(w myśl dewizy wszystkiego warto spróbować trzydzieści jeden dni temu podjąłem pracę zarobkową w systemie etatowym. dwadzieścia dziewięć dni temu zapytałem kiedy mogę wziąć pierwszy urlop i czy mógłbym teraz; ku mojemu najgłębszemu zaskoczeniu okazało się, że to nie działa w ten sposób. obecnie, po miesiącu, mam już pewność, że uczestniczę w swoistym rytuale inicjacyjnym - całkiem pomysłowym, przyznaję: wszyscy w firmie zachowują się mianowicie tak, jak gdyby pracownik zatrudniony na etacie musiał zjawiać się w miejscu pracy codziennie i przebywać tam od godziny ósmej do szesnastej. dlaczego wybrali akurat taki absurd, a nie, powiedzmy, chodzenie na czworakach albo wcieranie we włosy lodów waniliowych - tego jeszcze nie wiem, nie chcę im bowiem dawać satysfakcji i zachowuję się jak gdyby nigdy nic. jeżeli ktoś z państwa orientuje się jak długo trwa zwykle ta zabawna inicjacja i kiedy wreszcie będzie można sypiać do południa - proszę o kontakt).



książka: empiki, księgarnie, merlin.

spotkania:
kraków - lokator - sobota, 01.04, g. 20:00
bytom - galeria kronika - poniedziałek, 03.04, g. 19:45
poznań - bookarest - wtorek, 04.04, g. 19:00
warszawa - csw - środa, 05.04, g. 18:00
gdańsk - teatr wybrzeże - sobota, 08.04, g. 19:00

szczegóły tutaj.

ponadto radio bis (02.04, 20:00), radio vox (03.04, 20:00), radio jazz (05.04, 15:00), radio tirana (od wieczora do rana).
31 marca 2006, 23:53:32 :: komentarze (87)
skończyłem pisać książkę. obiecywałem sobie przez ostatnie miesiące, że kiedy skończę pisać książkę to w pierwszej kolejności urżnę się w sztok; to samo obiecywałem sobie zresztą kiedy pisałem pracę magisterską - i przy kilku innych okazjach. tak już jest, że człowiek musi mieć cel. to mniej więcej taka sytuacja, jak jedzenie tzw. wojskowej kanapki z wędliną - do pięciu kawałków chleba bierze się jeden plasterek i przesuwa się go po każdym kęsie; po posiłku plasterek jest rekwirowany. nie oznacza to oczywiście, że się nie urżnę - tyle, że nie będzie to miało żadnego związku z książką.

skończyłem więc pisać książkę i czuję się tak, jak w liceum, kiedy pisałem ostatnie zdanie wypracowania pod tytułem rozważ problem winy i kary w tekstach literackich różnych epok albo człowiek wobec historii według pisarzy okresu pozytywizmu; to, co napisałem, przestało mnie interesować i chciałbym jak najszybciej zająć się czymś innym. mam bowiem kilka pomysłów, które wymagają wielu godzin żmudnej pracy - bez niej nie sposób się przekonać, że nie są nic warte.

skończyłem pisać książkę, a później przeczytałem ją - i powziąłem nieodwołalną decyzję, że nie zgodzę się na jej druk, ponieważ nie spełnia moich oczekiwań. wybrałem więc postawę niezłomną; postawa niezłomna ma tę zaletę, że zapewnia maksimum satysfakcji moralnej przy minimalnych stratach własnych. po kilku dniach przeczytałem książkę ponownie i pomyślałem, że czas spokornieć: obniżyłem więc oczekiwania, dokonałem paru stylistycznych poprawek, dopisałem kilka zdań, wyciąłem scenę nazbyt spektakularną - bo nikt by w nią nie uwierzył, chociaż zdarzyła się naprawdę - i wysłałem tekst wydawcy.

to nie jest oczywiście dobra książka; nie jest też szczególnie zła: jest w niej kilka dobrych momentów. ale nie jest to dobra książka - jest uczciwa, a uczciwa książka nie może być dobra. z umierającym papieżem w tle można było zrobić wszystko - mogłem napisać o pijaku, który czkając połykał łzy, bo teraz został sam na świecie; mogłem napisać o kobiecie, która biegła floriańską, krzycząc, że przed chwilą wstała z wózka inwalidzkiego i że to cud świętego jana pawła wielkiego, a którą karetka odwiozła do szpitala dla wariatów; mogłem napisać o mężczyźnie i kobiecie, którzy rozstają się właśnie kiedy spiker oznajmia, że karol wojtyła nie żyje. ale tego pijaka nie było, nie było tej kobiety i nie widziałem ludzi rozstających się drugiego kwietnia o dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem. napisałem tylko o tym, co widziałem, albo o czym mi opowiadano - a jeśli opowiadano mi, to zaznaczyłem, że opowiadano. napisałem o wszystkim, co widziałem, a wydawało mi się ważne; jeżeli nie napisałem o żadnym człowieku, którzy śmierć papieża przeżywałby głęboko, ani o ludziach płaczących pod kościołami - to dlatego, że nie spotkałem takiego człowieka i że ani razu nie przechodziłem wówczas obok kościoła. nie wiem jak to możliwe - tak po prostu było.

jest to książka uczciwa i to jedno mi się w niej podoba. to nie znaczy, że każda wypowiedź jest oddana wiernie - i nie znaczy to, że wszystko wydarzyło się naprawdę dokładnie tak, jak to opisałem. to w końcu książka, a nie film dokumentalny - ale zmieniałem tylko dekoracje, rekwizyty i szyk zdań; waga pozostała niezmieniona. miałem tę książkę napisać inaczej; miała być zabawna i pełna wesołych anegdot - i miały w niej być śmieszne zdjęcia: papież obok kebaba i inne. nie napisałem wesołej książki - wesołych książek mamy w tym smutnym jak pizda kraju aż nadto; przynajmniej od czasu, kiedy ktoś wymyślił, że jak się pisze wesoło o brudzie, szpetocie i śmierci - to znamionuje pożądany dystans autora. przestało mi się chcieć mieć dystans, odkąd zrozumiałem co to znaczy, że umrę; i co to znaczy, że boga nie ma. dopiero mając dystans można go odrzucić, jak tę drabinę z 6.54.

nie jest to więc ani książka dobra, ani szczególnie zła. nie jest to nawet książka o papieżu; nie ma to jednak żadnego znaczenia: na okładce napisane będzie, że książka jest o papieżu, z anegdotami i że dobra do dyskutowania w modnych knajpach. ja wierzę w czytelnika. wierzę, że on wierzy w słowo pisane, i że kiedy mu powiedzieć, że jest o papieżu, z anegdotami i do dyskutowania - to on rozumie, że o papieżu, z anegdotami i do dyskutowania. czytelnik nie zwykł się doszukiwać ironii, zwłaszcza w notach na okładce - ani drugiego sensu tam, gdzie pierwszy podany jest na tacy.

skończyłem pisać książkę i książka przestała mnie interesować: wiem, co się z nią stanie. są właściwie tylko dwie możliwości - pierwsza i lepsza, że przejdzie bezszelestnie, a ja oszczędzę sobie tłumaczeń, wyjaśnień i wracania do zapomnianego już tekstu; druga - że wydanie wpisze się nieźle w najnowszy trend dziennikarski, tj. krytyczne spojrzenie na pokolenie jp2. w tym przypadku książka będzie często wspominana; ponadto zbierze kiepskie recenzje: słusznie. kiepskie recenzje napiszą krytycy literaccy; będzie też kilka szczególnie miażdżących i napisanych wyniosłym tonem - ich autorów mógłbym wymienić już dzisiaj. niektórych poznałem - to całkiem mili chłopcy; nie są szczególnie źli ani głupi, potrafią zresztą ładnie składać zdania, bo przeczytali w życiu całe mnóstwo książek. literatura jest ich pasterką i nie brak im niczego: poza osobowością. brak osobowości nie przeszkadza zresztą w pisaniu; uniemożliwia jedynie przyciągnięcie czyjejkolwiek uwagi na dłużej niż trzy sekundy i właśnie dlatego nikt poza gronem bliskich znajomych nie zagląda do ich internetowych pamiętniczków i nikt nie komentuje choćby słowem; ani kiedy ogłaszają swoje plastikowe rewolucje, ani kiedy opisują dni codzienne językami pożyczonymi od ulubionych pisarzy.

skończyłem pisać książkę, a wy zostaliście uprzedzeni.



---
zadzwonił do mnie dzisiaj premier marcinkiewicz i powiedział: słuchaj, czerski, jest taka sprawa - byłem już w toruniu, nawet drób jadłem, ale nastroje w mieście kiepskie, emeryci koty do uśpienia noszą, panika się szerzy; ja mam prośbę do ciebie - jedź tam na weekend, zorganizowałem ci spotkanie w niedzielę o jedenastej w klubie NRD; powiesz kilka wierszy, takich wiesz, metafizycznych, żeby ludzi oderwać od tej ptasiej grypy. powiedziałem: ku chwale ojczyzny, panie premierze. spotkanie polecam - podobno mają dawać jajecznicę za darmo i ciepłe napoje w równie rozsądnych cenach.
08 marca 2006, 21:13:45 :: komentarze (136)
up