(all our base are belong to them and resistance is futile. oto przyszedł na ciebie czas, malinowy chłopcze, przyszedł czas na ciebie - więc stań z czołem jasnym i zapukaj do korporacji bram; i oby ci otworzyli. ponieważ ze wszystkich twoich zdolności liczy się tylko zdolność kredytowa. ponieważ piszesz książkę i musisz mieć dyktafon aparat notebooka kamerę na hotele na bilety na jedzenie. ponieważ ceny mieszkań rosną nieustannie. ponieważ one zawsze chcą wczasów zamorskich samochodów japońskich perfum francuskich. ponieważ masz swój plan. ponieważ wolność wymaga poświęceń. ponieważ zaprawdę słusznym i zbawiennym jest to wszystko, słusznym i zbawiennym, słusznym i zbawiennym.)


---
ps. adres czerski@liternet.pl skończył się na czas nieokreślony; obecnie obowiązujący podany jest w linku email na górze strony. osoby, które bezskutecznie próbowały się ze mną skontaktować w ciągu ostatnich dni proszone są o ponowne wysłanie wiadomości.
26 maja 2006, 00:01:22 :: komentarze (60)
kiedy wchodzę do wagonu barowego ona już tam siedzi i już jest śliczna, takie mam wrażenie, chociaż nie przyglądam się jej nawet, dostrzegając tylko kątem oka spódnicę koloru jasny brąz z wstawkami. zawsze lubiłem kobiety w spódnicach, prawie jak pan samochodzik, tylko on miał fetysz kwiecistych, a ja nie; więc kiedy tylko zauważam te jasne brązy z aplikacjami to od razu jestem pewny, że jest śliczna. chociaż ma duże okulary przeciwsłoneczne, a z takimi nigdy nic nie wiadomo - noszą te okulary i są śliczne, a później zdejmują i różnie to bywa. no więc mijam ją, opieram się o bar i mówię powoli: ja poproszę. nie wiem jeszcze co, ale poproszę - i to jest całkiem niezła kwestia, wypowiedziana głosem przyjemnie matowym, ze znaczącymi pauzami w odpowiednich miejscach i z takim specyficznym tembrem, zdradzającym człowieka, który poza pieniędzmi nie ma już nic do stracenia. widzę, że barman to rozumie, więc ona rozumie tym bardziej.

biorę w końcu kawę; oczywiście lepiej byłoby zażądać pięćdziesiątki czystej, ale to w końcu wars, a zresztą kawa też trucizna, więc - marny, bo marny - ale efekt jest. mieszam tę kawę, cukru dosypuję, wreszcie odwracam się niespiesznie - a tam, jak na złość, zwalnia się właśnie miejsce i żadnego uzasadnienia nie sposób znaleźć dla pani pozwoli, że się dosiądę? i dla dosiąścia, dosiądzenia się. nie dosiadam się więc, tylko zajmuję to miejsce najzupełniej niepotrzebnie wolne, i popijając kawę myślę o tym, że właściwie teraz, kiedy już usiadłem, mógłbym właśnie wstać sprężyście, podejść do niej i pani pozwoli? powiedzieć głosem zdecydowanym, choć wciąż pokrytym śniedzią zimnej rozpaczy; głosem, jakim o ostatniego papierosa prosi dowódcę plutonu facet, który trzy sekundy wcześniej odmówił założenia opaski na oczy. i usiąść naprzeciwko niej i po sekundzie powiedzieć pani jest bardzo ładna, na co ona skrzywiłaby się z niesmakiem - i tuśmy jej czekali, bo wtedy ja na tym samym oddechu dodałbym: proszę się nie krzywić. i jeszcze: pani myśli, że ja jestem pijany, albo że to moja standardowa, banalna odzywka, którą wygłaszam sześć razy dziennie szukając naiwnej. otóż nie, proszę pani, pani się myli, i to podwójnie. jestem przeraźliwie trzeźwy; piłem przez trzy dni, mocno piłem, czasami z takimi ludźmi, że nawet nie można się było oszukiwać, że chodzi o coś innego niż tylko o pretekst. ale dzisiaj nic. to po pierwsze. po drugie to nie jest żadna standardowa odzywka, bo ja, proszę pani, nigdy nie dosiadam się. ja, proszę pani, debiutuję w roli dosiadającego się. i jeżeli pani nie zechce ze mną pokonwersować, to ja mogę dostać urazu i już nigdy więcej do nikogo nie dosiąść się, i tym samym stracić szansę na poznanie gdzieś, kiedyś, jakiejś kobiety, która urodziła się właśnie po to, żebym ja się do niej dosiadł. więc niechże się pani rozchmurzy i porozmawia ze mną, niech pani to zrobi dla niej. tak sobie myślę pijąc kawę, ale nie wstaję sprężyście i nie dosiadam się - bo gdyby ona, zamiast skrzywić się z niesmakiem, uśmiechnęła się, albo podziękowała, albo zachichotała głupio; gdyby ona zepsuła taką ładną scenę, to nie umiałbym jej tego wybaczyć. i ona zauważyłaby, że zrobiła coś, czego jej nie wybaczę, i byłoby nieprzyjemnie.

w tym momencie do przedziału wchodzi jakiś facet, którego twarz jest dziwnie znajoma, a kiedy przez ułamek sekundy krzyżujemy spojrzenia drga mu lekko jakiś mięsień albo coś takiego, jakiś błysk pojawia się w oku; wygląda, jakby mnie poznał, ale nie kłaniam się, bo nie mogę sobie przypomnieć kim jest. i myślę o tym dobrych kilka minut, czy to jakiś pisarz, albo krytyk, albo może były wykładowca - i czy jest to jeden z tych pisarzy, krytyków i byłych wykładowców, których chciałbym rozpoznawać, czy jednak nie; bo w końcu spojrzeliśmy sobie w oczy i jeżeli to jest ktoś, komu chciałbym się ukłonić, to istniałoby ryzyko zbędnego afrontu. wszystko przez tę słabą pamięć do twarzy, myślę, i w tym momencie przypominam sobie: znam tę twarz z gazet i telewizji, bo to jest słynny jasnowidz. słynny jasnowidz siedzi za moimi plecami i jako jasnowidz wie już z pewnością, że ja już wiem - między nami więc wszystko załatwione. jedno, co mi się nie podoba, to że mu mięsień drgnął, albo coś w oku błysnęło. taki drgający mięsień i błyskające oko u jasnowidza to są objawy groźne i złowieszcze. zwłaszcza u takiego, który specjalizuje się w poszukiwaniu zwłok. i zwłaszcza, kiedy ja akurat mam plan, z tych, które wystarczają na całe lata; i o tym planie opowiadam wszystkim, szczególnie po pijaku, wywołując nerwowe uśmiechy z gatunku tak, tak, bardzo zabawne u osób darzących mnie pewną sympatią i pełne politowania spojrzenia wszystkich pozostałych, czyli znakomitej większości. którymi jednak nie przejmuję się, bo sam fakt posiadania planu, choćby takiego najgorszego, jest novum zupełnym, cennym i istotnym. w związku z czym, myślę sobie, jakieś drgnięcia i błyski są zupełnie nie na miejscu. zwłaszcza u jasnowidza od zleżałych trupów.

a tamta w spódnicy nie była wcale śliczna, okazało się. ładna, całkiem ładna, to wszystko.
15 maja 2006, 00:21:45 :: komentarze (87)
przemierzając dzisiaj bezdroża miasta rodzinnego pomyślałem o giertychu romanie. nie to, żeby giertych roman był jakimś szczególnie atrakcyjnym ziarnem do mielenia na żarnach rozumu, że tak powiem; czysty przypadek.

z giertychem romanem jest tak, że został ministrem edukacji, w związku z czym postępowa młodzież organizuje spontaniczne marsze protestu, skandując za giertycha edukacja zdycha. wprawdzie giertych roman nie zdążył jeszcze zapewne przybić sobie na drzwiach gabinetu plakietki z nazwiskiem, nie wspominając o dokonaniu choćby tyci-tyci malutkiego zamachu na edukację - ale nie od dziś wiadomo, że postępowa młodzież nie przywiązuje wagi do detali. całkiem słusznie: jak świat światem rzeczą postępowej młodzieży jest organizować marsze i skandować hasła - od zwracania uwagi na detale są lekarze, adwokaci, programiści i zegarmistrze.

giertycha romana nigdy specjalnie nie lubiłem. mówiąc ściślej - giertych roman jawi mi się jedną z bardziej odrażających postaci sceny politycznej i żywym zaprzeczeniem ogólnej zasady, że wysocy faceci są okej. giertych roman zdecydowanie nie jest okej.

tu jednak nie o osobiste sympatie idzie, ale o możliwie trzeźwą ocenę sytuacji. ta natomiast wydaje się przedstawiać następująco: giertych roman jest w ciężkiej panice i ani mu w głowie rewolucje oświatowe. święty spokój, oto czego mu potrzeba; święty spokój i dużo czasu - bo w razie wyborów w najbliższym czasie giertych roman jest politycznie trup.

w tej sytuacji ostatnią rzeczą na jaką go stać jest zabieranie się za programy nauczania i ściąganie sobie na łeb protestów postępowej młodzieży, podsycanych gorliwie przez równie postępowe medium moje ulubione, któremu nie jest wszystko jedno. giertych roman w życiu o żadnej kobiecie nie marzył równie intensywnie co o spokojnym przezimowaniu i zapchaniu nauczycielom gąb pięcioprocentową podwyżką. mnie jest giertycha romana prawie żal, jak tak o nim pomyślę.

to jest mańka pierwsza, wtóra natomiast jest następująca: załóżmy, że giertych roman bierze się jednak za reformy, wprowadza do programu wychowanie patriotyczne w wydaniu bogoojczyźnianym i używając białej magii sprawia, że jak polska długa i szeroka nauczyciele zaczynają ze łzami wzruszenia w oczach opowiadać młódzi naszej o ojców wierze, niepokonanej husarii, szarżach z szablami na czołgi - i tym orle, co tak biały, i tej ziemi, co krew puszcza, gdy ją w dłoni ścisnąć; i tak dalej. no i co? bo ja jakoś nadal problemu nie dostrzegam. nie żebym był szczególnie przywiązany do idei narodu; oczywiście w razie potrzeby za polskę chętnie oddam życie, co mi szkodzi - ale zasadniczo więź odczuwam z językiem, a nie z narodem czy państwem. natomiast wydawało mi się dotychczas, że w ukochanej naszej demokracji chodzi o pluralizm: żeby jeden z drugim poznał opcję taką i owaką - i dopiero wtedy wybierał co mu pasuje. tymczasem w dominującym, brzydka kurwa jego mać, dyskursie medialnym opcja jest jedna: taka bardziej antynarodowa. zwłaszcza wśród młodzieży. co nasuwa mi podejrzenie, że tu wcale nie chodzi o żaden zamach na wolność, ale o zwyczajne obawy, że jak edukacja zrobi się bardziej patriotyczna - to tak wyedukowana młodzież będzie bardziej odporna na naszą jedynie słuszną wizję tejże wolności. niedobrze.

tu dygresja - nie wiem, czy państwo zauważyli, ale moje ulubione medium niedawno samo wciągnęło na maszt banderę z orłem białym, bijąc w dzwony na alarm, że niemiecki kapitał wdziera się na nasz ojczysty, polski, krwią przodków uświęcony rynek prasowy. kto przeoczył - niech żałuje, bo można się było obśmiać jak norka. mówiąc na marginesie - dziennik springera wprawdzie podjeżdża miejscami tabloidem, ale, jak to się mówi: dziennik - półtora złotego; czytanie tekstów których autorzy nie próbują myśleć za ciebie - bezcenne.

tak właśnie myślałem sobie przemierzając bezdroża miasta rodzinnego. i pomyślałem na koniec, że wprawdzie wicepremier z dwoma wyrokami - to jakby mi ktoś w mordę dał; ale warto dostać po mordzie jeżeli jest choćby cień nadziei, że dzięki temu po wyborach samorządowych czerwoni znikną na zawsze w odmętach i tylko rozlana plama olejniczaka wskazywać będzie miejsce zatonięcia.

ps. furda giertych roman przy wiecheckim rafale.

ps. tym z państwa, którzy zastanawiają się, jaki związek z giertychem romanem ma johnny cash, cytowany w tytule notki, wyjaśniam: żadnego.
10 maja 2006, 00:14:32 :: komentarze (117)
up