oczywiście serdecznie wszystkim życzę wszystkiego najlepszego w nowym roku, bo ja zawsze wszystkim życzę wszystkiego najlepszego, tylko czasami ich wizja najlepszego jest inna niż moja. to był dobry rok, a kto wie, czy nie najlepszy, gdyby tak przecałkować po całości. zmieniłem miejsce zamieszkania, podjąłem pracę etatową, wydałem książkę, współuczestniczyłem w wydaniu płyty, podróżowałem po całym kraju, poznałem kilkaset osób, po jedenastu latach palenia rzuciłem papierosy, a po jakichś siedmiu latach picia wpadłem w alkoholizm. zaskakująca aktywność - w każdym razie jak na gościa z fatalnie zwichniętym życiorysem. korzystając z okazji pragnę podziękować rodzinie, wydawnictwu i wytwórni płytowej. i przede wszystkim wam, milionom moich czytelników - szczególnie ciepło pani xi minh z pekinu i małemu aloisowi kuntakinte z dalekiego lesotho. kochani - jesteście wspaniali i naprawdę warto marnować sobie dla was życie. każdy z was jest dla mnie człowiekiem roku. i dla tygodnika time też.

aha - telefon wyłączam, bo źle znoszę pijackie bełkotanie w słuchawce nad ranem. i jeszcze - zamierzam położyć się około dwudziestej trzeciej, więc będę bardzo wdzięczny za nienapierdalanie mi petardami nad głową o północy. bardzo.
31 grudnia 2006, 18:50:31
niewiele jest w tym kraju rzeczy wartych wydania 29.99 bardziej niż pół litra i zapitka - o czym przekonany jestem tym bardziej, im bardziej jestem niepijący. a niepijący jestem ostatnio całkowicie; szczęściem świat mi sprzyja i podsuwa co i rusz jedną z tych niewielu rzeczy. przed kilkoma dniami podsunął mi na przykład michnikowszczyznę ziemkiewicza; i jestem gotów zaryzykować wniosek, że nawet jeśli kto jest pijący, to i tak powinien te 29.99 wydać.

nigdy nie lubiłem gazety wyborczej i nigdy się z tym nie kryłem. od czasu do czasu padało jednak pytanie: a dlaczego właściwie ty ich tak nie lubisz? - a jest to pytanie, wbrew pozorom, niełatwe. najlepszą odpowiedzią byłoby wręczenie egzemplarza wyborczej z krótką uwagą: masz, przeczytaj, zrozumiesz - sęk w tym, że właśnie niekoniecznie.

ponieważ w dużej mierze to wyborcza właśnie wykształciła polskiego niedointeligenta: dwudziestoparolatka, fundującego swoje roszczenia odnośnie własnego statusu intelektualnego na samym fakcie ukończenia studiów wyższych; pracującego w biurze na jakimś mało znaczącym stanowisku, narzekającego wiecznie na zbyt niską w stosunku do aspiracji pensję i przesyłającego każdego dnia innym niedointeligentom setki dowcipów w formie prezentacji powerpointa. niedointeligent nadal śmieje się do rozpuku z każdego żartu opartego na aluzji do kaczek, niedointeligent jest przekonany, że giertych chce żeby w szkołach zakazać ewolucję, niedointeligentowi społeczeństwo jawi się podzielonym na ludzi inteligentnych i moherowe berety. uważaj z nami, wołali w telewizji u masłowskiej - i tak: niedointeligent nie myśli, niedointeligent uważa. do niedointeligenta trudno mieć pretensje: nie sposób myśleć, jeżeli nie wychodzi się od jakichś pewników i na ich podstawie nie buduje całej konstrukcji; niedointeligentowi nie dano żadnych pewników, niedointeligent otrzymuje po prostu na każdy istotny temat gotowe wypowiedzi autorytetów - dzięki którym od razu wie, co ma uważać. i uważa.

proszę mnie zrozumieć właściwie: nie stawiam znaku równości między czytelnikiem gazety wyborczej a niedointeligentem. znam wielu czytelników (ba! - autorów) gazety, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że prezentowany przez nią obraz świata jest całkowicie subiektywny i kształtowany przez pryzmat pewnych mniej lub bardziej doraźnych interesów. zwykle - bardziej doraźnych, ale wpisanych w strategię całościową. ci ludzie mają więc świadomość pewnych mechanizmów - i akceptują je, jako uzasadnione pragmatycznie. interesują ich pewne społeczne i prywatne cele, które chcą osiągnąć, a środki do tych celów wiodące jawią im się sprawą drugorzędną. ja mogę tego nie akceptować z pobudek - przepraszam za wyrażenie - etycznych, ale muszę respektować jako pewien świadomy wybór. z takimi ludźmi na temat wyborczej nie rozmawiam wcale; ja wiem, o co chodzi, oni wiedzą, o co chodzi - marnowalibyśmy czas: lepiej dyskusję poprowadzić od razu o jeden poziom abstrakcji niżej. tacy ludzie to jednak oczywista mniejszość; równie oczywistą większość stanowi klasa najśredniejsza ze średnich - ludzie, którzy nie odczuwają potrzeby dochodzenia pierwszych przyczyn, a którzy za to lubią znać ostateczne odpowiedzi. i te odpowiedzi dostają od gazety wyborczej; oczywiście - nie wprost, o, w żadnym wypadku. niedointeligent ma swój honor; niedointeligentowi należy dać półprodukty. niech sobie sam puzzle ułoży; wprawdzie nie da się klocków, które dostaje, poskładać inaczej - ale i tak będzie miał radość, że do czegoś doszedł samodzielnie. a własne odkrycia zapadają w pamięć najlepiej.

te półprodukty gazeta dostarczała niezmordowanie, za lejce dusz trzymając przez piętnaście lat i przez piętnaście lat narzucając swoją wizję poglądów, jakie musi podzielać każdy, kto chciałby czuć się komfortowo w sensie intelektualnym i w tymże sensie należeć do elity. dostarczała skutecznie - czego dowodem ci wszyscy ludzie, których spotykam po wielu latach niewidzenia, a którzy dzisiaj stanowią zaczątek nowej klasy średniej: kiedy rozmawiać z nimi na tematy ogólne okazuje się, że używają tych właśnie szablonów, jakich dostarczyła wyborcza, nie zdając sobie przy tym sprawy ze sprzeczności, w jakie popadają na przykład w nieporadnych próbach łączenia katolicyzmu z obyczajowym liberalizmem.

jak wiele miałbym zastrzeżeń w stosunku do aktualnej władzy - jednej zasługi odmówić jej nie sposób: otóż to właśnie nieoczekiwane przez grono tradycyjnie trzymające władzę zwycięstwo pis-u spowodowało wzmocnienie drugiej nogi na rynku medialnym i przerwanie wszechwładzy jednego ośrodka kształtowania opinii publicznej. dopiero teraz, kiedy telewizja publiczna straciła swój tradycyjny, różowy charakter, a ostre wejście dziennika springera sprawiło, że na czerskiej wybuchła panika (przypomnę raz jeszcze - przy okazji premiery dziennika w gazecie wyborczej uderzono w dzwon narodowy!) - teraz dopiero polski dyskurs publiczny staje się dyskursem prawdziwym, w którym szerokie spektrum światopoglądowe prezentowane może być na równych prawach. wcześniej dyskusja dotyczyła wyłącznie detali, bo kierunek ogólny był wyznaczony a priori. i to osiągnięcie uważam za warte swojej ceny: dostarczenie alternatyw, spomiędzy których można wybierać i wprowadzenie faktycznego pluralizmu, który wydaje mi się wartością podstawową. wbrew wszelkim pozorom nigdy nie wymagałem bowiem od nikogo, żeby podzielał moje poglądy na wszystko - ostatecznie każdy może się mylić, byle robił to świadomie. tu krzywy uśmiech, gdyby ktoś nie wyczuł.

ziemkiewicz w michnikowszczyźnie udziela kompleksowej propozycji odpowiedzi na pytanie ale dlaczego właściwie ich nie lubisz? - i do zapoznania się z tą propozycją zachęcam wszystkich tym serdeczniej, im bardziej jedyną odpowiedzią jaką znajdują samodzielnie jest ale o co chodzi?; im bardziej przekonani są, że wszystkie głosy krytyki pod adresem wyborczej to potępieńcze jęki z ciemnogrodu.

zaprawdę więc, słuszniej jest wydać 29.99 na książkę ziemkiewicza niż na pół litra - nawet, jeżeli kac po lekturze może się okazać bardziej dotkliwy niż ten po flaszce.


ps. sygnalizowane w internecie problemy z zakupem książki są realne - z internetowej księgarni merlin michnikowszczyzna zniknęła tak dokładnie, że gdyby nie google można by pomyśleć, że nie było jej wcale (poleciała nawet z listy bestsellerów). jest za to na przykład tutaj. i raczej w niewielkich księgarniach niż w empiku.
28 grudnia 2006, 01:37:52
11:35:44 sokal
wpisuję w google "tabletki vox pax", które znalazłam za kanapą

11:35:49 sokal
i co mi wyskakuje?

11:36:00 sokal
czerski
ponadto radio bis (02.04, 20:00), radio vox (03.04, 20:00), ... Młode gimnazjalistki, tabletki wczesnoporonne, to wszystko jakby stanowi negację haseł ...


11:36:07 sokal
pierwsze hasło.

11:36:29 sokal
jesteś wirtualnym natrętem.



aktualne top20 fraz przy wejściach z wyszukiwarek:
czerski, jezus, cel, gdynia, Jezus, zo6, JEZUS, CEL, pinki, chuj, zyczenia do bylej dziewczyny (?!), Gdynia, imagenes depres, jak zlamac haslo na meila, label:^none, panowie, www.codam.pl, łamanie hasła w poczcie o2, Interfere, Zo6.
23 grudnia 2006, 11:53:51
(o czwartej dwadzieścia osiem przyśniło mi się, że kiedy się obudzę przypomnę sobie o czymś ważnym, o czym lepiej, że nie pamiętam teraz - więc obudziłem się i przypomniałem sobie, że zaraz sobie przypomnę o czymś ważnym, o czym lepiej, że nie pamiętam - a potem przypomniałem sobie, co ważnego miałem sobie przypomnieć, a potem przypomniałem sobie to.

w filmie ta scena wyglądałaby tak:

plan pełny: ciemno jest, a ten aktor, który gra mnie, leży i śpi. nagle on otwiera oczy i rzeczy dzieją się równocześnie: kamera z szaleńczym rozpędem rusza do półzbliżenia, a on z rozdzierającym yyyyyyyyyyyyt podrywa cały tułów. yyyyyyyyyyyyt to taki odgłos jaki wydaje człowiek jak go potrzymać pod wodą za włosy jakieś dwie minuty, a później z tej wody wyciągnąć. półzbliżenie: prawa część twarzy wyraża bezbrzeżne zdumienie, co symbolizuje brew uniesiona tak wysoko, że zapewne koniuszkami włosów łaskocze plecy; lewa część twarzy wyraża absolutne zaskoczenie, co symbolizuje brew opuszczona tak nisko, że zasłania oko [w razie trudności ze znalezieniem aktora o wystarczająco plastycznej twarzy rozważyć wypożyczenie postaci z jakiejś kreskówki]. yyyyyyyyyyyyt wybrzmiewa przez kilka sekund, brwi wracają do położenia zrównoważonego: świadomość najwidoczniej rozchodzi się właśnie po zakamarkach mózgu. następnie aktor zamyka oczy z całkowitą rezygnacją i opada na łóżko,

fade out, następnie materiały archiwalne i głos z offu:

otóż jedyne, z czym można porównać tę sytuację, to mecz finałowy ligi mistrzów - osiemdziesiąt tysięcy ludzi na trybunach, osiemdziesiąt milionów przed telewizorami; sędzia właśnie nabiera w płuca powietrze, żeby gwizdnięciem ogłosić rozpoczęcie zawodów - i w tym momencie przez barierkę przeskakuje kompletnie nagi facet w trampkach i, mijając w opętańczym slalomie osłupiałych zawodników i skamieniałą z zaskoczenia ochronę, wykonuje pełną rundę honorową dookoła murawy. historia nie zapamięta jego nazwiska zbyt dobrze, a spikerzy telewizyjni, którzy w czasie wyjątkowo nudnych meczów przypominać będą tę chwilę z timbrem głosu zdradzającym wysilony uśmiech zawsze przekręcą jego imię. może to i lepiej, któż bowiem chciałby zostać zapamiętany jako ten facet od gołej dupy w meczu finałowym?

tak, to z pewnością jedyne, z czym można porównać tę sytuację - chociaż nawet ja nie rozumiem dlaczego i zupełnie nie widzę związku
.)
21 grudnia 2006, 08:28:51
to już kiedyś było, ale tym razem sprawa jest poważna. śmiertelnie.

jeżeli wydawało wam się, że wiecie cokolwiek o jesiennej depresji, albo że słyszeliście kiedyś naprawdę smutną płytę - to znaczy, że nie znacie jeszcze cichych dni: albumu o wszystkich kobietach, które kiedykolwiek odeszły od mężczyzn; deszczu, który nigdy nie przestaje padać - i całej wódce, która skończyła się w nieodpowiednich momentach, a po następną nie było komu pójść. albumu będącego prawostronnym domknięciem pewnej poetyki; albumu, po którym każda kolejna próba wykorzystania pewnych rekwizytów będzie niczym innym, jak tylko udaną próbą samobójczą.

towary zastępcze, ciche dni, w każdym empiku, foliowane razem z 24. numerem ha!artu (9 pln).



(jak kiedy poruszać się z prędkością większą od dźwięku; wtedy także nie słyszy się niczego, bo szum zostaje z tyłu. kiedy wyszła książka - była już za mną, bo zajęty byłem czymś nowym; teraz, kiedy udało się wydać towary - są już za mną, bo robię rzecz następną, i znowu zupełnie inną niż wszystko, co robiłem dotąd. zanim przypomnę sobie szczegóły jednej pijackiej nocy - nadchodzi kolejna i zamazuje detale poprzedniej. to trochę tak, jak gdyby mieć w sobie twardy dysk i jak gdyby głowica dochodząc do ostatniej ścieżki przeskakiwała płynnie na pierwszą, kasując to, co było wcześniej; i jak gdyby ostatnia ścieżka nadchodziła coraz częściej. poniedziałek przychodzi, zanim minął piątek. when the music is over. a ten szum, który zostaje w tyle - ten szum to jest przecież życie.)
20 grudnia 2006, 00:49:32
21:16:53 maro
dzisiaj sowa w tvn 24 powiedzial ze wierzy ze kapitalizm pierdolnie za pare lat

21:17:23 czerski
sowa chce wygryźć drozdę z posady, tak?

21:17:49 maro
co zrobisz jesli to sie stanie jeszcze za twojego zycia???

21:18:01 maro
ubijmy zaklad

21:18:05 maro
ze powiesisz sie

21:18:07 maro
ok??

21:18:14 czerski
"to" - to znaczy co? sowa prowadzący "śmiechu warte"?



(czytałem niedawno zniewolony umysł 2 - będący, chociaż wydawca tego nie zaznacza, dowodem na kontynuowanie przez ha!art kierunku wyznaczonego wydaniem doskonałej książki jana dzbana, zatytułowanej dentro. trzeba jednak przyznać, że - w przeciwieństwie do błyskotliwych dowcipów dzbana - skecze zamieszczone w zniewolonym umyśle nużą nieco monotematycznością: wszystkie oparte są na eksploatowaniu groteski i konsekwentnym sięganiu do dokonań mistrzów absurdu. inspiracja monty pythonem, chociaż chwalebna, wydaje się jednak nieco nadmierna - a dowcipy językowe, chociaż całkiem wesołe, tracą nieco blask pod patyną barokowej stylistyki, jak choćby w takim oto fragmencie:

szeroki wachlarz form patologizacji w rozmaitych lokalnych i międzynarodowych dyskursach oraz ich wzajemnie wzmacniające się aplikacje - w mikroskali do konkretnych ciał podmiotów oraz w makroskali do państw - wskazuje na ich zarazem perswazyjny i wytwórczy charakter [...].

reasumując - książka dosyć śmieszna, ale nie zabawna; idealny prezent gwiazdkowy dla każdego młodego ortodoksa, szczególnie w komplecie z koszulką che i policyjną pałą do samodzielnego wykonania sobie tzw. pizdy pod okiem: najmodniejszego makijażu każdego szanującego się młodego postępowca w okresie demonstracji alterglobalistycznych).
16 grudnia 2006, 21:23:04
kto dziś pamięta tamte wzruszenia?
14 grudnia 2006, 21:17:13
-- oczywiście dziennik lubimy bardziej. i zawsze będziemy lubić bardziej.

-- jest to jednak miłość trudna: wymaga bowiem na przykład przełknięcia otwartego niedawno serwisu internetowego (linku nie podaję, bo na to nie zasługuje), który z dziennika wziął nazwę, a z faktu zawartość. i tu możnaby powiedzieć: szkoda, że nie na odwrót,

-- sęk w tym, że dziennik ostatnimi czasy niestety wykazuje taką tendencję ogólną. której doskonałym przykładem była niedawna (?) afera (??), wykryta przez dział śledczy (?!); w aferze chodziło o to, że jedna kobieta, która pracowała przez chwilę w biurze starego giertycha, parę lat temu robiła hajhitla na grillu u znajomych. w związku z czym lpr należy zdelegalizować, a kartaginę zburzyć.

-- mnie ten news jakoś nie zszokował, bo dosyć oczywiste wydaje mi się, że z organizacji o profilu narodowym niedaleko do nacjonalizmu, a z nacjonalizmu do innych nieprzyjemnych izmów jest już tylko jeden krok, jeden malutki, mały krok, nic więcej. jakieś tam przenikanie międzykomórkowe musi występować, więc obecność w młodzieży wszechpolskiej byłych hajhitlowców (a wśród tejkowszczyków byłych wszechpolaków, dla których mw było nie dość radykalne, a wśród młodych eseldowców byłych rewolucjonistów i tak dalej) wydaje mi się równie nieunikniona jak dziadek tuska w wehrmachcie.

-- skądinąd dowiedziałem się niedawno, że mój pradziadek był bohaterskim obrońcą berlina. pod przymusem, niemniej. ach, te poplątane kaszubskie losy.

-- tak więc całe grillgate wyglądało na akcję przygotowaną przez słynny dział tematów-z-dupy-wyjętych, istniejący w bratnim dla dziennika fakcie. a że temat naciągnięty był jak skóra na nosie jacksona pojawiło się naturalne pytanie: ale o co chodzi?

-- i równie naturalna odpowiedź: chodzi o to, że polityczny trup długiego romka zaczyna w szafie zawadzać, postanowiono więc pozbyć się go, a pokój przewietrzyć na rychłe powitanie hana-mariji.

-- aliści druga strona zwietrzyła pismo nosem i postanowiła zażegnać niebezpieczeństwo rozłamu wśród swoich oblubieńców - pardon: ulubieńców - potrzebnych przecież już wkrótce jako nośnik i żywiciel dla jeszcze ulubieńszych ulubieńców. i tak oto grillgate zostało dosłownie zmiecione przez skategate, czyli erotyczne podboje posła łyżwińskiego, w które (w charakterze materaca) zaangażowany został również wicepremier lepper.

-- byłam lojalnym członkiem partii (...), mnie też podobały się hasła walki ze złodziejstwem i kumoterstwem - tak uzasadnia aneta k. swoje milczenie na temat seksskandali za czasów, kiedy była działaczką, radną i członkiem rady nadzorczej. tak, panie jezu, tak. hasła walki z kumoterstwem podobają się nawet tym, którzy za dupę zostają działaczkami i radnymi. nie wiem czym jest kumoterstwo, ale najwyraźniej musi to być coś wyjątkowo paskudnego.

-- z kolei niezawodna kazimiera zadzwoniła do przeczystej anety zaraz po programie (panie musiały się chyba wcześniej znać, skoro pierwsza miała numer drugiej pod ręką) i oznajmiła, że cały naród jest z niej dumny. z przeczystej, znaczy. a jeżeli nawet nie cały naród, to przynajmniej jego babska część. no więc chciałbym oświadczyć, że ja akurat zupełnie nie czuję się dumny; a pytałem jeszcze agaty na wszelki wypadek - i mówi, że też się dumna jakoś nie czuje. jeżeli ja nie, to już na pewno nie cały naród, jeżeli agata też nie - to i babska część też nie; wiemy więc jedynie, że z przeczystej anety dumna czuje się kazimiera. znam takich, co są dumni ze swoich osiągnięć toaletowych, więc w tej - nomen omen - materii niewiele może mnie zdziwić.

-- sprawa w istocie swojej jest niestety równie prosta jak większość spraw w swoich istotach. pani dla kariery nadstawiła się, pani osiągnęła z tytułu nadstawienia się wymierne korzyści majątkowe, następnie korzyści się urwały, a pani na fali rozgoryczenia przypomniała sobie, że nie miewała orgazmów. proszę wybaczyć niedelikatność, ale przeczysta aneta niewiele pozostawia miejsca na jakiekolwiek wątpliwości, jeżeli tylko na moment wyłączyć sobie obwody odpowiadające za wzruszenie na widok płaczącej kobiety. co oczywiście nie przeszkodzi komuś wrażliwemu społecznie w wysmażeniu książki, sztuki bądź filmu o dramacie kobiety rozdartej między puchnącymi z głodu brzuszkami dziatek, a seksualnymi propozycjami otyłych, zaślinionych mężczyzn. oni mówią: zróbmy to szybciej, a ona na imię ma (na imię ma, na imię ma) aneta.

-- o ile dobrze pamiętam początek historii był taki, że jakaś inna pani dostała propozycję pracy za dupę, ale nie chciała. przypomniała sobie za to o swojej koleżance anecie. że ona by mogła chcieć. i koleżanka aneta, po trzech dniach intensywnego namysłu postanowiła chcieć (albowiem dzieciom z głodu puchły brzuszki). a teraz rękę w górę podnoszą państwo, posiadający takie koleżanki, do których można zadzwonić ze słowami: słuchaj, jest taka sprawa - nie chciałabyś dać łyżwińskiemu?...

-- nie widzę. kto się wstrzymał?

-- wracając do wątku głównego: z następstwa aferalnego wyszło mi więc, że jedni chcieli wyczyścić szafę dla hana-mariji, więc podcięli koalicji nogę prawą; drudzy zorientowali się w czym rzecz, wobec czego szybko podcięli nogę lewą, zastępując tym samym groźbę rozłamu w platformie wizją przedterminowych wyborów, których głównym beneficjentem jest właśnie platforma, wespół z szeroką koalicją wąskich. czyli, mówiąc krótko, stare kurwy znów u sterów.

-- takie sobie snuję niezobowiązujące rozważania w pociągu intercity z gdańska wrzeszcza do krakowa i sam już nie wiem, czy gorsze jest to, że mój pięćdziesięcioletni współpasażer dzwoni co pół godziny do matki, meldując, że właśnie minął tczew, iławę, nasielsk, dzięki mamo, z bogiem, papa, z bogiem, papa - czy może jednak to, że nie potrafię nawet przez chwilę uwierzyć, że w tym kraju cokolwiek w mediach ukazuje się bez ukrytych przyczyn, a jakiekolwiek wyrażane głośno oburzenie wynika z pobudek moralnych, a nie cynicznego pragmatyzmu.
08 grudnia 2006, 15:26:28
02:07:54 marrgo
Ty swinio, ani slowa ze spedziles upojny wieczor w lezbo i bawiles sie swietnie, same jeki i narzekania. zgnijesz w piekle, obys cierpial przez wiecznosc.

03:17:52 marrgo
cala lezbogomora uwaza ze jestes smetną nędzną zdradziecką szmatą i że nic Ci juz nie pomoże. Brutus to przy Tobie sprzedawca butów bez rąk i nóg. Wincenty Kadłubek to przy Tobie zawodowy tensista. Coś w nas pękło a co się stało to sie nie odstanie.

03:18:20 marrgo
dodatkowo Sy uwaza ze jestes popluczyna po czlowieku. a Zazie szkoda słow. dobranoc i obys sie nie obudzil.
05 grudnia 2006, 09:11:33
na pociąg zdążyłem w ostatniej chwili; w knajpie na nowym świecie ktoś - jak to się mówi - się nie bał i zajebał mój aparat z samego dna torby, kiedy pochłonięty byłem toczeniem przyjacielskiej dyskusji na tematy społeczno-gospodarcze (kolega s. twierdzi, że jestem już na liście osób do rychłego powieszenia, kiedy tylko przejmą władzę); następnie przez cały wyjazd uciekały mi sprzed przysłowiowego nosa wszystkie znane ludzkości środki komunikacji publicznej; w międzyczasie zraziłem się do tych, a owych zraziłem do siebie; chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc) nadwyrężyłem wątrobę, a w charakterze czarnej wisienki na szczycie tortu zagłady wystąpiło odnalezienie na mojej skroni pierwszego siwego włosa. i to od razu w liczbie mnogiej. na zdanie warszawa da się lubić będę pociągać za spust bez ostrzeżenia.
04 grudnia 2006, 23:12:25
up