moja droga,

pozwalam sobie zacząć ten krótki list do ciebie w taki sposób, z taką oto bolesną, gorzką przewrotnością; właśnie dzisiaj bowiem zrozumiałem aż nazbyt dobrze, jak droga jesteś.

przyznam szczerze (bo tylko naiwna, dziecięca nieomal szczerość może nas uratować - jeżeli w ogóle cokolwiek może jeszcze nas uratować), że nie spodziewałem się tego po tobie. nie spodziewałem się tego, mimo, że dawno już przeminęła pierwsza miłość, szalona i ufna, która skazy nie widzi i wad nie dostrzega. tylko ja wiem, jak bolesne było rozczarowanie, kiedy przyłapałem cię raz i drugi bez makijażu, bez tej grubej warstwy różu na chorobliwie bladej twarzy; różu, którym zwykłaś maskować proste rysy, opadający podbródek, podkrążone z przepicia oczy i głębokie bruzdy wokół ust. tylko ja wiem, jak wiele nocy spędziłem bezsennie, próbując zdławić w sobie to przejmujące poczucie, że zostałem oszukany - i jak wiele wysiłku kosztowało mnie wmówienie sobie, że miłość wymaga poświęceń.

i wmówiłem sobie wreszcie, i trwałem przy tobie wiernie, cichy i pokorny; trwałem przy tobie, chociaż swoimi wdziękami obdarzałaś tak chętnie innych. a, powiedzmy sobie otwarcie, nie byłaś wybredna. dzisiaj wielu z nich jest już daleko - spotkali piękniejsze i czulsze, i nie zastanawiali się długo, i tylko pocztówki przysyłają na święta. ja wiernie trwałem przy tobie, z tobą, w tobie, przez tak długi czas; bywało nam lepiej, kiedyśmy kochali się ze sobą na brudnych dworcach, nad jeziorami i na poboczach dróg - bywało też gorzej. właściwie od dawna już bywało tylko gorzej. od dawna już bywało źle i nawet ja, tak wierny i cichy, nawet ja nie ustrzegłem się myśli, że są przecież inne, że nie jesteś jedyna na świecie. ale trwałem, na przekór wszystkiemu.

i tak, mimo wszystko nie spodziewałem się tego po tobie. po tylu pięknych dniach, tylu wspólnych wspomnieniach, tylu czułych obietnicach, tylu zaklęciach najświętszych - po tym wszystkim wystawiasz mi rachunek. ty nie prosisz, ty żądasz: tyle i tyle, do dnia tego i tego. ta sucha rzeczowość jest chyba najbardziej bolesna; myśl, że wszystko, co było między nami, potrafisz przeliczyć na pieniądze, uwiera nieznośnie i pali mnie gdzieś tam, w środku.

tak, przyznaję - czasami dawałaś mi to i owo, parę groszy, albo drobne prezenty. być może nie powinienem był ich przyjmować, ale pamiętaj, że nigdy cię o nic nie prosiłem i nigdy nie byłem twoim utrzymankiem. dawałaś z własnej woli, kiedy akurat przyszła ci na to ochota, kiedy akurat miałaś taką fantazję. bo też fantazję to ty miałaś zawsze, jak mało która.

dziś żądasz pieniędzy. ja wiem, ty masz swoje potrzeby. to przecież musi kosztować, opłacenie tych wszystkich dziarskich chłopców, których znam lepiej, niż mógłbym chcieć. niejeden raz mnie szarpali, niejeden raz przykładali mi do twarzy pięści i rzucali mnie na ziemię, wiedząc, że im nie oddam. wiedząc, że nie odkrzyknę nawet, że nie cisnę im w twarz przekleństwa - bo jakże mógłbym przeklinać kogoś, kto przychodzi w twoim imieniu?

chcesz moich pieniędzy, nie bacząc na to, że nie mam choćby grosza. żyję za pożyczone; oto, do czego doprowadziła mnie ta wielka miłość, to uparte trwanie przy tobie i dumne odrzucanie propozycji od innych. nie jestem w końcu taki młody; wiedziałaś dobrze, że z każdym miesiącem sztywnieje mi język i maleją szanse na ułożenie sobie życia bez ciebie. a jednak grałaś, wciąż grałaś, wciąż mamiłaś mnie tym swoim uśmiechem - i dopiero dzisiaj zdarłaś maskę, jednym szybkim gestem.

pieniądze, oto czego ode mnie chcesz. i tak, oczywiście, zapłacę ci, zapłacę co do grosza - ale wiedz, polsko, że niesmak pozostanie. niesmak pozostanie.
29 kwietnia 2006, 23:20:28 :: komentarze (129)
nie chce mi się wypowiadać. nie chce mi się o gejach, nie chce mi się o nowym dzienniku, nie chce mi się o dojeżdżaniu do pracy, nie chce mi się o tak zwanej blogosferze. w niedzielę zapiłem i mam ochotę jeszcze. ale też mi się nie chce; to znaczy - chce mi się pić, napić, w sensie: być już w trakcie, i to w zaawansowanym trakcie, ale żeby coś ten, żeby zorganizować, żeby gdzieś pójść, do sklepu chociaż, żeby kupić, żeby nalać, żeby do ust podnosić i przełykać - to już nie. więc nie idę, nie kupuję, nie nalewam --

na pytanie gdybyś miał się utożsamić z jakimś zwierzęciem, to jakie wybrałbyś? odpowiadam psa, takiego dużego i chorego, który leży na podłodze; i wie pan, on tak patrzy, te oczy ma takie, wie pan. pan chyba nie wiedział; pan był trenerem po kursie nlp i pan się zaprogramował na sukces, przeprogramował z intro- na ekstra-, pan sobie przyprogramował nosek i ręce unosił wciąż w słynnym geście otwarcia, ażebyśmy podświadomie mu ufali, kiedy nam opowiadał o tajnikach prowadzenia negocjacji handlowych. pan się nagrywał na dyktafon, żeby później móc siebie ocenić i siebie udoskonalić na zasadzie sprzężenia zwrotnego; pan powtarzał świetnie, okej po każdej naszej wypowiedzi, takim tonem jak w amerykańskich filmach to mówił, i tylko żyłka mała panu drgała niekiedy, i po tej żyłce można było poznać, że najchętniej wszystkich nas pozabijałby i darłby nasze mięso zębami i pluł nam strzępkami tego mięsa do martwych ust - ale to tylko ta jedna żyłka mała, która sobie troszkę drgała, i którą niełatwo było dostrzec pośród feerii przyjaznych uśmiechów i wzbudzających zaufanie gestów. nie można go winić za to wszystko, bo to jest jego dżob i on ten dżob traktuje poważnie. on od tego jest, żeby nas nauczyć jak rozmawiać z klientem, żeby temu klientowi było dobrze, bo jak dobrze będzie klientowi, to klient kupi - i tuśmy go czekali. ja to wszystko naprawdę rozumiem, ale nie umiem sobie nie zadawać w myślach pytania czy on się nie wstydzi, ten człowiek, czy on się nie wstydzi każdego dnia rano, kiedy patrzy w lustro przy goleniu, i czy on się nie wstydzi kiedy układa usta do uśmiechu numer dwadzieścia jeden, i czy on się nie wstydzi, kiedy powtarza w samochodzie a, e, i, o, u, a, e, i, o, u, bo powtarzanie a, e, i, o, u rozgrzewa właściwe mięśnie, i twarz łatwiej się wtedy układa w uśmiechu numer trzydzieści pięć, a głos dźwięczniejszy się staje i bardziej wiarygodny, i łatwiej jest wówczas sprzedać klientowi produkt, czyli osiągnąć sukces. osiągnąć sukces, czyli spełnić się jako człowiek. więc ja sobie zadaję takie pytanie, czy on się tego nie wstydzi. czy on się siebie nie brzydzi. czy kiedy on myśli o sobie, to czy czasami nie miewa takiego nagłego skurczu żołądka, po którym trzeba zacisnąć krtań, żeby nie narzygać na własne buty. bo ja tak - i dlatego chciałbym wiedzieć co on myśli, jaka religia powstrzymuje go przed szaleństwem. nad tym się zastanawiam, ale nie mówię nic, ani słowa: błogosławieni cisi, albowiem umieją przynajmniej zamknąć mordę --

a w czwartek jadę do szczecina. a w maju jadę do krakowa i do częstochowy, i do torunia, do włocławka i do olsztyna. jeżdżę pociągami; w pociągach śmierdzi, w pociągach wszystko przesiąknięte jest tym lepkim, brudnym zapachem, mieszaniną potu, lizolu, zatęchłej wilgoci, alkoholu, moczu i dymu z papierosów. i wymiocin, śluzu pochwowego oraz ran ropiejących. oraz delikatnej nuty bławatków, lawendy albo orzeźwiającej mięty. bławatki w wagonach pierwszym i drugim, lawenda w trzecim, a mięta w czwartym i piątym, licząc od czoła składu. i tak przez pięć godzin, albo siedem, a później siada się za stołem; należy mieć przy tym przyjemny wyraz twarzy i generować zdania sensowne w treści i możliwie błyskotliwe w formie; nawet, jeżeli na sali siedzi niespodziewanie kochanka, były chłopak obecnej dziewczyny, przyszły chłopak byłej dziewczyny, niedoszły chłopak przyszłej dziewczyny, obecny chłopak przyszłego chłopaka niedoszłej dziewczyny i była dziewczyna byłej dziewczyny byłego chłopaka byłej dziewczyny. a potem jakaś idiotka stwierdzi, że autor był zblazowany, bo nie był wyluzowany. albo że autor demonstracyjnie upił się w knajpie wieczorem, co za fatalna poza. a autor, znając autora, nerwowo spoglądał na zegarek, zastanawiając się czy zdąży się nawalić dostatecznie, żeby zasnąć snem kamiennym, bo zasadniczo na trzeźwo w obcym miejscu oka nie zmruży, a rano trzeba złapać kolejny pociąg pachnący bławatkami. a ciepłej wody nie ma. a na śniadanie nie było czasu i na obiad też. i właściwie zupełnie nie wiadomo co miałoby być przyjemnego w tym jeżdżeniu; coś jednak być musi, skoro tylu durniów zielenieje z zawiści. miliony much w końcu nie mogą się mylić --

i jeszcze, że mam słabą pamięć do twarzy. ludzi pamiętam, tylko twarzy nie. to nie jest dobre, bo ludzie czują się nieprzyjemnie, kiedy ktoś ich nie pamięta; tymczasem ja nie pamiętam tylko twarzy, więc kiedy ktoś do mnie podchodzi i mówi cześć, czerski to staram się wyglądać, jakbym poznał i jestem jeszcze bardziej miły, serdeczny i uprzejmy niż zwykle. czasami po dwóch minutach rozmowy w ciemno przypominam sobie, że to przecież dawna koleżanka, kolega z równoległej klasy, albo zięć szwagra kuzyna sąsiada - i wtedy witam się po raz drugi, co zresztą rozmówcę w oczywisty sposób dziwi; a czasami nie przypominam sobie i co najwyżej jest w mózgu jakieś łaskotanie, że te kształty znajome są, że ktoś gdzieś kiedyś podobnie się uśmiechał, albo tak samo unosił brwi. dlatego ja mam taką prośbę, szczególnie do tych państwa, którzy w piątej minucie dopiero wyjaśniają, że są czytelnikami bloga, albo książki, albo wierszy, i że nigdy wcześniej się nie widzieliśmy - żeby państwo mówili to od razu, na dzień dobry, bo to mi naprawdę ułatwi. proszę mnie dobrze zrozumieć - ja nie mówię, żeby do mnie nie rozmawiać; a tylko, żeby mi ułatwić --

najlepsze podania dostaje się nie w tempo.
26 kwietnia 2006, 00:30:25 :: komentarze (66)
od teraz będzie tak, a za jakiś czas także inaczej, do wyboru. tak jak kiedyś już nie będzie (bo nigdy już nie będzie tak, jak kiedyś); blogi boczne, poza jednym, straciły rację bytu.

uwagi dodatkowe:

1. miał być xhtml 1.1, ale nie jest, bo okazało się, że xhtml 1.1 chwilowo przeciętnie nadaje się do wykorzystania praktycznego; gotowy kod sprawdzony walidatorem ujawnił, że może on i stał przez chwilę koło xhtml 1.1, ale było to krótko i nieprawda. skończyło się więc na xhtml 1.0 transitional - póki co też wyłącznie w sferze deklaracji, ze względu na treść starszych notek, zawierających ampersandy i niepozamykane znaczniki pojedyncze; za jakiś czas dojdziemy jednak do poprawnego xhtml 1.0.

2. mozilla firefox 1.5.0.2 i opera 8.5 wyświetlają stronę poprawnie; internet explorer 6.0.2800 prawie poprawnie, o czym wspominam jednak wyłącznie z kronikarskiego obowiązku. umówmy się, że używanie explorera to gruby nietakt i nawet nie dopuszczam myśli, że mogliby go państwo popełnić.

3. odnośniki, poprzednio wyposażone w atrybut target="_blank", obecnie otwierają się domyślnie w tym samym oknie; należy więc albo używać środkowego klawisza myszy (otwieranie w nowej zakładce) albo ten sam efekt uzyskiwać poprzez naciskanie prawym i wybieranie odpowiedniej pozycji menu.

4. fotografie z archiwum są często zdeformowane, ze względu na ograniczenie miejsca w poziomie i zastosowanie atrybutu max-width. za jakiś czas sytuacja nieco się poprawi, bo dodam funkcję javascriptu skalującą zbyt duże zdjęcia w obu wymiarach via document object model. jakość skalowania obrazków przez przeglądarki pozostawia wiele do życzenia, ale przynajmniej proporcje będą właściwe.

5. blogi cblog, news i link zostały zlikwidowane, pojawił się natomiast jeden nowy, zawierający terminy spotkań.

6. nawigacja jest prosta - pasek główny na początku, a pod poszczególnymi blokami strzałki skierowane w górę (skok do początku dokumentu) albo w prawo (powrót z komentarzy).

7. kolejne zmiany będą wprowadzane sukcesywnie; jedną z najważniejszych będzie dodanie autentykacji przy wysyłaniu komentarzy. captcha nie jest fajna, ale spamboty są jeszcze bardziej niefajne.

8. wszelkie uwagi, informacje o błędach i pomysły racjonalizatorskie są oczywiście mile widziane.

to chyba tyle. na koniec - podziękowania dla brut[all]-a i lato_p za pomoc przy tworzeniu arkuszy css.
18 kwietnia 2006, 18:59:40 :: komentarze (86)
1. dawno temu, kiedy nie było jeszcze blogów, rekordy popularności święciła amerykańska koszykówka, a narkotyki dzieliły się na ten miękki i ten twardy - działałem na tak zwanej scenie. komputerowej. kto wie o czym mowa, ten wie; kto nie wie, temu nie czas i miejsce wyjaśniać: ważne, że na tej scenie prowadziłem magazyn zatytułowany diarrhea, z podtytułem bluzgmag. jak sama nazwa wskazuje - diarrhea wypełniona była bluzgami, tj. krótkimi formami prozatorskimi o charakterze paszkwili (a. paszkwilów), szkalujących w przemyślny sposób wszystkich, którzy tylko podpadli tym, owym, albo mnie osobiście. ataki były bezpardonowe i jadowite jak wywar z ptaszników, a ofiary konały widowiskowo wśród powszechnych szyderstw i docinków. zresztą może nie do końca tak to wyglądało, skoro z czasem zaczęły się mnożyć ciche prośby o zbluzganie - okazało się bowiem, że porządny, personalny atak na łamach diarrhei był niejako potwierdzeniem wysokiego statusu atakowanego. a same ataki obliczone były raczej na wzbudzenie niewinnej wesołości czytelnika niż na wyrządzenie krzywdy komukolwiek. zazwyczaj, bo kilkukrotnie zdarzyło mi się (przypominam, że rzecz działa się w epoce przedinternetowej!) prowadzić potężne flame wars. te były najpiękniejsze: furda szachy, furda brydż; kiedy przystępowało się do totalnej wojny z żywym przeciwnikiem, którego należy zniszczyć, zmiażdżyć i w pył zetrzeć samą tylko słów siłą, o - wtedy pojawiał się ów rozkoszny dreszcz, który zapewne odczuwał swego czasu także karol kot i jeszcze kilku innych. cała zabawa była tym przyjemniejsza, że językiem ojczystym posługiwałem się w miarę swobodnie, a prostą zasadę, że wygrywa ten, kto przewiduje ruchy przeciwnika, odkryłem szybko; podobnie jak kilka innych cennych reguł, które wiele lat później, ku swemu zdziwieniu, odnalazłem w postaci skatalogowanej w erystyce schopenhauera.

przydługi ten wstęp, oprócz walorów typowych dla partyzanckich opowieści, ma pewien sens dodatkowy; wówczas właśnie zorientowałem się, że znakomitym manewrem jest odnalezienie jakiegoś drobiazgu, który, ustawiony we właściwym miejscu i naświetlony odpowiednio, wydaje się być karygodnym błędem. cała sztuka polega na tym, żeby wybrać element choćby i nieznaczący, ale niepodważalny i bezdyskusyjny. w najprostszym i najpopularniejszym w dobie internetu wariancie system sprowadza się do przekonującego, wieloakapitowego dowodzenia oponentowi, że jest zatwardziałym, radykalnym idiotą, który dla dobra ogółu powinien zostać poddany przymusowej kastracji, dekapitacji i kremacji (w dowolnej kolejności); znakomitym argumentem bazowym może być, powiedzmy, błąd w pisowni zaimka mój, umieszczonego gdzieś w wypowiedzi dotyczącej, dajmy na to, fizyki kwantowej albo wysublimowanych zagadnień z zakresu ekonomii liberalnej.

tyle, że, no właśnie - wybrany detal należy uprzednio sprawdzić pięciokrotnie i starannie rozważyć jego przydatność; argument musi bowiem być, jako się rzekło, niepodważalny. wszystko to przypomniało mi się niedawno, kiedy kilka osób równolegle, niekiedy na forum publicznym, a niekiedy w korespondencji prywatnej, wytknęło mi używanie w książce formy patrzałem. której to formy użycie implikuje w sposób oczywisty mój status zatwardziałego, radykalnego idioty, który dla dobra ogółu - i tak dalej. sęk w tym, że - wbrew pochopnym osądom - forma patrzałem jest poprawna jak, nie przymierzając, poprawność polityczna. w języku polskim istnieją dwie równoległe formy czasownika oznaczającego kierowanie wzroku na kogoś, coś: patrzyć (stąd patrzyłem) i patrzeć (konsekwentnie: patrzałem). owszem, zazwyczaj w bezokoliczniku częściej używa się drugiej formy, a w formach czasu przeszłego - pierwszej; nie zmienia to jednak faktu, że obie są całkowicie poprawne. i równoprawne. do patrzyłem próbowała mnie przekonać jedna była narzeczona, próbował korektor; gdybyż to był choć archaizm, o wyrazie gwarowym nie wspominając, ustąpiłbym niechybnie - ale jeżeli rzecz cała sprowadza się do przyzwyczajenia większości to, proszę państwa, to zupełnie nie jest ta piosenka. jeszcze długo, długo nie - a później wcale.

2. kontrowersja druga pojawiła się w komentarzach gadugadu.blog.pl - zarzucono mi mianowicie, że skasowałem dyskusję dotyczącą papieża, jaka toczyła się się tamże przed rokiem; i w ogóle zmieniłem diametralnie poglądy, żeby mi książka wyszła bardziej radykalna. nie bardzo. co pisałem na ten temat przed rokiem - można sprawdzić tutaj. ciekawi mnie skądinąd czy autorzy komentarzy zamieszczonych pod tamtą notką mogliby je dzisiaj powtórzyć z równym przekonaniem.

3. w tym miejscu ładnie zabrzmiałby zwrot, powiedzmy, zaskakującym jest, albo szczerze mnie dziwi - tyle, że ani nie jest dla mnie zaskakującym, ani mnie nie dziwi specjalnie. mówiąc szczerze: jeżeli coś mnie dziwi - to że co drugi zaledwie recenzent książki łyknął jak ten młody pelikan na wiosnę kluczowy fragment ostatniej sceny, w którym maro składa czersowi zlecenie na napisanie książki. kiedy ów fragment pisałem byłem święcie przekonany, że nie sposób go nie zrozumieć; na szczęście wkrótce potem przemnożyłem swoje święte przekonanie przez recenzencką stałą wołowa (wołow to ten uczony radziecki, który wynalazł dupę - stąd dupa wołowa) i pożegnałem się z nadzieją. zgodnie z przewidywaniami - jak tekstem otwartym stoi, że złożono zlecenie, to na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy zadali sobie pytanie po co ja właściwie taki fragment umieściłem, strzelając sobie tym samym - wydawać by się mogło - w stopę. jak już który się zastanowił, to mu wychodziło niemalże natychmiast: po pierwsze - żeby pokazać, że nie ma sprawiedliwych, a za sznurki w teatrzyku ciągnie kto może, starając się ugrać ile może; po drugie - żeby zasygnalizować, że cała hucpa jest raczej pretekstem tylko do nieco innej historii, którą trzeba było wszyć w tę zakładaną odgórnie. ku mojemu zaskoczeniu znaleźli się więc tacy, którzy to kluczowe pytanie sobie postawili; pozostali rzucili się radośnie na ów fragment, wysuwając go z ramienia na czoło, podkreślając i otaczając obwódką. niezmierzone są pokłady ludzkiej niekumacji.

skądinąd raz jeden tylko się skrzywiłem, a palce dłoni prawej drgnęły ku środkowi. najbardziej zawziętym recenzentem okazał się ten, który na mój rozum powinien właśnie słowem się jednym nawet nie zająknąć, żeby nie ściągać na siebie podejrzeń, że mści się jako persona sportretowana prawdziwie, a niezbyt korzystnie; ów machnął recenzje do trzech czasopism, przy czym przy trzeciej trafił mnie szlag. w trzeciej bowiem stało jak następuje: czerski jako ta hiena rzucił się na temat papieski z pobudek merkantylnych, w celu osiągnięcia błyskawicznych i znaczących korzyści finansowych (w sugerowanym domyśle: i niechże mu ta fortuna z grobu wykopana stanie w gardle ością). przeliczyłem fortunę - zero koma zero zero na koncie, pięćdziesiąt trzy grosze w portfelu, a po ludziach siedemset trzydzieści złotych. długów. rozdrażnienie nie trwało jednak długo - piętnaście minut później dostałem zaległe, stuzłotowe honorarium z tego samego pisma, które wydrukowało recenzję trzecią i którego filarem jest ów recenzent - nic mnie tak nigdy nie bawiło jak te małe absurdy nasze powszednie.

4. z zupełnie innej beczki: kto nie widział dotąd drugiej części nagiego instynktu, ten niech nie ogląda. według zapowiedzi sequel miał być wielkim come backiem sharon stone, kreującej postać zniewalająco uwodzicielskiej i emanującej dojrzałym seksapilem pisarki z negatywnymi w sensie ontycznym zapędami demiurgicznymi. come back trwa półtorej godziny z okładem; w tym czasie sharon pali dwie sztangi fajek, ze trzy razy pokazuje biust zdradzający ponadnormatywną zawartość żywic silikonowych, a w przerwach pomiędzy pokazywaniem stara się być zniewalająco uwodzicielska na sposób, który każdego normalnego faceta dopinguje do wygłoszenia uwagi typu ty, laska, ale weź zacznij mówić po ludzku, bo jak tak stękasz to mi wątek ucieka. mówiąc krótko - postać niewątpliwie szalenie interesująca, o ile jest się akurat z zawodu konserwatorem zabytków. pieniądze zaoszczędzone na bilecie do kina można przeznaczyć na zakup zestawu nowy detektyw plus wamp - nie tylko zysk estetyczny, ale i korzyść finansowa.

5. za tych siedemset złotych, które jestem winny ludziom, podróżowałem po kraju; podróże kształcą - w bytomiu zapoznałem się ze wściekłymi liskami, w poznaniu zwiedzałem galerię pies w porze późnownocnej, a w pociągu z warszawy nawiązałem znajomość z bramkarzem, który grał na wszystkich szczeblach rozgrywek piłkarskich, z testów w wiśle kraków trafiając do ligi trzeciej, stamtąd do drugiej, a z drugiej do czwartej, sunąc zygzakiem przez tabele i regiony. bramkarz opowiedział mi o przekrętach w piłce nożnej, ja jemu o przekrętach w literaturze, po czym obaj zasępiliśmy się mocno - dotarło do nas bowiem, że jeżeli on wie, że jego branża tonie w gównie i ja wiem, że moja branża tonie w gównie, to, zgodnie z nieśmiertelną zasadą indukcji, gdyby przepytać konduktora, dyrektora albo policjanta - też powiedziałby, że jego branża w gównie tonie. a te branże razem poskładane, jedna, druga, trzecia i sto ósma - to co one są, jeśli nie nasza polska właśnie?

podróże kształcą, jednak nie ma jak w domu; proszę sobie wyobrazić - gdańsk, północ, sklep monopolowy w tunelu. sceną są schody; występują nogi męskie w wieku pomiędzy dwadzieścia a dwadzieścia pięć, nogi damskie w wieku pomiędzy osiemnaście a dwadzieścia, oraz postaci inne, wprowadzane w miarę potrzeb. nogi męskie nacierają na nogi damskie, sugerując im w sposób zwięzły i szlachetnie lakoniczny niewłaściwe prowadzenie się oraz generalnie wkurwianie. nogi damskie odkrzykują zadziornie do nóg męskich, zwracając się do nich per ty chuju ty. z monopolowego głowę wystawia sprzedawca, lat około dwudziestu, łysy, w bluzie lechii i z twarzą intensywnie domagającą się co najmniej pięcioletniego wyroku bezwarunkowego; ów, chichocząc nieustannie, doradza nogom męskim: jedziesz jom, kurwe! krótko z dziwkom! - a nogom męskim nie powtarzać: rozlega się więc kląśnięcie świadczące o tym, że niewidoczne uzupełnienie nóg damskich właśnie zgarnęło z tak zwanego liścia, a następnie kląśnięcie wtóre świadczące o liściu zwrotnym ze strony nóg damskich, które dodatkowo rozbijają z impetem butelkę o stopnie, zalewając połowę przejścia migotliwą, że tak powiem, powodzią połyskliwych odłamków. zajebiście, nie? - pyta sprzedawca chichocząc i zacierając ręce, no, potwierdza kolejka klientów. lepsze niż kurwa klan i plebania razem wziente, chichocze dalej sprzedawca, zacierając ręce coraz szybciej. no, potwierdza kolejka. nogi męskie w dalszym ciągu jadom jom, kurwe werbalnie, nogi damskie też nie od tego, kląśnięcia rozlegają się miarowo; brakuje tylko wygodnego fotela, piwa i czipsów. sielanka trwa czas jakiś, po czym sprzedawca nagle przestaje chichotać i mrucząc dobra, czas popracować wyciąga zza kontuaru kij bejsbolowy kaliber pięćdziesiąt i, chowając go za sobą jak goździka w marcu, wkracza na scenę, przeobrażając się w nogi męskie drugie, w spodniach dresowych. świeżo wprowadzone nogi męskie drugie nacierają na nogi męskie pierwsze, kolejka ustawia się karnie, nogi damskie drugie próbują, zdaje się, atakować nogi męskie drugie - ale w obliczu drewnianego goździka kapitulują; czuła scena miłosna kontynuuowana będzie nieco dalej. kurtyna. tutaj tak codziennie? - pytam sprzedawcy kiedy podaje mi litr krupniku; codziennie? - chichocze ów - gościukurwacogodzina! copół! nie ma lepszej kurwa pracy ci mówie.

6. o spotkanej trzy dni później w innej części gdańska kobiecie, która głosem donośnym i doskonale monotonnym wieszczyła gasnącemu blokowisku, że pan roztworzy niebo i pośle na ziemię nieprzebrane zastępy gumowych kaczuszek - o niej pisać już mi się nie chce, dlatego poprzestanę na uwadze technicznej: lada moment będę wymieniał szablon, co może zaowocować przerwami w dostawie, chociaż wcale nie musi. dobranoc.
17 kwietnia 2006, 02:34:58 :: komentarze (42)
up