, a więc jesteśmy na wyciągnięcie ręki. i zaledwie sobie to racjonalizuję piorun rąbie może o dwieście metrów ode mnie, tymczasem ja idę alejką pomiędzy dwoma szpalerami drzew i właściwie już nie idę, ale biegnę, bo kiedy wokół huczy burza człowiek zapomina o statystyce oraz zasadach behape. z prawej, później nieco dalej z lewej, potem znowu z prawej, a te drzewa nie chcą jakoś się skończyć - a każde wygląda jakby było strzelistą prośbą do niebios: dotknij mnie, o gromowładny, miłosiernym ciosem zakończ mój żywot liściasty. i ja między tymi modlitwami biegnę, czując - choć to pewnie złudzenie - że moje włosy unoszą się, że dzieje się tutaj magnetyzm, i nie podoba mi się to ani trochę.

ale dobiegam do sklepu, kupuję piwo, żarcie i papierosy, a później jak partyzant przeskakuję pomiędzy schronieniami kryjąc się przed huraganowym natarciem deszczu. i kiedy stoję na przystanku autobusowym, a wszystko wokół cieknie i rozmywa się, przypominam sobie lipiec, albo może sierpień, kiedy leżałem w namiocie na wyspie bukowiec, a wokół trwało podobne, wilgotne piekło i nagle piorun rąbnął tuż obok. bez żadnych interwałów między błyśnięciem a uderzeniem, wszystko w tej samej chwili. musiało być dosłownie o włos, kilkadziesiąt metrów, nie więcej - usłyszałem to całym sobą, bardziej z ziemi niż z powietrza, dudniący, ogłuszający grzmot połączony z trzaskiem, jak gdyby coś się rozdzierało. i leżałem w tym namiocie, boleśnie skupiony w sobie, zlany zimnym potem - i po chwili dopiero zauważyłem, że przestałem oddychać, jakoś tak mimowolnie, i że w oczach już mi ciemnieje. nie bałem się śmierci, ale bałem się tej siły, która mogłaby zgnieść mnie jak łupinkę orzecha, bałem się potwornie. czasem to przydatne, kiedy natura delikatnym klapsem wskazuje człowiekowi jego miejsce w hierarchii.
16 kwietnia 2005, 22:32:58
po prawdzie nie ma o czym pisać, w każdym razie tutaj. z ciekawszych dla mnie obserwacji -

raz, że moje uzależnienie od sieci jest doprawdy śmieszne w porównaniu z wyczynami szanownego koleżeństwa z krajów ościennych, które spędza online i po dziewięć godzin jednym ciągiem, wszystko na ajsikju, jahu mesendżerze albo innych komunikatorach.

dwa, że z kolei mój cykl dobowy jest istotnie odmienny od przeciętnego. spać chodzę około czwartej, wstaję w okolicach trzynastej; kiedy spotykamy się wszyscy w kuchni ja akurat przyrządzam śniadanie, oni gotują obiad. za który zabieram się mniej więcej o dwudziestej, kiedy oni jedzą kolację i przygotowują się wewnętrznie do snu ludzi sprawiedliwych, pracujących od rana. tymczasem ja wewnętrznie przygotowuję się właśnie do rozpoczęcia pracy nad tak zwanym słowem.

trzy, że nie mogę się upić - tu pije się piwo, tak ze stypendystami, jak i z ekipą miejscową. toteż piję jedno za drugim, po szóstym mam ewentualnie jakieś problemy natury motorycznej, jednakże poza ogólnym rozluźnieniem pozostaję trzeźwy. żadnych tam szaleństw, żadnych klimatów z cyklu daj mi tę noc, żadnych raz się żyje. fatalna trzeźwość i neonowy szyld z napisem chciałbym się dobić, oczekuję propozycji.

cztery, że mimo wszystko jednak lubię i nie ma się co oszukiwać. dwa, trzy lata, tyle mniej więcej potrzebowałbym, jak sądzę, żeby jakoś się wypoziomować. póki co jestem zawsze gotów nawet na tak abstrakcyjne wezwania jak weź aparat, porobisz marcie zdjęcia, podczas kiedy jest po zmroku i wszyscy wiemy, że żadne zdjęcia nie wchodzą w rachubę. ale biorę aparat, żeby usprawiedliwić się przed samym sobą - że niby naprawdę chodzi o zdjęcia, a nie o to tylko, ażeby się uwalić.

pięć, że kiedy dostaję od ciebie esemesa o drugiej w nocy, kiedy orientuję się, że dostałem - to jestem akurat six feet under i nie mam zasięgu, a kiedy mogę odpowiedzieć jest czwarta nad ranem i sam wiem, że już śpisz. więc łączność kuleje.

sześć, że z kolei ty (mhm, do ciebie mówię) mogłabyś odpowiedzieć na to spokojne cześć, bo przecież miesiące i kilometry i nie ma powodu, żeby nie. żeby tak też nie ma, przyznaję, ale bądźmy poważni. wypadałoby w końcu, prawda?

siedem, że przez najbliższych kilkanaście dni muszę napisać kilkadziesiąt kilobajtów naprawdę problematycznego tekstu.

osiem, że wkrótce, może dziś, może jutro, ruszy nasz grupowy projekt, który może być dosyć ciekawy, ale może też nie być.

dziewięć, że naprawdę nie ma o czym pisać, w każdym razie tutaj. wobec czego położę się lepiej, skoro już zero piąta zero cztery i ptaki za oknem zaczynają śpiewać.
16 kwietnia 2005, 05:07:08
poszukuję osoby, która potrafi odpowiedzieć na pytanie jak używać tego. w sensie co wcisnąć, a co - i jak bardzo - przekręcić, żeby mi się sweterek nie sfilcował, a ulubione bokserki nie zrobiły z niebieskich białe. poważnie pytam, bo mnie zagadka przerasta.
10 kwietnia 2005, 15:41:13 :: komentarze (100)
to, co znajduje się poniżej, jest odmienne od notek, jakie pisałem dotychczas, bo też nie jest notką blogową. na czas mojego pobytu w krakowie blog jako taki jest zawieszony - natomiast bardzo możliwe, że będę tu co pewien czas umieszczał dosyć luźne zapiski. przy czym najprawdopodobniej nie będzie możliwości ich komentowania, bo nie w celu interakcji będą pisane. tym razem robię wyjątek ze względu na temat, a także dlatego, że chwilowo mam jeszcze nieograniczony dostęp do sieci.



kiedy dojeżdżam na miejsce on jeszcze żyje, a przynajmniej tak wynika z esemesów nadsyłanych przez siostrę w regularnych odstępach czasu. w pociągu nie czuje się tego umierania - ludzie wracają do krakowa po tygodniu pracy w warszawie, żołnierze jadą na przepustki. ile? - w chuj dużo! - ile? - dwieście sześćdziesiąt trzy - no to kooooooosmos, kurwa, galaktyka jak chuj. a ja mam już zero z przodu - spojrzenia pełne zazdrości, częstowanie się papierosami, ustalanie wspólnych znajomych: z katowic? mam zioma z katowic, wiśniewski jacek, znasz może? nie znasz? taki blondynek - blondynek - powtarza zagadnięty, udając głęboki namysł - a to chyba kojarzę. z widzenia.

w samochodzie marecki zauważa nad wyraz przytomnie: ale teraz zarobią wydawcy katoliccy! no i taka prawda. słuchamy radia, ale niczego nowego nie mówią. dzwonnicy od zygmunta postawieni ponoć w stan gotowości. wyobrażam sobie, jak teraz stoją tam u góry i czekają na wiadomość. ile tak można stać w podniosłym nastroju? godzinę, dwie, może sześć. a kiedy to szlachetne wzruszenie zamienia się w nerwowe wyczekiwanie? kiedy pojawia się po raz pierwszy myśl umieranie umieraniem, a tu coraz chłodniej, i głodny jestem, a jutro rano do pracy trzeba wstać? albo coś w tym stylu.

na miejscu zrzucam tylko plecak, podpisuję się w administracji na jakiejś liście i zwalamy się dosyć niespodziewanie na głowę andrei, która też ma urodziny. też, a może nawet bardziej - bo ja swoje staram się jakoś dyskretnie przeoczyć. w czym wydatnie przeszkadzają życzenia, nadchodzące przez cały dzień w regularnych, kilkunastominutowych odstępach. taki urok obchodzenia urodzin w charakterystycznym dniu, żadnej w tym własnej zasługi, podejrzewam - i to pozwala mi się nieco rozgrzeszyć, bo sam nie znam daty urodzin własnej matki, nie wspominając już o wszystkich znajomych.

od andrei wędrujemy do sławomira es; impreza u niego kończy się jednak mniej więcej kwadrans po naszym przybyciu. wędruję więc z kaczką do pięknego psa, a później do dymu. swoje już chyba przyjąłem, krótko spałem poprzedniej nocy; kiedy docieramy do lokatora jestem już dosyć konkretnie trafiony. nadal nie ma informacji, że umarł. ktoś spekuluje, że sztucznie podtrzymują go przy życiu, żeby nie było, że w prima aprilis. bo to od razu pretekst do tysiąca żartów. na razie krąży tylko jeden i to też taki sobie. inna wersja głosi, że wyczekają do trzeciego, żeby trafić w święto miłosierdzia pańskiego - bo jakaż by to była symbolika, ech!

oczywiście gubię się w mieście, wpierdol wisi w powietrzu, ale sytuację udaje się rozładować. w końcu trafiam na taksówkarza, który wiezie mnie do willi, po drodze tłumacząc, że wałęsę esbecy motorówką przywieźli, a okrągły stół to nóż wbity w plecy narodowi przez żydów, masonów i kangury australijskie. oraz że należy czytać wolne media, jak na przykład nasz dziennik. oraz podnosi co chwila w górę palec, pytając retorycznie i o czym to świadczy?. rozważam to wszystko niemrawo i ostatecznie postanawiam powstrzymać się od oświadczenia, że w gruncie rzeczy mam to wszystko w dupie. przynajmniej w tej chwili. chyba jednak wyczuwa mój ostentacyjny sceptycyzm, bo taksę podaje dubeltową, a na odchodnym (odjezdnym?) wygłasza jeszcze jedno płomienne kazanie.

w telewizji bezpośrednia transmisja z umierania, nieomal. programy wspomnieniowe, relacje z watykanu, warszawy, krakowa i wadowic, na pasku informacyjnym przewijają się najświeższe doniesienia i najnowsze notowania. w śpiączce, nie w śpiączce, umiera, żyw jeszcze. gdyby ta warstwa medium była dla mnie przezroczysta - kto wie, może dotarłbym do rzeczy samej w sobie, może wzruszyłbym się nawet. tymczasem nie jestem w stanie, pochłonięty bez reszty analizowaniem spektaklu i zachwytem nad jego rozmachem. najciekawsze jest chyba porównywanie poszczególnych mc's - najgorzej wypada zgodnie z przewidywaniami miecugow, który zadaje zaproszonym gościom pytania dające się streścić w czy może pan powiedzieć cokolwiek, bo nie wiem jak zapchać czas?

śpię źle, miękki materac mi nie służy, alkohol na pusty żołądek takoż. rano boli mnie wszystko, ale ręką odnajduję pilota i włączam telewizor. wciąż żyje. nadal doniesienia, specjalne serwisy informacyjne, wiadomości z kraju i ze świata poświęcone jednej tylko sprawie. siedzę na fotelu, palę papierosa i gapię się tępo w ekran. w którymś momencie wizja przygasa, a później pojawia się na nowo, ale już zniekształcona i bez fonii. może to i lepiej zresztą.

kiedy umarł siedziałem chyba w bunkrze. sam środek krakowa, ale jakoś nie zauważyłem fali szlochu, eksplozji powszechnego smutku. nic z tych rzeczy. dowiedziałem się dopiero po powrocie, z telewizji - o dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem zmarł jan paweł drugi. i oczywiście: ojciec święty, chociaż wyraźnie powiedziano, że ojciec jest jeden, w niebie. powstrzymuję się od mruknięcia pod nosem, że teraz doszła mu konkurencja i to poważna, w każdym razie w tym kraju, w którym od wielu lat na pierwszym miejscu jest matka boska, na drugim papież polak, na trzecim ostatnio james caviezel. a bóg ojciec poza podium. niemniej przez chwilę czuję się nieco ogłuszony, że już, że stało się - kiedy ja byłem niemowlęciem ali agca do niego strzelał, dzisiaj, w chwili w której zobligowany jestem nieomal do napisania wiersza zaczynającego się od słów mam dwadzieścia cztery lata, on umiera. moje życie z janem pawłem drugim. wielkim, już wiadomo, że taki dostanie tytuł. a ja nawet nie mam odniesienia, żadnego porównania.

do późnej nocy oglądam telewizję bez dźwięku, zresztą dźwięk jest tu zupełnie zbędny. program pierwszy - papież, program drugi - papież, program trzeci - papież. na eurosporcie dla równowagi kitajce grają jak gdyby nigdy nic w pingponga. gdzieś koło północy orędzie prezydenta, i znowu cud - dźwięk nagle wraca. prezydent mówi o wymagającym przyjacielu, największym rodaku i tak dalej, po czym ogłasza narodową żałobę. reakcja właściwa i aż chciałoby się uwierzyć w czystość intencji, ale wspomnienie błogosławionego siwca całującego ziemię - bodajże - kaliską każe machnąć ręką. ale tak, owszem, reakcja właściwa. prezydent wszystkich polaków odnalazł się w sytuacji, sam, czy dzięki doradcom, z potrzeby wewnętrznej czy dla poratowania notowań na koniec kadencji - w gruncie rzeczy to nieistotne.

niedzielę spędzam w pokoju, leżąc na łóżku i gapiąc się w sufit. żadnych pomysłów na spędzenie dnia w tym mieście smutnym jak. na oglądanie telewizji nie mam siły. komputera jeszcze nie mam. po południu jadę na planty - tłumy. wszyscy poważni, śmiechu się nie słyszy. chociaż w autobusie standard - i wtedy ja mu mówię: zmień się, zenek, a on mi na to - ty taka, owaka.

w poniedziałek kupuję notebooka, a wieczorem jadę do łubudubu zobaczyć się z jasiem kapelą i igorem. autobusy nie kursują, więc na przystanku spędzam pół godziny, zanim sto trzydzieści cztery dowozi mnie do cracovii. czegoś takiego nie widziałem jeszcze nigdy w życiu - niekończący się tłum, gigantyczny pochód ze świecami. idę pod prąd, w kierunku rynku - i dziwnie się czuję, nieswojo, nieśmiało jakoś. staram się iść pod prąd tak, jak gdybym z prądem szedł, swoje pod prąd oswoić próbuję, żeby nie było wyzywające, żeby było nieznaczne. czuję dookoła tę siłę smutku, tę atmosferę jedności. ci ludzie wyglądają na osieroconych i muszę to uszanować, bo przecież czucie i wiara nadal mówią do mnie, choćbym nawet po stokroć przedkładał nad nie mędrca szkiełko i oko. czy szliście kiedyś pod prąd w stutysięcznym tłumie? czy szliście pod prąd żałując niekiedy, że z prądem pójść nie możecie?

dopiero następnego dnia dowiaduję się, co wydarzyło się kilkadziesiąt minut wcześniej, zanim dotarłem pod stadion - kibice cracovii i wisły zawarli przymierze dla papieża. ta wiadomość działa na mnie silniej chyba nawet niż wieść, że komunistyczna kuba ogłosiła żałobę, a fidel brodaty po ćwierćwieczu poszedł do kościoła. więc znowu ta sama historia - w obliczu wielkich wydarzeń w niepamięć idą animozje, a polacy jednoczą się we wspólnej sprawie. trudno uniknąć wzruszenia, nawet jeżeli to wszystko jest, jak zwykle, zupełnie absurdalne - istota chuliganki stadionowej to napierdalanie się w imię klubu. istotą jest walka. jeżeli nie ma z kim walczyć wszystko traci sens. jak długo przetrwać może zgoda pomiędzy naturalnymi, odwiecznymi rywalami? dopiero jakiś post na internetowym forum kibiców wyjaśnia sprawę - wisła i craxa razem! - pisze ktoś - razem jesteśmy najsilniejsi w polsce, razem zwyciężymy każdego. czyli: zjednoczeni dla papieża napierdolimy całą polskę. śmieję się długo, choć bezgłośnie.

w nocy rozmawiam z siostrą - relacjonuje mi sytuację w domu. matka wykupiła z kiosku wszystkie wydania specjalne (które oczywiście od dawna już były gotowe i teraz wystarczyło tylko wstawić odpowiednie daty, i rację miał marecki), oba telewizory są włączone bez przerwy, matka ubrana na czarno chodzi i płacze. przypomina mi się jakaś pielgrzymka papieża: nie wiem nawet ile lat wtedy miałem, ale do dzisiaj pamiętam łzy w oczach matki, która oglądała relacje w telewizji i śpiewała razem z pielgrzymami abba, ojcze. a ja musiałem nagrywać wszystko na magnetofon, bo video nie mieliśmy - i nagrywałem, przez mikrofon, w fatalnej jakości, ale nagrywałem dla matki swojej, żeby mogła tego słuchać kiedy tylko będzie chciała. kasety do dzisiaj leżą na półce, nigdy nie dotknięte nawet. matko moja, matko - tyś jest prawdziwą córką tej ziemi i tego narodu, tyś jest matką polką.

kompletnie zaskoczony jestem, kiedy udaje mi się wreszcie skonfigurować system i urządzam sobie małą przechadzkę po blogach. nigdy nie spodziewałbym się, że wielka żałoba dotrze i tutaj - a jednak. ten płacze, ta szlocha, tamta odczuwa ból i z tym bólem się obnosi, ów pisze, że zmarł wielki moralny autorytet i osierocił nas wszystkich. nie wiadomo jak to oceniać, jak to wartościować - czy uszanować te proste wzruszenia, zamilknąć i głowę skłonić - czy jednak skrzywić się z niesmakiem. ilu z nich zna chociaż pięć zdań papieskiego nauczania? co dla nich oznacza autorytet moralny? ach, czyste jest ich wzruszenie, czyste są łzy rzęsiste, wielki w sercu ból po stracie - ale pierdolą się nieodmiennie przed ślubem, w prezerwatywie, łykając pigułki i w odwodzie mając zawsze postinor. a kiedy wszystko zawiedzie - zawsze można usunąć; w końcu szczery żal załatwi sprawę, a wychowanie dziecka drogo kosztuje. i fatalnie przeszkadza w robieniu kariery. a dziś każda chce być dziennikarką, każdy publicystą albo menedżerem. naturalnie upraszczając sprawę.

no i oczywiście świeczki. oraz odszedł wielki człowiek. internetowe ceremonie żałobne nie mogą się bez tego obejść. z nieznanych przyczyn wszyscy uważają, że w takich momentach należy coś powiedzieć, chociaż nie ma się zupełnie nic do powiedzenia. pupa jak stąd do gombrowicza - kochamy bardzo ojca świętego, ponieważ wielkim papieżem był. i zawsze pozostanie w naszych sercach. i wielki rodak. i apiać autorytet. i tysiąc cytatów na temat, ksiądz twardowski przeplatany tomaszem lisem. i znowu ten sam problem: czy uszanować tę przaśną prostotę, czy jednak mruknąć pod nosem chyba się porzygam?

jak możesz mówić o nim "ów stary człowiek"?! - pyta matka przez telefon, chociaż nie jest to pytanie, a najcięższe oskarżenie - do dzisiaj pamiętam jak sobie kpiłeś z jego wierszy, sumienia nie masz. kwestia mojego sumienia jest nierozstrzygnięta, ale wiersze były słabe z pewnością. zbyt trudne dla masowych nabywców tryptyku rzymskiego, zbyt banalne dla tych, którzy posiadali wiedzę niezbędną do ich zrozumienia. oczywiście - znalazł się i wtedy ktoś, kto wielkim głosem krzyczał o zgłoszenie papieża do literackiej nagrody nobla. ech, polacy, polacy, malowane dzieci.

podczas kiedy z mojego punktu widzenia ów stary człowiek wyraża właśnie szacunek. ponieważ nie ustąpił. ponieważ telewizje świata chcąc nie chcąc musiały pokazywać jego starość i jego chorobę. jego trzęsące się dłonie. cóż to był za dysonans - wśród szalejącej promocji młodości i zdrowia, spychającej starość i chorobę nie na margines nawet, ale poza margines. i wreszcie ta śmierć. nie oswojona, mimo całego odpustowego spektaklu urządzonego przez media. śmierć, która nie daje się zbyć migawką w wiadomościach, której nie można wpisać do suchych danych statystycznych - w iraku zginęło trzech żołnierzy, tsunami pochłonęło dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy ofiar. śmierć, która każe wniknąć w sens tego wyrazu.

"papież to był ziom (fajny gość), bo umiał zażartować, pośmiać się z młodzieżą. nie nudził jak wielebny batman (ksiądz z parafii), którego nikt nie słucha i każdy woli iść na piwo" - mówi 17-letni jasiek gawron z warszawskiego liceum. i siedemnastoletni, skretyniały jasiek gawron przypadkiem trafia w sedno sprawy. tych, którzy rzeczywiście opłakują śmierć karola wojtyły, biskupa rzymu, głowy kościoła katolickiego, duchowego przywódcy rzymskich katolików - jest niewielu. ich smutek jest wielki, ale daleki od czarnej rozpaczy - bo wierzą w to, że jan paweł drugi stanął przed obliczem pana. bolesna, bolejąca, obolała większość poniosła stratę znacznie dotkliwszą - śmierć popkulturowej ikony. kolejny papież wstąpi na tron piotrowy jeszcze w tym miesiącu - ale ikona umarła bezpowrotnie. papież to był ziom i nieprędko drugiego takiego zioma uda się znaleźć i spopularyzować - a być może nigdy. i teraz dopiero, po oddzieleniu jana pawła drugiego od ikony o nazwie jan paweł drugi, nabiera sensu to fatalne określenie: ojciec święty. tak - dobry, święty ojciec polaków, dobry, kochający ojciec, który wszystko wybacza, który trwa z uśmiechem na twarzy. którego się uwielbia, którego się kocha, ale którego się nie słucha, do którego słów nie przywiązuje się specjalnej wagi, którego słów się nie rozumie. ojciec, który powiedział narodowi nie lękajcie się! - i naród przestał się lękać, zupełnie i do końca. później ten naród stał i rzęsiście oklaskiwał każde słowo, nawet spójniki - co mógł więc zrozumieć, jeśli bez przerwy bił brawo? co zapamiętał? że w wadowicach sprzedają kremówki - tyle tylko. a jeżeli nawet coś więcej - to w każdym razie niewiele.

i dlatego właśnie pierwsze, co przemknęło mi przez myśl, kiedy dowiedziałem się, że to już - to the pope has left the building. a przed oczami stanęła mi słynna reprodukcja warhola, z twarzą papieża zamiast twarzy marylin i w ciemnych kolorach. oto właściwa ilustracja. i to nie jest moja wina.

i jeden jeszcze obrazek mam przed oczami wciąż, choć widziałem to kątem oka, przechodząc tylko - w niedzielę w witrynie restauracji chłopskie jadło kelnerka ustawiała portret papieża z czarną opaską - pomiędzy zdrowymi, czerstwymi bochnami chleba i apetyczną, tłustą kiełbasą. chwilo trwaj - nie umiałby cię wyśnić nawet szaleniec.
07 kwietnia 2005, 01:19:30 :: komentarze (159)
up