1. dawno temu, kiedy nie było jeszcze blogów, rekordy popularności święciła amerykańska koszykówka, a narkotyki dzieliły się na ten miękki i ten twardy - działałem na tak zwanej scenie. komputerowej. kto wie o czym mowa, ten wie; kto nie wie, temu nie czas i miejsce wyjaśniać: ważne, że na tej scenie prowadziłem magazyn zatytułowany
diarrhea, z podtytułem
bluzgmag. jak sama nazwa wskazuje -
diarrhea wypełniona była bluzgami, tj. krótkimi formami prozatorskimi o charakterze paszkwili (a. paszkwilów), szkalujących w przemyślny sposób wszystkich, którzy tylko podpadli tym, owym, albo mnie osobiście. ataki były bezpardonowe i jadowite jak wywar z ptaszników, a ofiary konały widowiskowo wśród powszechnych szyderstw i docinków. zresztą może nie do końca tak to wyglądało, skoro z czasem zaczęły się mnożyć ciche prośby o zbluzganie - okazało się bowiem, że porządny, personalny atak na łamach
diarrhei był niejako potwierdzeniem wysokiego statusu atakowanego. a same ataki obliczone były raczej na wzbudzenie niewinnej wesołości czytelnika niż na wyrządzenie krzywdy komukolwiek. zazwyczaj, bo kilkukrotnie zdarzyło mi się (przypominam, że rzecz działa się w epoce przedinternetowej!) prowadzić potężne
flame wars. te były najpiękniejsze: furda szachy, furda brydż; kiedy przystępowało się do totalnej wojny z żywym przeciwnikiem, którego należy zniszczyć, zmiażdżyć i w pył zetrzeć samą tylko słów siłą, o - wtedy pojawiał się ów rozkoszny dreszcz, który zapewne odczuwał swego czasu także karol kot i jeszcze kilku innych. cała zabawa była tym przyjemniejsza, że językiem ojczystym posługiwałem się w miarę swobodnie, a prostą zasadę, że wygrywa ten, kto przewiduje ruchy przeciwnika, odkryłem szybko; podobnie jak kilka innych cennych reguł, które wiele lat później, ku swemu zdziwieniu, odnalazłem w postaci skatalogowanej w
erystyce schopenhauera.
przydługi ten wstęp, oprócz walorów typowych dla partyzanckich opowieści, ma pewien sens dodatkowy; wówczas właśnie zorientowałem się, że znakomitym manewrem jest odnalezienie jakiegoś drobiazgu, który, ustawiony we właściwym miejscu i naświetlony odpowiednio, wydaje się być karygodnym błędem. cała sztuka polega na tym, żeby wybrać element choćby i nieznaczący, ale niepodważalny i bezdyskusyjny. w najprostszym i najpopularniejszym w dobie internetu wariancie system sprowadza się do przekonującego, wieloakapitowego dowodzenia oponentowi, że jest zatwardziałym, radykalnym idiotą, który dla dobra ogółu powinien zostać poddany przymusowej kastracji, dekapitacji i kremacji (w dowolnej kolejności); znakomitym argumentem bazowym może być, powiedzmy, błąd w pisowni zaimka
mój, umieszczonego gdzieś w wypowiedzi dotyczącej, dajmy na to, fizyki kwantowej albo wysublimowanych zagadnień z zakresu ekonomii liberalnej.
tyle, że, no właśnie - wybrany detal należy uprzednio sprawdzić pięciokrotnie i starannie rozważyć jego przydatność; argument musi bowiem być, jako się rzekło, niepodważalny. wszystko to przypomniało mi się niedawno, kiedy kilka osób równolegle, niekiedy na forum publicznym, a niekiedy w korespondencji prywatnej, wytknęło mi używanie w książce formy
patrzałem. której to formy użycie implikuje w sposób oczywisty mój status zatwardziałego, radykalnego idioty, który dla dobra ogółu - i tak dalej. sęk w tym, że - wbrew pochopnym osądom - forma
patrzałem jest poprawna jak, nie przymierzając, poprawność polityczna. w języku polskim istnieją dwie równoległe formy czasownika oznaczającego kierowanie wzroku na kogoś, coś:
patrzyć (stąd
patrzyłem) i
patrzeć (konsekwentnie:
patrzałem). owszem, zazwyczaj w bezokoliczniku częściej używa się drugiej formy, a w formach czasu przeszłego - pierwszej; nie zmienia to jednak faktu, że obie są całkowicie poprawne. i równoprawne. do
patrzyłem próbowała mnie przekonać jedna była narzeczona, próbował korektor; gdybyż to był choć archaizm, o wyrazie gwarowym nie wspominając, ustąpiłbym niechybnie - ale jeżeli rzecz cała sprowadza się do przyzwyczajenia większości to, proszę państwa, to zupełnie nie jest ta piosenka. jeszcze długo, długo nie - a później wcale.
2. kontrowersja druga pojawiła się w komentarzach
gadugadu.blog.pl - zarzucono mi mianowicie, że skasowałem dyskusję dotyczącą papieża, jaka toczyła się się tamże przed rokiem; i w ogóle zmieniłem diametralnie poglądy, żeby mi książka wyszła bardziej radykalna. nie bardzo. co pisałem na ten temat przed rokiem - można sprawdzić
tutaj. ciekawi mnie skądinąd czy autorzy komentarzy zamieszczonych pod tamtą notką mogliby je dzisiaj powtórzyć z równym przekonaniem.
3. w tym miejscu ładnie zabrzmiałby zwrot, powiedzmy,
zaskakującym jest, albo
szczerze mnie dziwi - tyle, że ani nie jest dla mnie zaskakującym, ani mnie nie dziwi specjalnie. mówiąc szczerze: jeżeli coś mnie dziwi - to że co drugi zaledwie recenzent książki łyknął jak ten młody pelikan na wiosnę kluczowy fragment ostatniej sceny, w którym maro składa czersowi zlecenie na napisanie książki. kiedy ów fragment pisałem byłem święcie przekonany, że nie sposób go nie zrozumieć; na szczęście wkrótce potem przemnożyłem swoje święte przekonanie przez recenzencką stałą wołowa (wołow to ten uczony radziecki, który wynalazł dupę - stąd
dupa wołowa) i pożegnałem się z nadzieją. zgodnie z przewidywaniami - jak tekstem otwartym stoi, że złożono zlecenie, to na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy zadali sobie pytanie po co ja właściwie taki fragment umieściłem, strzelając sobie tym samym - wydawać by się mogło - w stopę. jak już który się zastanowił, to mu wychodziło niemalże natychmiast: po pierwsze - żeby pokazać, że nie ma sprawiedliwych, a za sznurki w teatrzyku ciągnie kto może, starając się ugrać ile może; po drugie - żeby zasygnalizować, że cała hucpa jest raczej pretekstem tylko do nieco innej historii, którą trzeba było wszyć w tę zakładaną odgórnie. ku mojemu zaskoczeniu znaleźli się więc tacy, którzy to kluczowe pytanie sobie postawili; pozostali rzucili się radośnie na ów fragment, wysuwając go z ramienia na czoło, podkreślając i otaczając obwódką. niezmierzone są pokłady ludzkiej niekumacji.
skądinąd raz jeden tylko się skrzywiłem, a palce dłoni prawej drgnęły ku środkowi. najbardziej zawziętym recenzentem okazał się ten, który na mój rozum powinien właśnie słowem się jednym nawet nie zająknąć, żeby nie ściągać na siebie podejrzeń, że mści się jako persona sportretowana prawdziwie, a niezbyt korzystnie; ów machnął recenzje do trzech czasopism, przy czym przy trzeciej trafił mnie szlag. w trzeciej bowiem stało jak następuje: czerski jako ta hiena rzucił się na temat papieski z pobudek merkantylnych, w celu osiągnięcia błyskawicznych i znaczących korzyści finansowych (w sugerowanym domyśle: i niechże mu ta fortuna z grobu wykopana stanie w gardle ością). przeliczyłem fortunę - zero koma zero zero na koncie, pięćdziesiąt trzy grosze w portfelu, a po ludziach siedemset trzydzieści złotych. długów. rozdrażnienie nie trwało jednak długo - piętnaście minut później dostałem zaległe, stuzłotowe honorarium z tego samego pisma, które wydrukowało recenzję trzecią i którego filarem jest ów recenzent - nic mnie tak nigdy nie bawiło jak te małe absurdy nasze powszednie.
4. z zupełnie innej beczki: kto nie widział dotąd drugiej części
nagiego instynktu, ten niech nie ogląda. według zapowiedzi sequel miał być wielkim come backiem sharon stone, kreującej postać zniewalająco uwodzicielskiej i emanującej dojrzałym seksapilem pisarki z negatywnymi w sensie ontycznym zapędami demiurgicznymi. come back trwa półtorej godziny z okładem; w tym czasie sharon pali dwie sztangi fajek, ze trzy razy pokazuje biust zdradzający ponadnormatywną zawartość żywic silikonowych, a w przerwach pomiędzy pokazywaniem stara się być zniewalająco uwodzicielska na sposób, który każdego normalnego faceta dopinguje do wygłoszenia uwagi typu
ty, laska, ale weź zacznij mówić po ludzku, bo jak tak stękasz to mi wątek ucieka. mówiąc krótko - postać niewątpliwie szalenie interesująca, o ile jest się akurat z zawodu konserwatorem zabytków. pieniądze zaoszczędzone na bilecie do kina można przeznaczyć na zakup zestawu
nowy detektyw plus
wamp - nie tylko zysk estetyczny, ale i korzyść finansowa.
5. za tych siedemset złotych, które jestem winny ludziom, podróżowałem po kraju; podróże kształcą - w bytomiu zapoznałem się ze
wściekłymi liskami, w poznaniu zwiedzałem
galerię pies w porze późnownocnej, a w pociągu z warszawy nawiązałem znajomość z bramkarzem, który grał na wszystkich szczeblach rozgrywek piłkarskich, z testów w wiśle kraków trafiając do ligi trzeciej, stamtąd do drugiej, a z drugiej do czwartej, sunąc zygzakiem przez tabele i regiony. bramkarz opowiedział mi o przekrętach w piłce nożnej, ja jemu o przekrętach w literaturze, po czym obaj zasępiliśmy się mocno - dotarło do nas bowiem, że jeżeli on wie, że jego branża tonie w gównie i ja wiem, że moja branża tonie w gównie, to, zgodnie z nieśmiertelną zasadą indukcji, gdyby przepytać konduktora, dyrektora albo policjanta - też powiedziałby, że jego branża w gównie tonie. a te branże razem poskładane, jedna, druga, trzecia i sto ósma - to co one są, jeśli nie nasza polska właśnie?
podróże kształcą, jednak nie ma jak w domu; proszę sobie wyobrazić - gdańsk, północ, sklep monopolowy w tunelu. sceną są schody; występują nogi męskie w wieku pomiędzy dwadzieścia a dwadzieścia pięć, nogi damskie w wieku pomiędzy osiemnaście a dwadzieścia, oraz postaci inne, wprowadzane w miarę potrzeb. nogi męskie nacierają na nogi damskie, sugerując im w sposób zwięzły i szlachetnie lakoniczny niewłaściwe prowadzenie się oraz generalnie wkurwianie. nogi damskie odkrzykują zadziornie do nóg męskich, zwracając się do nich per
ty chuju ty. z monopolowego głowę wystawia sprzedawca, lat około dwudziestu, łysy, w bluzie lechii i z twarzą intensywnie domagającą się co najmniej pięcioletniego wyroku bezwarunkowego; ów, chichocząc nieustannie, doradza nogom męskim:
jedziesz jom, kurwe! krótko z dziwkom! - a nogom męskim nie powtarzać: rozlega się więc kląśnięcie świadczące o tym, że niewidoczne uzupełnienie nóg damskich właśnie zgarnęło z tak zwanego liścia, a następnie kląśnięcie wtóre świadczące o liściu zwrotnym ze strony nóg damskich, które dodatkowo rozbijają z impetem butelkę o stopnie, zalewając połowę przejścia migotliwą, że tak powiem, powodzią połyskliwych odłamków.
zajebiście, nie? - pyta sprzedawca chichocząc i zacierając ręce,
no, potwierdza kolejka klientów.
lepsze niż kurwa klan i plebania razem wziente, chichocze dalej sprzedawca, zacierając ręce coraz szybciej.
no, potwierdza kolejka. nogi męskie w dalszym ciągu
jadom jom, kurwe werbalnie, nogi damskie też nie od tego, kląśnięcia rozlegają się miarowo; brakuje tylko wygodnego fotela, piwa i czipsów. sielanka trwa czas jakiś, po czym sprzedawca nagle przestaje chichotać i mrucząc
dobra, czas popracować wyciąga zza kontuaru kij bejsbolowy kaliber pięćdziesiąt i, chowając go za sobą jak goździka w marcu, wkracza na scenę, przeobrażając się w nogi męskie drugie, w spodniach dresowych. świeżo wprowadzone nogi męskie drugie nacierają na nogi męskie pierwsze, kolejka ustawia się karnie, nogi damskie drugie próbują, zdaje się, atakować nogi męskie drugie - ale w obliczu drewnianego goździka kapitulują; czuła scena miłosna kontynuuowana będzie nieco dalej. kurtyna.
tutaj tak codziennie? - pytam sprzedawcy kiedy podaje mi litr krupniku;
codziennie? - chichocze ów -
gościukurwacogodzina! copół! nie ma lepszej kurwa pracy ci mówie.
6. o spotkanej trzy dni później w innej części gdańska kobiecie, która głosem donośnym i doskonale monotonnym wieszczyła gasnącemu blokowisku, że
pan roztworzy niebo i pośle na ziemię nieprzebrane zastępy gumowych kaczuszek - o niej pisać już mi się nie chce, dlatego poprzestanę na uwadze technicznej: lada moment będę wymieniał szablon, co może zaowocować przerwami w dostawie, chociaż wcale nie musi. dobranoc.