za oknem bez zmian. nadszedł czas, żeby odpowiednie dać rzeczom słowa: lato jest skończone. nie ma lata. nie ma i nigdy nie było.

ścieżką dźwiękową tegorocznego przełomu września i marca ogłaszam klasycznie melancholijny song jesień w kongenialnej interpretacji zespołu trzy dni później.





ps. ponieważ lada moment przekroczony zostanie nominalny limit 10gb miesięcznego transferu na tym koncie - istnieje ryzyko pojawienia się przejściowych trudności w najbliższych dniach, przynajmniej dopóki nie wykupię dodatkowego pakietu transferu. wnioski są dwa - po pierwsze: nie należy pochopnie rezygnować z gościnności serwerów darmowych, po drugie: nawet najtańsze z polskich firm hostingowych mają bandyckie ceny i należy czym prędzej emigrować wirtualnie za ocean, względnie do korei. globalizacji - tak.
29 października 2006, 13:56:18
wczoraj wieczorem jechałem tramwajem. rzadko jeżdżę tramwajami, ale wczoraj tak się złożyło, że cała ta jesień. tak wczoraj wyszło, że się nie szło, lecz się jechało. tramwajem.

w tramwaju podszedł kontroler. a ja byłem trochę wypity. trochę wypiłem wcześniej, przez tę jesień i przez to, że tak wyszło, że nie wyszło.

i on powiedział do mnie bilet, a ja nie miałem. ja zawsze mam, ale wczoraj nie było zawsze. wczoraj było raczej nigdy. raczej bliżej do nigdy było z wczoraj niż do zawsze.

ja, gdyby nawet nie on, i tak kupiłbym ten bilet dziś i go podarł. ja zawsze tak robię kiedy zdarza mi się nie mieć biletu. ja bardzo lubię myśleć o sobie, że jestem raczej uczciwy. złoty czterdzieści to nie jest wygórowana cena za możliwość takiego o sobie myślenia.

ale wczoraj nie miałem biletu, a on przede mną stał i chciał. całym sobą chcenie wyrażał. chceniem był od stóp do głów. więc jak siedziałem tak wstałem i poszedłem do motorniczego. i kupiłem od motorniczego karnet. a ten kontroler stał przy kasowniku i zasłaniał.

powiedziałem: pan mi nie zasłania, a on zapytał: skąd pan ma ten bilet?. powiedziałem: kupiłem. u maszynisty, a on powiedział: tu nie ma maszynisty. zapytałem: u kierowcy?, a on odpowiedział: tu nie ma kierowcy. zapytałem: a kto jest?, a on odpowiedział: motorniczy. powiedziałem: u motorniczego kupiłem. odpowiedział: tak, pan dopiero kupił ten bilet. u motorniczego. powiedziałem: tak. a teraz go skasuję. pan się odsunie. on się nie zgodził, mówiąc: nie. powiedziałem: panie motorniczy, pan jest świadkiem. ten pan mi uniemoży... użyniemo... uniemożliwia mi ten pan. więc on się odsunął, a ja skasowałem.

a wtedy on powiedział: dokumenty!. ja się zdziwiłem: dokumenty?. on powtórzył: dokumenty!. ja się zdziwiłem jeszcze mocniej: czyje dokumenty?. on powiedział: pana dokumenty!. ja zdziwiłem się bezmiernie: moje dokumenty?!. on potwierdził: pańskie dokumenty!. ja się zdziwiłem jeszcze bezmierniej, bezbrzeżne głosem i gestem wyrażając zdumienie: moje dokumenty?! moje nie! pańskie!. on się zakłopotał: jak moje? pańskie dokumenty!. więc ja się znowu zdziwiłem: moje dokumenty?.

na co on powiedział: wariat. ja się zdziwiłem: wariat?. on powiedział: pan wariat. ja zdziwiłem się bezmiernie: ja wariat?!. i tramwaj stanął, a my wysiedliśmy - i on i ja i jeszcze dwóch. wysiedliśmy w centrum wrzeszcza, a było już ciemno. i tylko ciemnożółte liście fruwały nad ulicami.

a jak wysiedliśmy, to on powiedział: bo wezwę policję na pana koszt. powiedziałem: proszę wezwać policję na mój koszt. on powtórzył: bo wezwę policję. na pana koszt, ale wcale nie miał pewności w głosie. ani trochę. więc i ja powtórzyłem: proszę wezwać policję. na mój koszt. a wtedy jeden z tamtych powiedział: chodź, stefan, to nie ma sensu - i wziął go pod ramię i poszli.

i znów, jak pies, byłem sam.
28 października 2006, 15:11:41
paweł śpiewak, political fiction, wprost, nr 1244:

(...) Kolejną ofiarą tej wojny są od pokoleń uznane standardy intelektualne, które dotąd utożsamiane były z tradycją i modelem wychowania polskiej inteligencji. PiS wprost zaatakował znaczną część zawodów i środowisk inteligenckich. Podobnie jak jego najbliższy sojusznik, czyli LPR, który ksenofobie i bigoterię uczynił racją stanu i racją rządzenia państwem. Kolejny sojusznik - Samoobrona - nigdy nawet nie udawał, że chce mieć coś wspólnego z wartościami tej grupy. Wprost je atakowała. I rzeczywiście, gdy przeglądam polskie media, wypowiedzi w Internecie, dostrzegam, jak obskuranci przestają się wstydzić swojego prostactwa i jak brutalność zostaje awansowana do miana odwagi i realizmu. Przerażająca jest dla mnie lektura artykułów na temat prozy Witkowskiego "Lubiewo", w których autorzy (m.in. niejaki Czerski) krytykują tę książkę, nawet nie kryjąc tego, że do powieści nie zajrzeli. (...)

że co?
27 października 2006, 09:36:09
nie tylko antygona, lord jim, czy jacek soplica - postaci tragiczne są wśród nas i tylko piekielnemu egocentryzmowi przypisywać można to, że zauważamy je tak rzadko. wśród współczesnych postaci tragicznych są jednak takie, których dramatu przeoczyć nie sposób - a z nich najbardziej chyba wyrazistą jest karol strassburger. tępe, zimne okrucieństwo świata w jego sytuacji jest tak dotkliwie namacalne, że ilekroć zdarza mi się oglądać przypadkiem początek familiady - tylekroć odwracam wzrok, w tym specyficznym, współczującym odruchu, który pojawia się zawsze wtedy, kiedy istota ludzka odzierana jest z godności na oczach milionów telewidzów. jestem bowiem przekonany, że karol strassburger wie. on wie, że podsuwane mu przez producentów dowcipy są suche jak szosa pod saszą. on wie, że te dowcipy są drętwe jak pacjent po pavulonie. on wie, że dowcipy, które musi opowiadać, były stare i słabe nawet kiedy jeszcze były świeże i zabawne: pod koniec pierwszej wojny światowej. on wszystko to wie - a jednak musi wyjść z uśmiechem i powiedzieć to cholerne na początek może taki dowcip. i wychodzi i uśmiecha się, i mówi może taki dowcip, i jedzie z koksem; i wie, że nawet śmiech publiczności trzeba dogrywać z puszki, i wie, że w tysiącach polskich domów nie ma puszki ze śmiechem, więc cisza w nich trwa grobowa. jest więc strassburger postacią tragiczną, a bolesną tym bardziej, że chcąc nie chcąc w jego męce dostrzegamy własną mękę codzienną i stają nam przed oczami te wszystkie chwile, w których na maszt własnej sylwetki musieliśmy wciągnąć flagę przyjaznego uśmiechu, wbrew głębokiemu zażenowaniu sytuacją aktualną i własnym w jej obrębie położeniem. oto, czym jest społeczeństwo: jednym wielkim klubem wesołego dowcipu im. karola strassburgera. i każdy jest jego prezesem.
25 października 2006, 00:07:58
spośród piosenek, które lubię, ale się wstydzę, pierwszą jest biały miś - wprawdzie w wersji transistorsów, niemniej. kilka dni temu na koncercie sara śpiewała refren, a mi łzy jak grochy po plecach ciekli. mówiąc ściśle - dostałem ataku śmiechu kiedy zorientowałem się, że mam wilgotne oczy, a z tego śmiechu popłakałem się do reszty. wprawdzie wilgotność pierwotna wywołana była niemal na pewno alergią, ale zgodnie z zasadą domniemania winy na wszelki wypadek podejrzewam się o wzruszenie.

z numerem drugim w zestawieniu figuruje utwór daj mi tę noc zespołu bolter. była kiedyś taka impreza w gdańskim klubie plama, jeszcze za czasów klubu literackiego, czyli z pięć lat temu. albo może cztery. nie pamiętam już, kto tam występował, ale byli wszyscy; piliśmy mnóstwo ciepłej wódki, tadeusz biegał w żółtej czapce, empi puszczał w kółko daj mi tę noc - i tysiąc razy próbowałem później odnaleźć tamten czas w innych miejscach, ale na próżno. przy tym utrzymywać będę zawsze, że daj mi tę noc w innej aranżacji, tj. zaśpiewane dwukrotnie wolniej przez violettę villas z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej, ujawniłoby dopiero ukryty potencjał tego utworu, zapewniając mu w historii polskiej muzyki należne miejsce tuż obok songu niech żyje bal.

numer trzy to utrzymana we wstrząsającej poetyce kompozycja budki suflera jolka, jolka, której piętnastokrotne przesłuchanie w wieku lat dwunastu podczas przypadkowego i biernego uczestnictwa w libacji alkoholowej rzuciło na mój młody umysł prawdziwy cień wielkiej góry. myśl o narzeczonej zdradzającej męża adresatki utworu z autobusem arabów prześladowała mnie miesiącami, przywołując wizje czarowne i zsyłające dreszcze - które to wizje przerywane były jednak zwykle nawracającym jak mantra pytaniem: w jakiej do cholery wannie żył z adresatką podmiot liryczny? z drugiej jednak strony fraza czarodziejka gorzałka tańczyła w nas / meta była o dwa kroki stąd posiada niezaprzeczalny walor kondensowania szerokiego pasma rzeczywistości, a więc, jak to się mówi, objaśnia życie w niektórych jego aspektach i każdego to czeka prędzej albo później (raczej prędzej); a zwrotka druga (ta o żebraniu o benzynę, rzężącym silniku, byciu w tobie i jeszcze o tym, że wszystko było proste w te dni) jednoznacznie wyznacza, obawiam się, przestrzeń dla road love stories w tym kraju. ona oczekująca w zatęchłym domku na mazurach, on lecący dużym fiatem sto dwadzieścia na długich światłach, budka suflera w radiu - oto miłość po polsku z dokładnością do rekwizytów. a próba osadzenia w polskich realiach historii napędzanych paranoją z importu jest równie przekonująca co zawodnik nfl w pełnym rynsztunku na boisku orła parzęczew. sorry, ziom.
22 października 2006, 01:07:48
ze względu na pojawiające się coraz częściej głosy, że obecnie obnoszenie się z niechęcią do gazety wyborczej jest trendy chciałbym zaznaczyć, że obnosiłem się z niechęcią do gazety wyborczej nawet wówczas, kiedy było to zupełnie niedżezi.
20 października 2006, 11:03:38
za chwilę wsiadam w ekspres do warszawy i jeżeli nie trafię po drodze na samobójcę, rozkradzioną trakcję albo podmyte torowisko - o 20. powinienem siedzieć w studio tvp kultura i uczestniczyć w dyskusji na żywo. dyskusja będzie o papieżu, a ściślej o wizerunkach papieża w sztuce. jakoś tak, dokładnego tematu nie pamiętam; pamiętałem przed tygodniem, kiedy pojechałem na nagranie do ringu: tematem miał być papież w sztuce, a ja miałem spędzić noc z niedzieli na poniedziałek w hotelu. hotel nie został zarezerwowany ze względu na pewne trudności komunikacyjne, noc spędziłem pijąc do czwartej z dwoma trzecimi lezbogomory, spałem trzy godziny, do studia trafiłem na czczo, a zapytany zostałem nie o papieża w sztuce, ale o własną książkę. której nie czytałem od paru intensywnych miesięcy i pamiętam mgliście. emisja chyba w ten piątek, albo może w następny; polecam wszystkim, którzy mają ochotę zobaczyć jak siedzę nieprzytomny z uśmiechem łagodnego idioty, pytany nie umiem odpowiedzieć, niepytany mówię jakieś bzdury bez sensu i, mówiąc ogólnie, pozwalam się ziemkiewiczowi wboksować w fotel. jestem pewny, że wiele osób zobaczy to z prawdziwą przyjemnością, której im nie zamierzam żałować; w końcu, jak to podsumował kolega kaczmarek, porządny fajter powinien walczyć nawet jak mu rękę urwą. ja nie walczyłem, słuszną więc poniosłem karę - i jedyną pociechą może być to, że w każdym razie wystąpiłem w najbardziej kontrowersyjnej koszulce jaką można sobie wyobrazić w tym kraju.
16 października 2006, 12:33:12
miałam taką przyjaciółkę wtedy, -ska, przepiękna dziewczyna! przepiękna! wszyscy się za nią oglądali i oczywiście ten prokopiuk - czy prokopczyk - też. on był politruk wojskowy, który nagle w sobie odkrył powołanie architekta i oczywiście bez egzaminów jakichkolwiek został przyjęty w połowie pierwszego semestru. on się w tej -skiej zadurzył i przy pierwszej okazji, na jakimś studenckim wyjeździe pomiarowym w teren, próbował ją zaciągnąć do łóżka. a ona się nie dała, wyleciała z krzykiem na korytarz, wrzask podniosła, zrobił się rwetes - ludzie wybiegli z pokojów, wstydu mu narobiła strasznego. no więc on się na nią zawziął: za punkt honoru sobie postawił, żeby ją wyrzucić z uczelni. odczekał kilka tygodni, po czym zwołał zebranie ideologiczne całego roku i mówi tak:

- koleżanki i koledzy. wszyscy mamy świadomość tego, że nasza socjalistyczna ojczyzna nie tylko nam daje, ale i od nas wymaga. że obowiązkiem naszym jest nie tylko wytrwale zdobywać wiedzę, ale i swoją postawą obywatelską dowodzić wierności ideom socjalizmu. koleżanki i koledzy - jest wśród nas, nie będę owijał w bawełnę - prostytutka. jest wśród nas prostytutka, którą widuje się to tu to tam, to z tym to z tamtym. żeby było jasne: mówię o koleżance -skiej. koleżanki i koledzy - my tu prostytutek nie potrzebujem! kto jest za tym, żeby koleżankę -ską usunąć ze studiów - ręka w górę.

i jak nas siedziało sto sześćdziesiąt osób - tak sto pięćdziesiąt dziewięć rąk było w górze. wszyscy. nikt się nie wyłamał. zaraz jej wręczyli teczkę z papierami; dowiadywałam się dużo później co z nią się stało: trzy lata przesiedziała w domu, a później zdała na historię sztuki i nawet karierę zawodową zrobiła. ale architektura była dla niej zamknięta.




a ty, młody junaku, ręki nie podniósłbyś, co?
13 października 2006, 14:01:23
to jego, proszę pana, my baliśmy się wszyscy najbardziej. on często przychodził na wydział, bo kochał się wtedy w halince - ona była chyba z drugiego roku, też taka aktywistka jak on. wchodził, wie pan, w tym swoim czerwonym krawacie, i szedł tak, i się kiwał - a ludzie na baczność stawali. wszyscy, jak nas było sto sześćdziesiąt osób - bo z pierwszego roku można było wylecieć z wilczym biletem za byle co. każdy, proszę pana. mój ojciec był wtedy dziekanem wydziału, ale to oni tam rządzili tak naprawdę. to oni decydowali kto się nadaje, a kto nie. pode mną się nogi ugięły jak przyszedł do mnie ten nasz prokopiuk i powiedział:

- koleżanko l., jesteście wzywani na jedenastą, wiecie do kogo.

jak o dziewiątej mi to powiedział to ja do jedenastej przynajmniej dziesięć razy widziałam się już z papierami w rękach i dziesięć razy zastanawiałam się co takiego zrobiłam. o jedenastej wchodzę, a on siedzi za biurkiem i tym swoim głosem, a już wtedy miał taki zdarty, mówi:

- koleżanko... ja to sobie myślę, koleżanko, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. ten wasz ojciec niby ideologicznie w porządku, ale to jednak syn obszarnika. ja myślę, koleżanko, że takie rzeczy w człowieku zostają. a waszym obowiązkiem, koleżanko - obowiązkiem! - jest przychodzić tu i sygnalizować nam gdyby w domu wasz ojciec mówił coś niewłaściwego. obowiązkiem waszym jest, koleżanko.

babcia moja była sybiraczką, komunistów to wręcz nienawidziła - więc jak ja przyszłam do domu i przy obiedzie do ojca powiedziałam:

- nie uwierzysz. kazali mi dzisiaj na ciebie donosić. pawkę morozowa ze mnie chcą zrobić.

to babcia tylko ręce podniosła do góry i mówi do niego:

- widzisz teraz, jacy oni są? widzisz, jacy oni są?

a on siedział, taki ogłuszony, i tylko powtarzał ciągle:

- tak, teraz widzę. tak, teraz widzę.

i nic innego nie mówił, jak tylko: "tak, teraz widzę". tak to było w pięćdziesiątym drugim. z nich wszystkich to właśnie kuronia baliśmy się najbardziej.




taką historię słyszę dzień po tym, jak tymon powiedział, że uważa się za ultraliberała i że jak słyszy, jak ludzie szkalują kuronia, giertych i inni - to normalnie aż go podrywa, żeby w mordę dać. na co nie odezwałem się ani słowem, bo niewiele rzeczy równie sugestywnie skłania do milczącej zadumy jak pięść takich rozmiarów. ale jednak jest w tym coś z adoracji najświętszego imienia jacka kuronia; przecież ocena całościowa musi być w jego przypadku dodatnia: z pewnością był to człowiek, który chciał dobrze i który swoją drogą wytrwale szedł ku temu dobremu. to najwyraźniej za mało: święci świeccy równie muszą być niepokalani jak święci kościelni, chociaż wyznawcy tych pierwszych są w ścisłej awangardzie pobłażliwości dla ludzkich wad. przypomnieć, że kuroń w młodości był ultrakomunistą, albo zauważyć, że przed okrągłym stołem prowadził negocjacje z esbekami (ostatecznie - dlaczegóż miałby nie prowadzić?) to jak napisać, że karol wojtyła miał kochankę. z tą różnicą, że dwa pierwsze stwierdzenia są prawdziwe.
11 października 2006, 14:10:44
-- to jest taka luźna opowieść o blogosferze, a opowieść ta ma początki dwa.

-- początek pierwszy jest taki: było to dawno, dawno temu. bardzo dawno temu. bardzo. było to tak dawno temu, że niektórzy z dzisiejszych ekspertów internet znali wówczas tylko z prasy, a inni z cotygodniowych zajęć informatyki w szkole podstawowej: było to przed pięciu laty. wtedy właśnie w sobotnie popołudnia przeglądałem pierwsze blogi, raczej biernie, zza szyi i ramienia, jednym okiem i z oczywistym wówczas pytaniem ale po co? cisnącym się na usta. przekonującej odpowiedzi na to pytanie nie znam do dziś, nie o tym jednak chciałem; wtedy, dawno temu, był blog.pl i był niszowy blog.art.pl, i niczego więcej nie było. oczywiście: na pewno ktoś prowadził bloga na własnej stronie, gazety dla nastolatek udostępniały jakieś mechanizmy, ale to był zupełny margines. jakoś w 2003 pojawił się ownlog.com, pierwsza poważna konkurencja, z tych, co wyrywają kilkanaście procent rynku pionierowi; po drodze były jeszcze jakieś potknięcia i falstarty w rodzaju blog.as, ale ostatecznie tak się to jakoś ustabilizowało: blog.pl, ownlog.com i serwisy niszowe.

-- w stabilnym środowisku wolnorynkowym stabilne są także zasady, czyli wygrywa lepszy, a jak nie wygrywa lepszy to wygrywa sprytniejszy i jakoś się kręci. pewna hierarchia się ustala (proszę: ani słowa o strukturach sieciowych i porządkach horyzontalnych, nie jesteśmy na konferencji młodych socjologów), są czytywani chętniej i mniej chętnie, są ośrodki i peryferia. kto nowy ten musi udowodnić swoją wartość albo rozepchać się sprytem y łokciem. i to jest dobre.

-- następnie w naszej mikroskali pojawia się interwencjonizm: w krótkim czasie swoje własne działy blogowe uruchamiają portale, w pierwszym rzędzie onet i gazeta. coup d'etat! sypią się mury, mosty rwą i spadają dostojnie w sine nurty rzek. wiatr odnowy rozwiewa stare porządki; od dziś najpoczytniejsze blogi wskazywane będą przez redaktorów odpowiedzialnych: to oni zdecydują, czyj adres dać na pierwszej stronie, a czyjego nie. koniec ze starymi ośrodkami - kto zaglądałby na jakiś blog.pl, skoro ogródek, na którym ma własną grządkę, ciągnie się po horyzont? rzecz jasna: po pewnym czasie to też się jakoś klaruje, jedni wypływają na dobre, inni wcale; ale dla mnie to właśnie wtedy skończyły się stare blogi, a zaczęła wykluwać blogosfera.

-- początek drugi jest taki: było to dawno, dawno temu, bardzo dawno temu, bardzo. było to tak dawno temu, że niektórzy z dzisiejszych właścicieli doskonale prosperujących biznesów sieciowych biznes znali tylko z gry w monopol u dziadków w niedzielę po obiedzie; wtedy właśnie ojciec przywiózł ze statku książkę zatytułowaną - pamiętam do dzisiaj - jak zostać olbrzymem. przyjąłem to z pewnym niepokojem jako potencjalny objaw przesadnie rozbuchanych ambicji dotyczących mojego wzrostu i zacząłem nawet przebąkiwać, że do dwóch metrów być może potrafiłbym dociągnąć, ale wyżej to już na pewno nie - okazało się wszakże, że nie o tym traktowało dzieło, lecz o odnoszeniu sukcesu. w biznesie, czyli w życiu. książka miała stronic ze czterysta, w okolicach dwudziestej coś zaczęło mi świtać, a po pięćdziesiątej resztę tylko przekartkowałem; mówiąc w skrócie: autor na czterystu stronach opisywał na własnym przykładzie jak odnieść sukces w biznesie (czyli w życiu) - a sukces ów (w biznesie, czyli w życiu) odniósł opowiadając innym jak odnieść sukces. w biznesie. czyli w życiu.

-- parę lat później zadzwonił do mnie jakiś facet, że rozkręcają sieć e-biznesową i czy bym nie chciał jako konsultant zarobić. bym chciałem. facet podjechał samochodem, dając mi materiały szkoleniowe. wziąłem. materiałem głównym był podręcznik; podręcznik napisany był niegramatycznie i traktował o erze prosumenta. prosument (według podręcznika) był to ktoś, kto chcąc kupić masło i bułki otwiera własny sklep spożywczy, a następnie kupuje masło i bułki od siebie, zarabiając dzięki temu na całej transakcji. osłabienie poczułem.

-- trzecie zderzenie było już internetowe: mniej więcej wtedy, kiedy dowiadywałem się czym są blogi, natknąłem się także na pewien serwis biznesowy. serwis miał (ma zresztą, zdaje się, nadal) charakter społecznościowy; skupiony był wokół administratora/właściciela, który mianował się mając lat jakoś osiemnaście konsultantem biznesowym. właściciel uczył czytelników jak skutecznie zarabiać na e-biznesie: najważniejszym przykładem był jego własny e-biznes, przynoszący dochód - nie zgadniesz! - dzięki udzielaniu porad jak skutecznie zarabiać. oraz dzięki marketingowi multipoziomowemu. oraz programom partnerskim. oraz wytłuszczeniom najważniejszych treści i właściwej ekspozycji nagłówków h1.

-- odczuwam wstręt do pewnego stylu mówienia o przesiębiorczości. odrzuca mnie od tych wszystkich sytuacji, w których ktoś posługuje się retoryką sukcesu, bazującą na przedefiniowaniu pojęcia sukcesu w taki sposób, żeby samemu podpadać pod definicję (o, jakże łatwe jest osiągnięcie szczęścia, jeżeli uwierzyć, że nie ma świata poza językiem!). odrzuca mnie od ludzi, którzy przedstawiają się jako eksperci, zanim jeszcze ktokolwiek zapyta. nerwowy śmiech mnie ogarnia, kiedy widzę tę dziecinadę: publikacje, nieodmiennie w formie e-booków - sążniste zbiory komunałów (jeżeli wytrzesz nogi na wycieraczce - dywan będzie mniej zabłocony!), okraszonych mocno ryzykownymi teoriami podawanymi jako prawdy objawione. a wszystko to językiem kulawym jak koń po wielkiej pardubickiej.

-- chcecie przykładu, oto przykład: Kiedy zupełnie przypadkiem w Twoim umyśle zrodził się pomysł, nad którym z charyzmom pracowałeś do późnej nocy? - takie zdanie wynotowałem sobie kiedyś z jakiegoś eksperckiego e-booka. zachowano pisownię oryginału.

-- miało być o blogosferze; w pewnym sensie jest o blogosferze, bo blogosfera to między innymi cała wielka fura blogów biznesowych. właściwie w blogosferze najtrudniej znaleźć coś, co nie byłoby biznesowe albo eksperckie. albo o blogosferze. a już najlepiej, jak blog jest ekspercki i o blogach w biznesie - sukces murowany. należy tylko pamiętać o możliwie częstym roztrząsaniu na nowo zagadnienia czy na prowadzeniu bloga można zarobić? - bo to pytanie jest od pewnego czasu znacznie ważniejsze od oklepanego skąd przychodzimy, dokąd idziemy?

-- był taki kiepski dowcip kiedyś, że ideał sekretarki to dwudziestoletnia z trzydziestoletnim doświadczeniem; widziałem taką jedną. no, prawie. ta miała bodaj dwadzieścia dwa lata i sześcioletnie doświadczenie branżowe. to doświadczenie branżowe, ściślej: dziennikarskie, spisane było w cefaueczce (zatytułowanej skądinąd z błędem w łacińskiej nazwie) i zawierało dwa tytuły prasowe - o których zresztą sądziłem, że od dawna nie są wydawane. jednak są. najweselszym akcentem cefauki i swoistą humorystyczną atrakcją towarzyską była jednak sekcja zatytułowana mniej więcej jak możesz mnie wykorzystać?; jedno z dwojga - albo pani jest językowo jak pień głucha, albo wyjątkowo zalotna, przy czym dosyć ciężki rodzaj poczucia humoru prezentowanego na blogu skłania do odrzucenia odpowiedzi drugiej.

-- kiedyś zebrałem kilka takich eksperckich blogów z paru dziedzin i jąłem analizować osiągnięcia autorów; wyszło, że używając ich kryteriów mogę śmiało przyznawać się do dziesięciu zawodów, poziomu eksperckiego w pięciu kategoriach, a bycia guru w dwóch. podobnie jak prawie każdy w zasięgu wzroku. szanujmy się, proszę państwa. szanujmy się.

-- chociaż uczciwie zauważyć należy, że jest kilka blogów politycznych, których poziom przewyższa niejednokrotnie poziom komentarzy i analiz w kolorowych tygodnikach. do autorów żywię głęboki szacunek, bo faktycznie znają się na rzeczy, dysponując przy tym długą pamięcią, która znakomicie ułatwia wykazywanie, że pamięć polityków i redaktorów bywa bardzo krótka. na każdego z nich przypada jednak pięciu takich, których zdolność refleksji ogranicza się do ostentacyjnego załamywania rąk nad giertychem i pokrzykiwania idioci precz. i oni tam mielą w koło romanie ten jeden temat, a pod każdym wpisem czterdziestu przerzuca się potakiwaniem, trackbackuje, pinguje, chuje muje. od dyskusji politycznych toczonych pod geesem przez tubylców w walonkach różni się to tylko kanałem rss.

-- a im mniej jest treści tym więcej znaczników. nic - lecz znakomicie otagowane. blogosfera, blogosfera - banał własny ogon zżera.

-- to w ogóle jest, zdaje się, wyznacznik. tagi, społeczność. praca zbiorowa. mądrość zbiorowa. kiedy patrzę na efekty, na te zamknięte kręgi komentarzy wałkujących w kółko jakiś detal, na te flame wars toczone przez ekspertów z zajadłością greckich bogów, a zapałem godnym lepszej sprawy - to zastanawiam się czy przypadkiem szczera, indywidualna głupota nie jest mi mimo wszystko milsza od takiej zbiorowej mądrości.

-- taki intelektualizm po linii najmniejszego oporu. a wręcz po najmniejszej linii oporu.

-- sypiam źle w tym kraju, w którym blogi prowadzą joanna senyszyn i wojciech wierzejski. sypiam źle, dręczony obsesyjną myślą, że ktoś mógłby mnie z nimi w jakiś sposób skojarzyć. że ktoś mógłby powiedzieć: a, wiem, prowadzisz bloga - tak jak joanna senyszyn. albo: blogi, tak, znam, wojciech wierzejski ma bloga. sypiam źle, bo śni mi się, że nie śpię, że wstaję, że idę do łazienki i spoglądam w lustro - i widzę w nim twarz wojciecha wierzejskiego. i krzyk przerażenia wydobywa mi się z piersi, a krzyk ten ma brzmienie gwoździa przesuwanego po szkle, jest bowiem krzykiem joanny senyszyn.

-- sypiam źle w kraju, w którym internetowe raptularzyki prowadzą przywódcy partyjni i radni sejmików, dziennikarze sportowi, aktorki i muzycy; w którym bloga ma każdy młody poeta, początkujący prozaik i debiutujący krytyk. sypiam źle w kraju, w którym wszyscy ci ludzie w pocie czoła spisują co dnia myśli i refleksje. przy czym ci znani z tabloidów albo głównego wydania wiadomości pod każdą notką zyskują natychmiast tysiąc komentarzy, które stają się przez samą ilość bezwartościowe; inni zostają sam na sam z ekranem monitora i chociaż pracują skrzętnie w pocie czoła, chociaż starają się jak mogą - to pies trzynogi nawet nie zagląda i szczeknięciem choćby jednym nie komentuje. jedynie skuteczne stały się najbardziej ordynarne mechanizmy promocyjne; to zresztą w końcu nic dziwnego.

-- tak, dawniej bywało, że ktoś nowy a ambitny zalewał poczytne blogi setką komentarzy, a w każdym umieszczał link do swojego bloga; zyskując w ten sposób liczne grono czytelnicze i tęgi nieszacun. niewinną zabawą było to jednak, kwileniem zaledwie dziecinnym, w porównaniu z panem x, komentującym w jednako niekoniecznym stylu każdy artykuł na pewnym portalu (oczywiście z linkiem do siebie na widoku), albo z panem y, który bez zażenowania każdą swoją notkę linkuje na wykopie; z panem, panią p, q, r, s, który, która, którzy. i to jest właśnie praktyczne zastosowanie rozwiązań biznesowych w ramach blogosfery. pan x stał się ekspertem od prawdy (z tych, którzy w walce o prawdę nie zawahają się przed żadnym łgarstwem), pan y wyrasta na eksperta od biznesu internetowego. jak już mówiłem - teraz każdy jest ekspertem.

-- a wszystko to być może jest niczym, jak tylko racjonalizacją. może po prostu jest tak, że ja mam dosyć po tych czterech latach. od klasycznego bloga przez formy pośrednie dotarłem do czegoś w rodzaju prywatnej rubryki z felietonami - i dalej, ku zdepersonalizowanym ogłoszeniom. blisko pół miliona odwiedzin, kilkaset osób zaglądających tu w sposób stały, nawet jeżeli tygodniami nie ma niczego nowego; całe wielkie mnóstwo ludzi, którym nie wiadomo, co właściwie powiedzieć. albo raczej: wiadomo co, ale nie wiadomo jak. albo raczej: wiadomo co, wiadomo jak, ale się nie chce, bo to wiadome jak wymaga jakiegoś skupienia i uwagi; a czasu mało i mądrzej skupić się na czymś innym.

-- być może zresztą, że wciąż daleki jestem od prawdy. być może jest tak po prostu, że zawsze pisałem dla jednego tylko czytelnika, z myślą o jednym odbiorcy.

-- tak więc: ogłaszam śmierć bloga.

-- daremna jednak radość przyjaciół: to miejsce nie zniknie, zmieni się tylko formuła. pierwszą zmianą będzie najprawdopodobniej wyłączenie komentarzy. świadome przejście od rozrywkowej interaktywności bloga do bardziej hermetycznej struktury dziennika; od ogłoszeń kierowanych do odbiorcy zewnętrznego do dialogu wewnętrznego. w pamięci mam ogólne zarysy, niekiedy szczegóły tego czy innego detalu; dokładnego kształtu końcowego jednak nie znam. nie wiem też jeszcze, czy nowy kształt stanie się bezpośrednim przedłużeniem obecnego, czy może wszystkie archiwa trafią pod osobny adres (powiedzmy: stary.czerski.art.pl), a nowy projekt rozpocznie się od note_id = 1. skłaniam się ku opcji drugiej, która jednak pociągnie za sobą unieważnienie dotychczasowych linków bezpośrednich do notek, rozsianych po sieci tu i ówdzie. co nie byłoby eleganckie. wobec czego być może nowy projekt zacznie się od note_id = 400, a wszystkie niższe numery w adresie będą powodować automatyczne przekierowywane do nowej lokalizacji archiwum. coś się wymyśli.

-- a może być i tak, że po ustabilizowaniu się nowej formuły komentarze wrócą. o ile ujawni się taka potrzeba. wszystko to być może.

-- czy dobrze się czuję? tak, czuję się dobrze.
08 października 2006, 11:57:28 :: komentarze (135)
up