czuję się w obowiązku poinformować, że według najnowszych badań gazety wyborczej polacy jednak są tolerancyjni. powtarzam: S! TOLERANCYJNI. gdzie podział się ów wyszydzany przez wszystkie narody cywilizowane zaścianek, ta zapiekła, zwierzęca nienawiść do arabów i homoseksualistów - na razie nie wiadomo. prawdopodobnie już wkrótce okaże się, że z ludu (który tak naprawdę zawsze był tolerancyjny i dobry) przeniosła się do elit władzy (która wcześniej sama była ludem i, jak ta łyżka dziegciu beczkę miodu, tak obecna władza ówczesny lud psuła). tymczasem jednak - nasze zdrowie!
23 stycznia 2006, 19:41:59 :: komentarze (130)
w związku z przenosinami serwera, na którym rezyduje czerski.art.pl, w ciągu najbliższych kilku dni mogą występować problemy z dostępem do serwisu (u osób cierpiących na alergie pokarmowe także świąd i wysypka).

w ramach rekompensaty proponuję odwiedzenie serwisu ani sool i zapoznanie się z jej twórczością (raz, a zwłaszcza dwa). bo ania sool jest najlepsza. bardziej najlepsza od chucka norrisa.

EDIT: przenosiny serwera przesunięte, prawdopodobnie na przyszły tydzień.
23 stycznia 2006, 00:49:08 :: komentarze (58)
owszem, zostałem uprzedzony. jeszcze w październiku kasia mówiła poczekaj, jesień to jeszcze nic, zobaczysz jak tu wygląda zimą jak są roztopy. nie wierzyłem - więc słuszną poniosłem karę. kiedy czeka się na tramwaj na ulicy kilińskiego, jest styczeń, godzina osiemnasta, ciemno i mokro i wiatr i roztopy - i kiedy na miejsce można dojechać trzema liniami, a na przystanku po raz trzeci z rzędu pojawia się tramwaj jedynej linii nie pasującej - i kiedy przed oczami ma się brudny mur, a pod nogami brudny chodnik, a nad głową wąską, brudną przestrzeń porozdzieraną brudnym światłem brudnych lamp - i kiedy chcąc nie chcąc rusza się przed siebie pieszo, brnąc w mokrym śniegu i potykając się na nierównym chodniku i nierównym asfalcie i rozpadających się schodach w tunelu - to wtedy przestaje się dziwić, że tu sanitariusze zabijają pacjentów, rodzice dzieci, a potencjalni klienci akwizytorów. jeżeli przyjechało się tutaj z innego miasta i idzie się przez to miasto zimą i widzi się to wszystko - to nie można się nadziwić, że tutaj ludzie nie wbijają sobie nawzajem palców w oczy i nie plują sobie do uszu, że nie rzucają się na siebie, nie rozgniatają głów kamieniami i nie kopią się po kręgosłupach, że nie tną się nożami na każdym chodniku, w każdej bramie i na każdym przystanku. bo powinni - i gdyby to był film to żaden widz nie czułby się zaskoczony, że pan w płaszczu czekający na zielone światło popycha nagle panią w berecie prosto pod autobus; że chłopak w dżinsach przewraca dziewczynkę stojącą obok niego i naskakuje butami na jej głowę; że staruszka z pieskiem wyciąga z kieszeni pamiątkową brzytwę po mężu i wbija ją w policzek tej młodej kobiety obok. nikt nie byłby zaskoczony - siedzieliby w tym kinie i żarli popcorn; bo każdy wie, że jeśli kamera pokazuje takie miasto to za chwilę poleje się krew. więcej - nikt nie zdziwiłby się nawet gdyby ci ludzie na ekranie zaczęli przewracać się sami z siebie, upadając na bok albo na plecy i przebierając jeszcze przez chwilę konwulsyjnie nogami i wyginając usta w epileptycznym grymasie, żeby wreszcie znieruchomieć i zesztywnieć i zgnić i zginąć w kwadrans. bo w takim miejscu normalny człowiek po prostu powinien umrzeć sam z siebie i jeżeli jest tu jeszcze jakaś cywilizacja to najlepszy dowód, że nie tylko karaluchy przetrwają.

tak myślałem idąc ulicą kilińskiego i skręcając w narutowicza w styczniu, wieczorem. a później wszedłem na plac dąbrowskiego i usłyszałem muzykę i zobaczyłem ślizgawkę - roześmiane dziewczęta kręciły piruety, a dzieci pędziły na łyżwach w tę i z powrotem; a wszystko było pełne światła i zgiełku i śmiechu. i, jak to się mówi, wspomniałem campo di fiori.

ps. gdyby w jakimś teleturnieju pojawiło się pytanie "jak długa powinna być sekwencja filmowa, żeby pomieściła wszystko na temat łodzi?" to proszę niezwłocznie odpowiedzieć "dziewięć sekund". jeżeli ktoś nie wierzy - dowód tutaj.
19 stycznia 2006, 20:30:29 :: komentarze (73)
przeglądając niedawno jakiś - nieco nieświeży - numer przekroju wzbogaciłem swój słownik o nowy wyraz, a imię jego doznać. słowo to wzięte w sensie ekstatycznym nie wymaga, okazuje się, dookreślenia, przeto mówimy doznałem, kiedy chcemy przekazać, że kontakt z kimś lub czymś wywołał w nas uczucia skrajne. zresztą, thanks god for google, jest i wzmiankowany tekst.

o ile owoce językowej inwencji współplemieńców zwykle budzą we mnie głęboką niechęć, o tyle nowe znaczenie doznawania powitałem, że tak powiem, z sympatią, i postanowiłem dołączyć do grona betatesterów. z tej okazji chciałbym opowiedzieć o tym, jak kiedyś doznałem w trakcie lektury.

ja bowiem zasadniczo książki lubię i nie jest tak, żebym nie lubił. żeby się wszakże jakoś ekscytować nadmiernie - to też nie. czytam zwykle z twarzą kamienną, czasami z ostatniego zdania jakiegoś szczególnie pięknego fragmentu skaczę sobie do pierwszego, aby przeżyć to raz jeszcze, jak kibice wembley '73 - czasem zaś krzywię się, kiedy to lub owo jawi mi się mniej fortunnym. i tak do samego końca. na końcu książki miewają zakończenie (chyba, że hiperteksty, ale hipertekstów nie czytam, bo bez sensu), ja to zakończenie przyjmuję do wiadomości, mówię w myślach beznamiętne aha i odkładam dzieło na półkę. nie, żeby mi się nie podobało, przeciwnie, mogło się podobać, nawet bardzo - ale jak się przeczytało to się odkłada - i tyle. kto się z blazą urodził ten w euforii nie umrze, albo, posługując się bon motem mojego kolegi, zła ta książka może nie była, ale wódka jednak lepsza.

wstrząsy poważne zdarzają się raz na parę lat, co ciekawe - naprzemiennie przy okazji czytania czegoś z żelaznego repertuaru światowej klasyki albo książek, o których zapomniał autor, o czytelnikach nawet nie wspominając. i tak w wieku młodym będąc doznałem niewątpliwie w trakcie lektury pierwszych stron gry w klasy, do czego przyznaję się bohatersko niniejszym (a komu gra nie porobiła gdzieś tak w okolicach maturalnej klasy ten niech pierwszy rzuci kamieniem). rok albo dwa później doznałem bardzo kontrastowo, bo czytając niech żyje nam rezerwa madejowskiego (dolary przeciwko orzechom, że nikt tego nie zna, za wyjątkiem osób które miały w rękach mój egzemplarz). i tak dalej.

doznanie, o którym w dzisiejszym odcinku, miało miejsce zapewne w roku 1999, albo może w 2000, i niemal na pewno nastąpiło w trakcie jakichś śmiertelnie nudnych laborek. laborki miały to do siebie, że nikt nie pracował, bo kompilator każdy miał w domu, a internetu - nie; ja akurat miałem jedno i drugie, ale drugie po drogich impulsach, więc się nie kalkulowało. i tak się przełączałem między ircem a www, klikając raczej bezmyślnie różne linki (były to niepojęte dziś czasy, w których o google mało kto w okolicy słyszał, a nikt nie używał), aż wreszcie trafiłem na stronę zatytułowaną dentro. magazyn filozoficzno-futbolowy dla narkomanów, zagłębiłem się, doznałem i odpadłem.

zetknięcie z historią alinki, narkomanki, schizofremiczki i dziwki, czy też poruszającą opowieścią o zamieszkującej górne drogi oddechowe znanego krakowskiego poety kosmicznej charze miało moc miażdżącą. rzęziłem. leżałem na klawiaturze, spadałem z krzesła, ocierałem łzy, czytałem dalej i nadal rzęziłem, próbując złapać oddech. przy czym było jasnym, że raczej się uduszę niż przerwę lekturę. kiedy laborki się skończyły przebiegłem z eti do gmachu głównego, do sali internetowej i tam czytałem dalej. a później okazało się, że przeczytałem wszystko, więc zacząłem od nowa.

teraz tak: jestem przekonany, że wiele osób dentro pamięta - i tym wyjaśniać niczego nie muszę (tzw. świadectwa można wpisywać w komentarzach). wyjaśnienie należy się tym, którzy się nie załapali (iż w 2004 serwer szlag trafił) - internetowa wersja dentro zawierała między innymi kilkanaście opowiadań, które same z siebie były szalenie zabawne, natomiast dla niektórych były śmieszniejsze pięciokroć. niektórzy to ci, którzy wyłapywali intertekstualność - nawiązania do popkultury wysokiej: wierszy świetlickiego, dzieci z dworca zoo, pamiętnika narkomanki, czy filmów pasikowskiego - niekiedy jawne, a niekiedy sygnalizowane jedynie jakimś zwrotem, pojedynczym zdaniem, które, jeżeli skojarzone natychmiast z analogicznym fragmentem pierwowzoru, ujawniało zupełnie nowy sens.

doznając nad dentrem byłem przekonany, że autorem tych tekstów musi być ktoś bardzo znany - były to bowiem czasy w których sądziłem, że umiejętność pisania przekłada się na rozgłos i środowiskową pozycję. ku mojemu zdziwieniu okazało się, że w branży nikt tego nie zna, nikt nie drukował, nikt nie wie czyje to. wobec czego ja z nieśmiałym uśmiechem zacząłem wspominać tu i ówdzie, że coś takiego istnieje i daje radę, a nagabywani przeze mnie redaktorzy zmieniali temat rozmowy, puszczali uwagi mimo uszu i ostentacyjnie nie zwracali uwagi. i tak dalej, i tak dalej. po czym piotr marecki powiedział nagle, że chce wydać dentro i nie minęło pół roku, a książka jest gotowa. o czym informuję z prawdziwą radością i zachęcam do kupowania w księgarniach albo wysyłkowo - bo jeżeli dentro nie jest warte tych 19 pln to ja naprawdę nie wiem, co miałoby być.

ps. i niechże nikt nie pisze, że powinno być schizofreniczki zamiast schizofremiczki, bo właśnie nie powinno.
07 stycznia 2006, 15:20:43 :: komentarze (194)
up