kiedy obudziłem się w czwartej rzeczpospolitej nikt nie stał nad moim łóżkiem z karabinem, w skrzynce pocztowej nie było wezwania do sądu, a po drodze do sklepu, w którym zwykłem kupować bułki, nikt nie próbował mierzyć mi czaszki, pytać o wyznanie, poglądy czy świadectwo zawarcia związku małżeńskiego. pewnie nawet przeoczyłbym to, że mamy czwartą rzeczpospolitą, gdyby nie trzy esemesy z niedzieli, wzywające do pospolitego ruszenia (ratunku! kaczyński wygrywa! potrzebna mobilizacja!), a także nagły wysyp humorystycznych maili oraz zaangażowane politycznie opisy na gg. i niosące się przez kawiarnie, uczelniane hole i bary mleczne wielkie pytanie ale jak to się stało?.
normalnie się stało, szanowna młodzieży. zgodnie z podejrzeniami, jakie miałem od dłuższego czasu, sondaże były przekłamane, a internetowe dyskusje dyskretnie moderowane. nie wyszło, naród był uparty, sondaży nie czytał, do internetu nie zaglądał - i wybrał kaczyńskiego. proszę mi nie mieć za złe, że nie stanę murem z tymi, którzy teraz rozdzierają szaty i snują apokaliptyczne wizje - ale, mówiąc wprost, mam raczej wyjebane. przejmowałem się przy okazji wyborów parlamentarnych, o czym tutaj już było i wystarczy. obecnie nie przejmuję się wcale - raz, że prezydent ma uprawnienia takie sobie, a kto konkretnie będzie stawał na palcach, żeby uścisnąć dłoń tej czy owej głowy (państwa) wydaje mi się sprawą nieprzesadnie istotną; dwa, że kaczyński ze swoim ciśnieniem na teczki dostarczy mi w ciągu najbliższych lat zapewne znacznie lepszej rozrywki niż tusk mógłby przy najszczerszych chęciach; a trzy, że jeżeli nawet - zgodnie z piskami przerażenia dobiegającymi z różnych miejsc - za rok każde miasto będzie miało własny obóz koncentracyjny dla homoseksualistów, to co mnie to w końcu może obchodzić, pytam się? jak ja nie mogę, dajmy na to, nigdzie kupić butów numer 47 - to żaden gej nie manifestuje w obronie moich praw do obuwia. więc i ja się nie poczuwam do przesadnej solidarności (gejowie protestują w paryżu przeciwko kaczyńskiemu - mówi właśnie matka w pokoju obok). i w ogóle widząc powszechną w pewnych kręgach głęboką żałobę po wyborze lecha drugiego odruchowo ustawiam się w pozycji against. co przychodzi mi o tyle łatwo, że, jako się rzekło, mam (pardon raz jeszcze) wyjebane (niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna). ja tu nie mieszkam, w tym kraju, ja mam własne państwo. moje państwo ma pięćdziesiąt metrów kwadratowych i dwoje stałych mieszkańców. ja tu nie mieszkam, w tym kraju, w tym państwie. ja tylko utrzymuję z nim napięte stosunki dyplomatyczne.
ogólnie rzecz biorąc dopiero po wyjściu z ogólnego szoku związanego z przeprowadzką i pisaniem pracy magisterskiej (jeżeli ktoś uwierzył w moje powtarzane przez rok zapewnienia, że pracę magisterską można napisać w tydzień to muszę go rozczarować - potrzeba ośmiu dni i ani chwili mniej) zorientowałem się, że oto funkcjonuję jak typowy przedstawiciel klasy lekkopółśredniej; robię zakupy w tesco, zamawiam pizzę z dowozem, pijam od czasu do czasu wino, a niekiedy wódkę, szukam stołu do salonu, sypiam w solidnym, podwójnym łóżku i w ogóle spełniam historyczne proroctwo empiego. jeżeli doliczyć do tego fakt, że niekiedy mówię głosem własnego ojca kochanie, kanapa nie służy do wieszania na niej spódnic i w ogóle dosyć mam już tego bajzlu w domu, to można uznać, że zmiana pokoleniowa dobiega nieuchronnego końca. i jest mi w tym wszystkim całkiem dobrze, co jest sytuacją raczej nową. w charakterze wisienki na szczycie tortu objawiła się zaś wczoraj czwórka w totolotku (sto sześć złotych i czterdzieści groszy). jeżeli teraz nie wyskoczy mi wreszcie rak mózgu, płuc albo żołądka - to ja już nie zgadnę na co on jeszcze czeka.
ps. informatyczny komentarz tygodnia: polska - jedyne państwo na świecie wyposażone w kopię zapasową prezydenta.
