dajmy na to - wsiadam do pociągu. powiedzmy, że są to tanie linie kolejowe, połączenie ze szczecina (albo może koszalina) do warszawy. jest majowy poranek, słonko wcześnie wstało i aktualnie napierdziela równo po blaszanym dachu, miejsc siedzących brak, ściany lepią się od syfu, smród wali po nozdrzach. mówiąc krótko - pekape. wsiadłem w gdyni, jeszcze przed sopotem dopadł mnie konduktor, ze służbowym uśmiechem poprosił o bilet, ja odwzajemniając uśmiech podałem mu blankiecik kupiony w kasie pięć minut wcześniej, uśmiech konduktora się poszerzył, mój na zasadzie reakcji również, pojawiła się jakaś nić sympatii, żeby już nie powiedzieć - braterskich więzów, które z pewnością zaowocowałyby wieloletnią przyjaźnią, połączoną nawet być może z wzajemnym zapraszaniem się na rodzinne uroczystości, trzymaniem dzieci do chrztu i swataniem wnucząt. czysta i jasna była przyszłość przed nami, przede mną i sympatycznym konduktorem, kiedy tak staliśmy naprzeciwko siebie - a potem on przestał się uśmiechać i powiedział ten bilet jest wystawiony na jutro, a nie na dzisiaj, w związku z czym jest nieważny, kupujesz pan nowy czy mam mandat pisać? z właściwą sobie pogodą ducha odrzekłem kurwa mać i poprosiłem o wypisanie nowego. sytuacja była bowiem klarowna jak woda destylowana - na kasach wielkimi wołami wypisane jest podróżny obowiązany jest sprawdzić, czy dane na bilecie odpowiadają jego zamówieniu, podróżny był wyluzowany i nie sprawdził, podróżny musi więc kupić nowy bilet, a stary zwrócić w kasie tracąc na tej operacji jakieś dziesięć złotych. zdrowie podróżnego.

w sopocie natomiast wsiadła jakaś para, złożona z dwóch osób płci przeciwnej (u nas, w trójmieście, widuje się jeszcze takie pary). para wyglądała na parę studencką, on generalnie milczał, natomiast ona - żeby nie skłamać - od sopotu do pruszcza gdańskiego emitowała dźwięki. dźwięki składały się w zapętloną wypowiedź treści mniej więcej następującej no co za kurwa jebana no co za szmata stara szlora ta wiedziała szmata że nie ma miejsc siedzących a sprzedała nam z miejscówką szlora kurwa jebana popatrz tylko no popatrz mówię do ciebie zobacz tylko trzy złote za miejscówkę szmata policzyła co za zdzira stara kurwa chuj jej w dupę wyruchała mnie na trzy złote szmata suka kurwa dziwka pizda.

jeżeli ktoś miałby wątpliwości to ja potwierdzam: owszem, chodziło o to, że kasjerka wystawiła bilet z miejscówką, kosztującą trzy złote i z tego, co wiem, obowiązkową niezależnie od tego, czy miejsca siedzące jeszcze są czy już nie. powtarzam: chodziło o trzy złote. na wysokości wrzeszcza miałem przemożną ochotę wyciągnąć z kieszeni tę sumę, najlepiej w dziesięciogroszówkach, i wręczyć współpasażerce z serdeczną prośbą o zamknięcie japy - czego jednak nie uczyniłem, z obawy, że nie zostanę zrozumiany właściwie, albo wręcz wcale.

następnego dnia jechałem intercity z warszawy do gdyni. wiadomo - intercity, miejscówka dwadzieścia pięć, przedziały czyste, miejsca siedzące, kawka i batonik gratis. w przedziale trzy osoby: jedna nobliwa pani wyglądająca na nauczycielkę, jeden miły pan będący kontrolerem w administracji rządowej i jeden czerski. gadka-szmatka, uśmiechy, rozmowy o pogodzie, a następnie naturalną rzeczy - nomen omen - koleją rozmowy o podróżach. koleją. natenczas nobliwa pani odezwała się w te słowa: miałam kiedyś taką przygodę właśnie, jechałam z siostrą i naszymi dziećmi do zakopanego z warszawy i okazało się, że kasjerka omyłkowo wystawiła bilet na inny dzień. przychodzi więc konduktor i mówi, że bilet nieważny. myśmy się zdenerwowały, ale nic nie mogłyśmy poradzić, stanęło więc na tym, że on przyjdzie za jakiś czas ponownie i wypisze nam nowe bilety, a te stare oddamy w zakopanem, tracąc tylko część pieniędzy. no, ale jakoś się już więcej nie pojawił, więc dojechałyśmy na miejsce - i tam jeszcze udało nam się te omyłkowe, nieskasowane bilety zwrócić, więc podróż nam wyszła niemal za darmo, tak nam się udało szczęśliwie.

taka oto historia, jak to eleganckiej pani w wieku średnim szczęśliwie udało się wychujać pekape na kasę. a wcześniej o tym jak anonimowa kasjerka na stacji sopot została kurwą dziwką pizdą szmatą z powodu wątpliwego zresztą narażenia dziewczęcia na stratę trzech złotych. rzecz jasna - zdaję sobie sprawę z tego, że wektory na rysunku z dwóch różnych ciał wychodzą, ale ponieważ takich drobnych historii ostatnio widuję całe mendle i kopy, więc jednak zaryzykuję nieśmiałe wnioski ogólne. które nie są specjalnie odkrywcze i od zawsze wiadomo, że wszyscy kradną oraz jedno, panie, złodziejstwo - jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy powtarzaniem ludowych mądrości i standardowych sloganów, a nagłą konstatacją, że w istocie jest tak właśnie, a nie inaczej.

wygląda więc na to, że współplemieńcy w przypadku ogólnym istotnie z wielką gorliwością stosują relatywizm zwany moralnością kalego, a rozdźwięk pomiędzy poczuciem krzywdy z powodu straty własnej złotówki i bezrefleksyjnym zadowoleniem po wywaleniu bliźniego na stówę jest zdumiewający. w charakterze bliźniego może występować jakaś firma, organizacja lub ewentualnie nawet tak mglista idea jak państwo - ale może też bliźni w sensie ścisłym, kiedy na ten przykład współplemieniec ten i ów radośnie zmyka ze sklepu nie zająknąwszy się nawet, zauważając, że kasjerka właśnie pomyliła się wydając resztę. albo, jak w dowcipie, stoi na baczność na przystanku autobusowym, kryjąc pod butem dychę zgubioną przez niewinne pacholę, bezbronną staruszkę albo - bo co to za różnica - pana w średnim wieku. chociaż, oczywiście, z instytucjami idzie generalnie łatwiej - kasjerce trzeba jednak w oczy spojrzeć, a miejskiemu przedsiębiorstwu wodociągów i kanalizacji trudno nie tylko spojrzeć w oczy, ale w ogóle zajrzeć gdziekolwiek. nic więc dziwnego właściwie, że według szacunkowych danych kilkadziesiąt procent liczników (gazowych, mierników przepływu wody itd.) w tym kraju zaopatrzonych zostało w magnesiki spowalniające ruch tarczy, co oznacza, że tyleż procent społeczeństwa kradnie w trybie ciągłym. bardzo ładnie sobie to zresztą racjonalizując - i niekiedy budując w celu zredukowania dysonansu poznawczego kompleksowe teorie z zakresu cwaniackiej ekonomii, zgodnie z którymi podpierdalanie na lewo wody, prądu i gazu nie tylko nie jest kradzieżą, ale wręcz czynem chwalebnym i służącym społeczeństwu. w wersji uproszczonej wyjaśnienie brzmi owszem, wodę ciągnę na lewo, ale to oni dyktują złodziejskie ceny. czyli - plose pani, bo to on sie zacyna. tymczasem sprawa jest prosta jak budowa cepa: jak ceny wody się nie podobają to pójść do sklepu, szpadelek i wiaderko kupić, w ogródku studzienkę wykopać - będzie taniej i bardziej jednoznacznie.

zresztą, wracając do tego redukowania dysonansu, kwestia nie jest wcale taka prosta i nie tylko głowy, lecz i palca małego nie dałbym za to, czy statystyczny współplemieniec w ogóle ma poczucie, że kradnie, czy też w jego pojęciu kradzież ogranicza się do podjebania portfela z cudzej kieszeni. skoro bowiem elegancka i niewątpliwie inteligentna pani traktuje odzyskanie pieniędzy za wykorzystany bilet jako szczęśliwe zrządzenie losu - to czego wymagać od mniej inteligentnej części społeczeństwa?

zresztą jest to cały mikroklimat taki, wszystko się ze sobą elegancko łączy jak młodzież gimnazjalna na wiosnę: bo z drugiej strony naszą cechą narodową (innostrańców nie znam zbyt wielu, więc nie ryzykuję twierdzenia, że ogólnoludzką) wydaje się być poczucie głębokiej krzywdy w sensie finansowym. które daje się streścić do mantry powtarzanej jak kraj długi i szeroki - człowiek uczciwy to się nigdy nie dorobi, a ten złodziej kowalski dom pobudował, samochód zmienił i na wczasy do egiptu poleciał. przy czym kowalski może być równie dobrze faktycznym (żeby nie powiedzieć - uczciwym) złodziejem, jak i na ten przykład przedsiębiorcą. bo każdy przedsiębiorca to złodziej. i w ogóle każdy, kto lepiej odnajduje się w rzeczywistości ekonomicznej to bandyta i wyzyskiwacz, a ojciec jego był świnią ubekiem, a matka jego nazywała się goldberg, apfelbaum, albo rotenschwanz (nazwiska za publikacją jak rozpoznać żyda, do znalezienia w internecie). wszystko przez to, że kowalski ma, a my nie mamy, podczas kiedy przecież nam się należy. ponieważ jesteśmy. i ludzie mają równe żołądki, a bogaty powinien płacić podatki większe niż biedny. oraz ogólnie rzecz biorąc biednego utrzymywać, bo nie ma takiego biednego, który biednym byłby ze swojej winy - zawsze i wszędzie winne są okoliczności dodatkowe, czyli żydzi ze szczególnym uwzględnieniem tego złodzieja kowalskiego.

i tak mógłbym jeszcze przez jakiś czas, przerywam jednak, ponieważ najlepszą puentę napisało tradycyjnie życie - przed chwilą zorientowałem się, że mój święty gniew przenoszony na klawiaturę doskonale harmonizuje z płynącą z głośników muzyką. ukradzioną z sieci. i to by była właśnie ta brakująca do kompletu belka we własnym oku.
09 czerwca 2005, 00:09:50 :: komentarze (666)
up