kiedy wychodzi się późnym popołudniem na balkon w mieście, które kiedyś było moim, czuje się zapach smażonej kiełbasy, bo w tym miejscu grillowanie nadal jest ulubioną rozrywką przeciętnych mieszkańców. tłem dźwiękowym jest postdiscopolo z magnetofonu, mieszające się z odgłosami wesołych, rodzinnych rozmów, w których na równych prawach uczestniczą dziadkowie, synowie, córki i wnuki. czasami słychać podniesiony ton, jakiegoś oburzonego zięcia, krzyczącego tatuś, kurwa, czy tatuś ze mnie wreszcie zejdzie i się odpierdoli, czy nie, do chuja? - ale to raczej z rzadka i tylko przez chwilę, bo zięcia zaraz chwyta córka i żona, mówiąc uspokój się, roman, siadaj na dupę, masz tu piwo, kiełbasy ci przyniosę zaraz. albo coś podobnego. w tym mieście, które kiedyś było moim, wciąż jeszcze można czasami zobaczyć na ulicy furmankę albo traktor, a całkiem niedaleko jest łąka na której co roku bociany uczą swoje małe jak się żaby łapie. równie niedaleko, chociaż w innym kierunku, jest droga przelotowa, którą wkrótce cała polska będzie jeździć na półwysep helski. czyli właściwie niedaleko od szosy, choć daleko bardzo.
to miasto, w którym się wychowałem - a w tych czterech sylabach mieści się przecież kilkanaście lat życia: szkoła podstawowa, pierwsze dyskoteki, piwo, papierosy, dziewczyny, koncerty, rowerowe wyprawy, piesze wędrówki, nocne podróże, rozmowy do rana i cała reszta sentymentalnego (czy wręcz nostalgicznego) chłamu - to miasto nie jest już moje, nie myliłem się. ja teraz mieszkam nigdzie, jestem znikąd. trochę z krakowa, bardzo z gdańska, częściowo z elbląga, na pewno z gdyni, nieco z sopotu, a bywam i w warszawie. najbardziej chyba jestem z pociągów, jak zawsze. i nie wiem zupełnie gdzie będę mieszkał za kilka miesięcy; być może w krakowie, albo we wrocławiu, chociaż możliwe, że w łodzi, w warszawie, w gdańsku, albo nawet wciąż tutaj, chociaż pomieszkując bardziej niż mieszkając naprawdę, z plecakiem spakowanym tak naprawdę zawsze. gdyby to była piosenka i gdyby tę piosenkę śpiewał ryszard rynkowski to refren brzmiałby zapewne z bagażem doświadczeń gotowy do drogi.
póki co jeszcze tu jestem i czynię wysiłki. mające na celu prześlizgnięcie się przez sesję, bo przypadkiem okazało się niedawno, że studiowanie filozofii jest dla mnie ważne. w tym tygodniu zasnąłem na fotelu u fryzjera, kilka razy w kolejce skm, a na koniec przysnąłem pisząc kolokwium - a wszystko pomimo tego, że nie wiem zupełnie czy nie będę musiał wkrótce zostawić studiów albo przynajmniej zmienić uczelni. zupełnie zaś rozczula mnie myśl, że najpierw odpuszczam sobie (czasowo, ale jednak) w imię studiowania naprawdę dużą szansę na napisanie książki trafionej w czas i temat, a następnie w imię chuj-wie-czego pojadę do warszawy czytać wiersze, omijając tym samym dosyć kluczowy egzamin z łaciny. głęboko wierzę, że jest w tym jakiś sens, ale jaki on być miałby - zupełnie nie wiem.
i właściwie to tyle - wraca do mnie uparcie kilka rzeczy, które wymyśliłem ostatnimi czasy i o których powinienem napisać, ale do tego pisania zebrać się nie mogę. muszę tu przewietrzyć, zmienić coś, szablon może, bo ten mnie odrzuca (jest tu jakiś dobry grafik?). z ciekawostek - byłem zwolennikiem teorii, że interakcja czytelników z autorem jest ważnym elementem komunikacji blogowej, tymczasem oglądając - z nudów bardziej niż z ciekawości - statystyki odkryłem, że w okresie w którym komentowanie nie było dozwolone liczba gości zwiększyła się o połowę, sięgając rekordowego poziomu. albo czegoś nie rozumiem, albo w grę weszły zupełnie inne czynniki. w każdym razie fundamentalnym założeniom teorii blogów należałoby się przyjrzeć przy okazji uważniej; zresztą - nie wiem, czy sam nie zrobię tu jakiegoś większego przestawienia, zmiany formuły, wycięcia komentarzy na stałe, nie wiem czego jeszcze. antybloga. już chyba kiedyś o tym wspominałem, ale powtórzę - będąc młodą blogerką z zapałem i poświęceniem walczyłem ze stereotypami dotyczącymi blogów po to, żeby po dwóch latach skonstatować, że są one słuszne. rzeczy warte zauważenia w tym środowisku można policzyć na palcach - żeby nie przesadzić - obu rąk, z ewentualnym pożyczeniem trzeciej od koleżanki; reszta to gigantyczne tarzanie się w syfie, takim albo innym. odkąd sięgam pamięcią, a blogi śledzę od jakichś czterech albo i pięciu lat, tarzanie jest takie samo, tylko syf się pogłębia.
a poza tym uważam, że kartaginę należy zburzyć.
