stosunkowo niedawno dotarło do mnie, że w tym roku odbywają się wybory prezydenckie. mówiąc ściślej - że będą to ja pewnie nawet wiedziałem od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz zorientowałem się, że ten fakt ma pewne konsekwencje, a konkretnie - że będę musiał oddać głos. w związku z czym najpierw sprawdziłem, czy jkm (vide postscriptum) startuje w wyborach, a później zacząłem się zastanawiać co zrobić w drugiej turze i pomiędzy kim a kim przyjdzie mi w niej wybierać. sprawdziłem więc wyniki sondaży i osłabłem.
w drugiej turze, wszystko na to wskazuje, trzeba będzie bowiem wybierać pomiędzy cimoszewiczem a kaczyńskim - co na pierwszy rzut oka jest wyborem równie wdzięcznym jak podejmowanie decyzji w który pośladek wbić sobie zardzewiały gwóźdź. rzuciłem więc okiem raz drugi, próbując zdobyć ogólne rozeznanie w terenie i zorientować się co, jak i dlaczego uważają owi sympatyczni panowie dwaj - i jako osoba przeciętnie zainteresowana polityką doznałem lekkiego wstrząsu. najpierw okazało się, że zdaniem lewicowego kandydata na prezydenta rp włodzimierza cimoszewicza trzeba jak najmniej ingerować w prawa wolnego rynku, bo to prowadzi do pogarszania standardów gospodarczych (kto nie wierzy niechaj czyta), natomiast prawicowy kandydat na prezydenta rp lech kaczyński oznajmił, że za chiny ludowe nie zgodzi się na wprowadzenie podatku liniowego (tutaj). nieśmiało popytałem bardziej zorientowanych - i okazuje się, że tylko ja nie zauważyłem jeszcze, że w polsce określenia lewica i prawica dotyczą wyłącznie tego, że jedni mówią, że PRL była cool - a drudzy, że nie, i że jedni mówią, że pewno Boga nie ma - a drudzy mówią, że jest. poczucie osłabienia wzrosło.
bo tak: powiedziano, że głosowanie to obowiązek, i zobaczyliśmy, że jest to słuszne. kto bowiem nie chodzi na wybory ten niechaj zamknie mordę i jednym słowem nie narzeka na sytuację ogólną, skoro palcem nie kiwnął, żeby ją zmienić. ta piękna w swojej prostocie zasada nagle okazuje się prowadzić w ślepą uliczkę, zakończoną biało-czerwoną urną, do której należy wrzucić kartkę ze swoim głosem - nie bacząc na ostry wewnętrzny protest przeciwko głosowaniu na któregokolwiek z dwóch kandydatów ulubionych przez współplemieńców. rodacy - powiedzcie mi, ale tak uczciwie - dlaczego wy mi to robicie?
decyzja na kogo głosować musi więc ustąpić decyzji, na kogo nie głosować. bardziej. i chodzę i pytam ludzi i przeglądam się w lustrach obłąkanym wzrokiem - bo jak to tak, jak to, ja miałbym głosować na czerwonego, na włodzimierza głos swój miałbym oddać ja, który dotąd wiernie głosowałem na skrajną prawicę, mnie to nieszczęście właśnie dotknie, mnie tak los doświadczyć miałby srodze? i chodzę i pytam ludzi i przeglądam się w lustrach wzrokiem szalonym - bo jak to tak, jak to, ja miałbym głosować na piewcę społecznej sprawiedliwości, na lecha głos swój miałbym oddać ja, który dotąd wiernie głosowałem na liberałów, mnie to nieszczęście dotknąć miałoby, a los tak srodze doświadczyć? a ludzie milczą, a lustra milczą nawet bardziej, i znikąd pomocy ni ratunku, i nikt nie woła, i nie ma dokąd jechać.
ponieważ nie istnieje taka rzeczywistość potencjalna w której oddaję głos na lecha kaczyńskiego. postać groteskową. silnego prezydenta i nie znającego lęku kowboja - mierzącego, na oko sądząc, jakieś sto sześćdziesiąt w kapeluszu i obdarzonego przez naturę powierzchownością przywodzącą na myśl raczej babyface nelsona niż, powiedzmy, elliota nessa. kandydata prawicy, którego poglądy ekonomiczne sytuują gdzieś w okolicach unii pracy. człowieka, który na sztandarze wypisał sobie prawo, po czym rozmyślnie przeciągał czas trwania procesu w którym uczestniczył jako oskarżony i ostatecznie uznany winnym zniesławienia; który na sztandarze wypisał sobie sprawiedliwość i jednocześnie jest zwolennikiem podatku progresywnego (patrz postscriptum 2). który zakazał parady równości (dobrze), niewiele później - ponoć z wahaniem, ale jednak - pozwalając na zorganizowanie czegoś w rodzaju parady normalności (źle i niekonsekwentnie). który mówi medialne nie na przykład nepotyzmowi, stanowiąc jednocześnie ciało w dwójcy jedyne z własnym bratem. który obejmując urząd prezydenta miasta warszawy zapowiadał, że pojutrze będzie lepiej, czego efektów indagowani warszawiacy jakoś nie widzą - i (kto jeszcze pamięta?) zarzekał się, że nie traktuje stołecznej prezydentury jako odskoczni do urzędu prezydenta państwa, ale jako służbę, którą pragnie wypełnić do końca.
ponieważ nie istnieje taka rzeczywistość potencjalna, w której oddaję głos na włodzimierza cimoszewicza. człowieka o uśmiechu, przy którym uśmiech leszka millera jest uśmiechem pełną gębą. kandydata lewicy, reprezentującego odchodzące w niesławie pokolenie aferzystów. człowieka, który wprawdzie wywołał opadnięcie szczęki romana giertycha (znakomicie), ale zrobił to na tyle nieudolnie, że przyjdzie mu stanąć przed obliczem romana i jego kolegów z żenującego kabaretu komisyjnego ponownie. faceta, który z okazji wyborów stara się dogodzić wszystkim, w efekcie brnąc w konstrukcje wysoce ambiwalentne (bo wprowadzenie podatku 50% było głupie, ale jednorazowy podatek od najbogatszych to nie taki zły pomysł).
wreszcie - nie ma takiej rzeczywistości potencjalnej, w której staję ramię w ramię z wyborcami cimoszewicza, rekrutującymi się w większości spośród zatwardziałego lewicowego betonu albo z wyborcami kaczyńskiego - będącymi w znacznej mierze trzy-czwarte-inteligentami, którym ideologiczna zajadłość przysłoniła zupełnie umiejętność trzeźwego osądu sytuacji i którzy zapluwają żółcią po najmniejszym potknięciu rywali, jednocześnie broniąc swojego pupila przed oczywistymi zarzutami przy użyciu spiskowej teorii dziejów i przedziwnych konstrukcji logicznych.
w tej sytuacji prawdopodobnie jedynym, co mi pozostało, jest wykonanie koszulki z dużym napisem WYBORY PREZYDENCKIE 2005 i mniejszym, nieco niżej: pierdolę, nie idę. co obiecuję zrobić po powrocie, za dni pięć.
ps. Przykład Korwin-Mikkego to jednak doskonały dowód na to, że wyborów prezydenckich nie można wygrać, mówiąc prawdę. Kiedy w wyborach prezydenckich w 1995 r. notowania Korwin-Mikkego na chwilę zbliżyły się do 7 proc. tak, że miał szansę zaistnieć na scenie politycznej, natychmiast strzelił sobie "samobója", twierdząc, że "jak emeryci zapłacą za wizytę u lekarza, to przestaną chodzić i kwękać". No i po wyborach. - "Wprost", Nr 1180 (17 lipca 2005).
ps2. najpoważniejszy argument, jaki wysuwają przeciwnicy podatku liniowego, jest taki, że jego wprowadzenie nie wpływa wcale na rozwój gospodarczy i nie zmienia znacząco wpływów budżetowych. nawet jeżeli byłoby to prawdą - jest to doskonały argument za wprowadzeniem podatku liniowego: państwo nic nie traci, a zaczyna traktować obywateli sprawiedliwie. czysty zysk. nawet jeśli wyłącznie moralny. mówiąc na marginesie - kaczyński postuluje podwyższenie podatku dla bardzo nielicznej grupy najbogatszych, przy jednoczesnym obniżeniu podatków płaconych przez masy. nie ma tu mowy o jakiejkolwiek sprawiedliwości poza tak zwaną społeczną - czyli składaniem ofiary ludowi dla poprawienia mu nastroju.
ps3, bonusowy. koszulka tutaj.
