jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości - wyjaśniam: oczywiście, że wczorajszy pomysł pięknego romana jest przegięciem pały i w moim rozumieniu pierwszym dowodem wystarczającym do natychmiastowego zdjęcia go z funkcji dozorcy edukacji. dotychczas mieliśmy do czynienia z pomysłami mniej lub bardziej udanymi (z reguły mniej, a nawet zawsze mniej), ale związanymi z realizacją pewnej wizji edukacji, wynikającej z określonego światopoglądu. światopoglądu, o czym pisałem kiedyś, rozbieżnego z moim, rozbieżnego jednak nie bardziej od propozycji lewicowych - w związku z czym traktowanego równoprawnie w ramach pluralizmu. decyzja wczorajsza - ogłoszenie amnestii maturalnej dla tych abiturientów, którzy skefili jeden egzamin, z pozostałych osiągając jakąśtam średnią - nie wynika natomiast z żadnej wizji światopoglądowej. szczerze powiedziawszy - trudno mi sobie w ogóle wyobrazić z czego wynikać mogłaby, wyłączając wyjątkowo niezdarny populizm, uprawiany z gracją słonia w magazynie fajansu.

rzecz jest oczywista - egzamin maturalny, zwany także egzaminem dojrzałości, jest egzaminem państwowym, przeprowadzanym według ustalonych odpowiednio wcześnie kryteriów. zaliczenie wszystkich składników egzaminu wiąże się z uzyskaniem świadectwa dojrzałości i prawa kontynuowania nauki na studiach wyższych. wszystko klarowne i logiczne; do wczoraj, wczoraj bowiem okazało się, że polska to taki kraj, w którym decyzją ministra edukacji ileś-tam tysięcy młodych ludzi skorzysta z amnestii od dojrzałości. decyzja ministra jest nawet umotywowana - wynika z głębokiej troski o naród; wielkie i czułe serce ministra nie może bowiem znieść wizji iluś-tam tysięcy zdrowych, młodych polaków zwijających się pierwszym samolotem na wyspy brytyjskie i tamże realizujących swoje pierwsze kroki w chmurach dorosłego życia. realizację których na miejscu uniemożliwić im miało pechowe potknięcie egzaminacyjne.

na usta ciśnie mi się w takim momencie jedynie sakramentalne gospodarka, głupku; kto ma spierdolić na saksy do jukeju, ten i tak spierdoli, jeden bez matury, inny z dyplomem uczelni wyższej. czy zaś zmywanie garów z maturą różni się jakościowo w sposób istotny od zmywania garów bez matury - nie wiem; ja sobie owej jakościowej różnicy nie umiem wyobrazić. potrafię sobie za to wyobrazić, chociaż jest to zadanie mocno nietrywialne, takie warunki gospodarcze, w których polska młodzież dokonawszy chłodnych obliczeń wybierze pozostanie na ojczyzny ciepłym łonie zamiast owego pomywania garów na wyspach brytyjskich. na wyspy zaś będzie ewentualnie podróżować weekendowo, skoro już uparła się zrobić z londynu drugą mekkę.

majstrowanie post factum przy regulaminie państwowego egzaminu jawi się natomiast oczywistym naruszeniem podstawowych zasad społecznego ładu, opartego na regułach jasno określonych i sumiennie przestrzeganych. życzeniowo opartego, oczywiście, bo jak przestrzegane są te reguły - widać doskonale choćby kiedy państwo przesuwa sukcesywnie wiek emerytalny; nie o tym jednak chciałem. chciałem raczej o tym, że według mojej najlepszej wiedzy posiadanie matury nie jest obowiązkowe. powtarzam: nie jest obowiązkowe. matura z definicji ma potwierdzać zakończenie etapu edukacji ogólnej i dokumentować zdobycie pewnego zakresu wiedzy z wybranych przedmiotów; nie ma takiej ustawy, która nakładałaby na obywatela obowiązek posiadania wiedzy ogólnej, ani rozporządzenia zmuszającego go do opanowania biologii, historii albo fizyki w jakimkolwiek zakresie szerszym od elementarnego. zresztą nawet obowiązek szkolny dotyczy uczęszczania do szkoły, a nie zdobywania wiedzy. mówiąc krótko - jeżeli obywatel ma fantazję nie zdać egzaminu maturalnego to jest to podstawowe i niezbywalne prawo obywatela. i jeżeli obywatel to prawo wykorzystał - bo na przykład jest zakamieniałym matołem albo przez cały rok nie miał melodii do nauki - to jest to wyłącznie jego sprawa.

w polsce, jak się okazuje, matura każdego matoła jest sprawą państwową i jako taka regulowana jest urzędowo, metodą relatywizacji, czyli wprowadzenia burdelu: jednego dnia nie zdać znaczy nie zdać, następnego nie zdać może oznaczać nie zdać, a może oznaczać zdać. co więcej, dla nieudanych maturzystów zeszłorocznych nie zdać nadal oznacza nie zdać - z czego wynika, że państwo nie traktuje obywateli w jednakowy sposób, dzieląc ich na tych bardziej uprzywilejowanych (według aktualnej nomenklatury nazewniczej - bardziej skrzywdzonych reformą systemu edukacji) i tych mniej uprzywilejowanych. na miejscu nieudanych maturzystów przyszłorocznych zorganizowałbym natychmiast po ogłoszeniu wyników rajd z kilofami na warszawę - dali przykład nam górnicy, jak zwyciężać mamy - może uda się wyszargać obniżenie progu do, powiedzmy, 30% łącznie z trzech dowolnie wybranych przedmiotów. albo w ogóle do zera.

jako, że głupoty chadzają zazwyczaj parami (co skądinąd w miesiącach letnich jest zjawiskiem łatwo zauważalnym gołym okiem), w bonus packu z amnestią maturalną minister zajawił drugi plan z tego samego metra cięty: wprowadzenie obowiązkowej matury z matematyki połączone z prawem do oblania jednego przedmiotu.

tego właściwie nie sposób skomentować, a już na pewno bez używania wyrazów którymi nie powinno się określać władz państwowych nawet w chwili głębokiego nikotynowego kryzysu związanego z rzuceniem palenia przed siedmioma dniami. a kto rzucał palenie ten wie, że efektem ubocznym jest nadzwyczajna zdolność generowania wyjątkowo ciężkostrawnych wiązanek, nie tylko obejmujących kompleksowo swoim zakresem treściowym cechy jednostkowe omawianego osobnika, ale także jego rodzinę - i to w sposób, o jakim nie śniło się waszym materazzim. pozwolę sobie jednak nadmienić, że akurat wprowadzenie obowiązkowej matury z matematyki uznałbym za posunięcie chwalebne - zawsze twierdziłem bowiem, że człowiek, który nie jest w stanie opanować matematyki na poziomie licealnym, powinien zostać odseparowany od jakichkolwiek narzędzi (w tym administracyjnych) bardziej skomplikowanych od młotka. w powszechnim rozumieniu funkcjonują dwa fatalne schematy związane z uzdolnieniami - jednym z nich jest umysł ścisły (de facto analfabeta), drugim humanista (w istocie - osoba posiadająca magnetofonową pamięć pojęć, przy jednoczesnym zupełnym braku inteligencji); tymczasem zdolność myślenia jest jedna, zmieniają się tylko narzędzia. i tak, jak obowiązkowe jest składanie egzaminu z umiejętności posługiwania się językiem ojczystym, tak obowiązkowe powinno być poświadczenie opanowania podstawowych operacji matematycznych. uzupełnienie tej koncepcji o prawo do oblania jednego egzaminu powoduje oczywiście, że całość staje się kuriozalna, patogenna i jawnie szkodliwa.

roman, odejdź z listkiewiczem.
17 lipca 2006, 00:02:47 :: komentarze (146)
summer surprised us, coming over the baltic sea with a shower of rain. cholerne macondo - przez pół dnia w powietrzu wirowały białe kłębki puchu z brzóz albo topoli, popołudniami niebo chmurzyło się w ułamku sekundy i wylewało z siebie nieprzerwany, nieprzebrany chlust; wystarczyła minuta, pół minuty nawet, żeby przemoknąć do nitki. dziewczęta w letnich sukienkach miały mokre włosy, mokre plecy i szyje; plecy były nagie i spływały po nich krople wody, niknące z każdą sekundą - całe mnóstwo banalnych wzruszeń, przyjacielu, całe wielkie mnóstwo.

(chociaż kolega kubiak uważa, że lato nas zwodzi za pomocą opalenizny i modnych od trzech sezonów okularów przeciwsłonecznych na pół twarzy; i że jesienią nadejdzie czas ponurych olśnień estetycznych, a brzydka prawda wyjdzie na jaw. kolega kubiak ma oczywiście rację, ale kto by się przejmował marudzeniem starego cynika?)

wzruszenie większe i trwalsze pozostaje niezmienne: pewnego pięknego dnia uświadomiłem sobie, że w szufladzie leży dyplom, który się tłumaczy na msc, computer science i który stanowi chwilowo (tzn. teraz i w dającej się ogarnąć przyszłości) jeden z najlepszych paszportów w dziejach cywilizacji zachodniej. oglądałem ów dyplom przez długie minuty, studiując w milczeniu fakturę tandetnej imitacji skóry, w którą jest oprawny, plątaninę delikatnych wzorów w tle, ostre krawędzie pieczątek i zamaszyste podpisy możnowładców; aż wreszcie wzrok sięgnął głębiej i dojrzałem zamglone ulice londynu, rojne puby edynburga i zielone tawerny w dublinie. a na tych ulicach, w pubach i tawernach widziałem dwa miliony rodaków - i ten widok mi się zupełnie nie podobał, więc mrugnąłem pospiesznie kilka razy, wymrugując londyn, dublin, edynburg i emigrację; i wtedy nareszcie zobaczyłem portugalię, południową hiszpanię, grecję, włochy, lazurowe wybrzeże, florydę, kalifornię, brazylię, jamajkę - i w ogóle wszystkie te miejsca, w których dzień latem trwa wprawdzie krócej, za to zimą dłużej niż siedem godzin z kawałkiem.

tak oto - że posłużę się słowami mojego serdecznego przyjaciela piotrowskiego - coraz mam większą potrzebę podróży / jak ci narkomani, co w parku za dworcem / długo się zbierają przed wspólnym odlotem. nic mnie nie trzyma tutaj i nigdzie nic mnie nie trzyma - chociaż gdzie indziej jednak mniej, a tutaj nieco więcej. o włos, o źdźbło, o drobnostkę; i na ten włos, na to źdźbło i na tę drobnostkę daję sobie rok, i przez ten rok zostanę w trójmieście. a później tygrysa do baku - i wio na trasę, w słońca migotanie, bliżej albo dalej, ale w kierunku południowym.

ps. notatki z nieudanych rekolekcji dalekowschodnich, czyli zazen dla początkujących: podstawą każdej medytacji jest właściwa pozycja ciała. najwłaściwszą pozycją dla początkującego jest półlotos, który osiągamy poprzez podciągnięcie prawej stopy pod krocze i ułożenie lewej w zgięciu nad prawym kolanem. przez umysł medytującego przepływają swobodnie myśli, z których najbardziej intensywną jest kurwości, ależ mnie kolano napierdala. niezmącona uwaga polega na tym, żeby usunąć z umysłu element ja i widzieć rzeczy, jakimi są. jeżeli ze swoich myśli usuniesz ja - pozostanie myśl kurwości, kolano napierdala. i to właśnie jest zazen.

ps. jeżeli już pan/pani o to pyta - to tak, wkrótce wrócą tu takie notki, które mają ręce i nogi; zapewne wtedy, kiedy ja wrócę z wewnętrznego urlopu, będącego w istocie kieszonkową wersją wewnętrznej emigracji.
06 lipca 2006, 01:10:44 :: komentarze (983)
up