-- dzisiaj będzie długo i niekoniecznie. więc jeżeli kto lubi krótko i na temat - odsyłam raczej
tutaj.
-- w życiu każdego człowieka są takie chwile, że się wstydzi. młodzi mężczyźni bywają podczas masturbacji przyłapywani przez matki, dziewczyny, żony albo teściowe; młode kobiety upijają się niekiedy i robią rzeczy, których kobietom czynić nie wypada - a znowuż kogoś rodzina nakrywa w damskiej bieliźnie i z różowym piórkiem w tyłku.
-- ja także wstydziłem się bardzo kilka razy w życiu; przy czym jedną sytuację wstydliwą chciałbym omówić tu i teraz, ku publicznemu pożytkowi i w celach katarycznych.
-- zacznijmy od tego, że będąc młodą poetką czytywałem regularnie świetne skądinąd czasopismo
fa-art, które podówczas, że tak powiem, głosiło postmodernizm. z tego całego postmodernizmu zrozumiałem jako nastolatek tyle, że jak tekst nie ma żadnej warstwy poza zrozumiałą dla każdej praczki - to nie ma o czym mówić. oraz że w tekście nie ma miejsca na przypadki - i nawet takie, a nie inne imiona bohaterów są po coś. że już o kluczowych scenach powieści nie wspomnę.
-- na moje znaczyło to między innymi, że do wytwarzania literatury można zaadaptować metodykę znaną z inżynierii oprogramowania; i że najważniejszy jest dobry projekt, a sama implementacja to już rzecz drugoplanowa. jakość jej musi być oczywiście wysoka, ale - jak mawiał mój nieżyjący już wykładowca - programistę z hydraulika zrobisz w dwa miesiące; analityka czy projektanta - nigdy.
-- w istocie jest tak, że cała zabawa zaczyna się i kończy na wymyślaniu jak coś ma działać: czy to system informatyczny, czy książka, czy płyta, czy dramat. dopiero zaś kiedy rzecz jest już przemyślana, ma swój własny kształt inteligibilny - nadchodzi czas przeraźliwie nudnej implementacji: wpisywania setek poleceń albo żmudnego dobierania słów.
-- nie tracę przy tym nadziei, że prędzej czy później w literaturze dopuszczalne będzie korzystanie z outsourcingu: o, jakże piękny byłby świat, w którym mógłbym przynieść podwykonawcy kompletny projekt (tytuł taki, stron tyle, na wejściu bohater jest taki a taki, w ostatniej scenie robi to i to, zwroty akcji są tutaj i tutaj, kluczowe sceny - tu, tu i tu, sample strukturalne należy wziąć stąd, stąd, stąd i stamtąd, rytm w pierwszej części tatatatataki, a w drugiej - tataki), umówić się co do kwot i terminów - i spokojnie zająć wymyślaniem czegoś innego.
-- wracając jednak do mojego zawstydzenia: dawno, dawno temu pewna polska pisarka i felietonistka wydała straszliwą powieść młodzieżową zatytułowaną, powiedzmy,
kefa. powieść przypominała skrzyżowanie scenariusza
klasy na obcasach z
samotnością w sieci i była kompletnie niestrawna; rzecz jednak w czym innym. otóż - kilka miesięcy później w fa-arcie ukazał się tekst adama wiedemanna
zaginiony rozdział kefy: w preambule wiedemann wyjaśniał, że znalazł ów rozdział w pociągu intercity i zorientowawszy się - postanowił czym prędzej opublikować; po czym następowało stron kilka w stylu znanym z
kefy, tj. młodzieżowym.
-- przeczytawszy ów tekst zapłonąłem świętym ogniem oburzenia (przypominam: miałem lat osiemnaście czy dziewiętnaście) i wysłałem do redakcji fa-artu jadowitego maila, w którym w dowcipny (jak sądziłem) sposób sugerowałem uczestniczenie w żenującej promocji
kefy i sprzeniewierzenie się zasadom & ideałom.
-- mniej więcej po trzech tygodniach dostałem uprzejmą odpowiedź od krzysztofa uniłowskiego, konrada kędera albo dariusza nowackiego - że owszem, redakcja dziękuje za czujność, ale tekst wiedemanna był rzecz jasna pastiszem i wydawało im się, że to oczywiste. w domyśle: dla każdego czytelnika o ilorazie inteligencji wyższym od rozmiaru buta.
-- dziś sam jestem dziadkiem, a wciąż pamiętam tamto niezbyt komfortowe poczucie, że oto zostałem zdemaskowany jako kompletny idiota, który zupełnie nie czuje reguł prostej gry - i co gorsza przy tym kompletnym niezrozumieniu o co chodzi pozwala sobie na pryncypialne uwagi.
-- z historii tej jednakże wyciągnąłem wniosek & naukę: wniosek (po stokroć mylny, okazało się po czasie) był taki, że człowiek piszący wie, co pisze, nawet jeżeli wydaje się, że jest inaczej; nauka - żeby zamykać dziób póki nie pomyśli się pięć razy i nie ma się pewności, że się wie, co się mówi i że się czuje, w co się gra.
-- ten sposób widzenia literatury i myślenia o niej odbija mi się zresztą czkawką dziś - i, jeżeli pisać będę dalej, odbijać będzie się zapewne do samego końca. sęk bowiem w tym, że ku mojemu najszczerszemu zdumieniu ośmiu na dziesięciu młodych autorów tak kurde pisze, jak kurde jest. jak jest źle - to że jest źle, jak jest fajnie - to że w pytkę; a jak mówią w wywiadach, że połowie książki nie wiedzieli jeszcze co się stanie z bohaterami i jak się cała heca skończy - to ja im, niestety, wierzę. a ponieważ większość robi to w ten sposób - to próżno od krytyków oczekiwać, żeby spodziewali się czegoś innego. co dla mnie kończy się tak, że trzech na czterech krytyków piszących o
ojcu traktuje ten tekst jako pamiętniczek gościa, który zaczął notować rzeczywistość dwa dni przed śmiercią papieża, a skończył na imprezie u mareckiego, który to jako wydawca zamawia te notatki w formie książki. i oni triumfalnie podkreślają, że - o, proszę - młody autor sam się przyznaje, że książka została zamówiona. no i natenczas mam taką minę jak kiedy ewa drzyzga na wizji pyta gościa
zenonie, od kiedy masz problemy z prostatą? - bo się wstydzę tego, że na moich oczach człowiek ujawnia się z rzeczami, które raczej zwykło się niebezpodstawnie ukrywać. w tym przypadku - z takim samym bezrefleksyjnym podejściem jak ja ongiś, pisząc ów list do fa-artu. łykanie wszystkiego na wiarę osiemnastolatkowi ostatecznie ujdzie, ale krytykowi literackiemu?
-- podobnie jest w przypadku towarów zastępczych: kiedy wymyślaliśmy ten projekt z borysem i empim, siedząc w kwietniu zeszłego roku w sopockiej knajpie, od samego początku mieliśmy jasne założenia - robimy płytę tak nieskończenie smutną, żeby było jasne, że to nie może być na poważnie. na okładce niech będzie trzech gości nad flaszką odpitą do połowy, i niech oni wyglądają jakby wrócili z własnego pogrzebu (ilekroć spoglądam na tę okładkę - tylekroć zaczynam chichotać, chociaż znam każdy detal), i niech w tle będą manekiny symbolizujące kobiety puste i złe, i niech wszystko będzie o jesieni, papierosach i wódce. jestem sam, nie mam dziewczyny, jest mi źle. źle mi jest w tych czasach, w których aż roi się od celów. źle.
-- byłby więc to rodzaj przewrotnego hołdu dla świetlickiego: poetyka narracji personalnej, konfesyjnej, wykorzystującej chwyty wyślizgane do cna od nadużywania przez hordy epigonów w czarnych swetrach; jednoczesne złożenie lennego hołdu: z tego bowiem wyrastamy, na tym się wychowaliśmy i o tym nie zapominamy, więc respekt, panie marcinie - i dyskretne wykonanie gestu kozakiewicza: bo jużeśmy przerobili te wszystkie historie i już nie z nami te numery. panie marcinie.
-- (a jeszcze, mówiąc między nami, lubię tę płytę dlatego, że chłopiec mógł sobie podokazywać. z chłopcem w sobie trzeba żyć dobrze i patrzeć na niego z tkliwą wyrozumiałością - tylko wtedy można go kontrolować. kto tego nie wie i kto chłopcu nie pozwala się wyszaleć od czasu do czasu; kto chłopcu nie pozwala wyrobić się dramatycznie - ten ryzykuje bardzo, nic o tym nie wiedząc. bo chłopiec, jak ten poeta, pamięta. i weźmie ponury odwet w najmniej spodziewanym momencie: właśnie wtedy, kiedy powinien siedzieć cicho i nosa nie wychylać ze swojego kąta.
-- w końcu z moich tekstów na tej płycie tylko jeden został napisany specjalnie na potrzeby: a wszystkie te taniejące wódki i ziemie obiecane chłopiec napisał kiedyś zupełnie serio. mógłbym to schować albo wyrzucić - ale po co? mnie to nic nie kosztuje, a chłopiec miał całe mnóstwo radości. całe wielkie mnóstwo).
-- wracając: konceptowi podstawowemu podporządkowaliśmy wszystko - od okładki, przez dobór tekstów, notę biograficzną, na liczbie utworów skończywszy. i mam wrażenie, że dzięki tej konsekwencji rzecz się udała: istotnie wiele osób nie miało problemu z odczytaniem intencji, co zresztą sprawiło, że odetchnąłem głęboko - bo jednak kwestia czytelności zawsze pozostaje niepewna. byli w końcu i tacy ludzie, którzy z pełną powagą traktowali nawet
mężczyzn na falach.
-- co nie oznacza, że jeśli ktoś wziął płytę jaką jest - i uznał za fajną bądź niefajną bez głębszych namysłów - to źle. na tym właśnie cała rzecz polega, że wszystko musi być przede wszystkim samo w sobie przyjemne w odbiorze. to jest warunek konieczny i wszystkie wyższe warstwy abstrakcji nie mają racji bytu, jeśli on nie jest spełniony.
-- tyle, że dostrzegam wyraźne rozróżnienie między czytelnikiem a krytykiem. czytelnikowi wolno wszystko, krytyk sam siebie ogranicza formułując wypowiedź. czytelnik może powiedzieć
chujowe i rzucić w kąt, krytyk powinien swój sąd uzasadnić. żeby zaś przekonująco uzasadnić sąd o rzeczy - nie można pozostawić wątpliwości, że widzi się tę rzecz jaką jest.
-- oczywiście, że zdaję sobie sprawę z ryzyka związanego z takim podejściem: świat pełen jest przecież niezrozumianych, sfrustrowanych geniuszy. wszyscy oni chcieli dobrze, ale źli, głupi ludzie nie pojęli doniosłości ich dzieł - to wszystko prawda. tyle, że nie mówimy tutaj o ogólnej teorii wszystkiego, dwudziestotomowej sadze cywilizacyjnej ani prototypie silnika o stuprocentowej wydajności. mówimy o płycie, której rozszyfrowanie nie powinno nastręczać trudności nikomu, kto zna chociaż pobieżnie jej kulturowy kontekst. o ile tylko, rzecz jasna, stać go było choćby na postawienie sobie (a muzom) pewnych pytań.
-- mój serdeczny przyjaciel, znakomity poeta tadeusz dąbrowski, napisał kiedyś wiersz pt.
fragmenty dyskursu miłosnego. razu pewnego widziałem, jak jakaś panna gdzieś w odmętach sieci wyrażała publicznie głośne i stanowcze oburzenie faktem, że dąbrowski w nowej książce pozwala sobie na jakieś intymne wiersze obyczajowe. ręce mnie opadli.
--
tego panna nie znała, branie w nawias z niczym jej się nie skojarzyło, a cały wiersz był dla niej najwyraźniej historią z życia tadeusza dąbrowskiego.
-- skądinąd - nietrudno o refleksję, że sama o tym nie wiedząc stała się czymś na kształt metapuenty.
-- w nurt niekumacji wpisało się dosłownie kilka dni temu, kiedy już pisałem popołudniami tę notkę, moje
ulubione czasopismo o charakterze młodzieżowym; najwyraźniej obnoszenie się w poprzednim wstępniaku z urażonymi uczuciami nie dosyć ukoiło wrażliwe serca redaktorów. tym razem na niebieskiej podlewce ukazała się
recenzja płyty towarów, nadesłana przez czytelnika.
-- co skądinąd potwierdza tezę, że modelowy czytelnik aktivista jest cymbałem o możliwościach intelektualnych ograniczonych do doboru właściwych ciuchów - i
uważaniu z nami.
-- kiedy czytam:
cóż każdy ma taki "lajf", jaki sobie zrobi. chłopcy widocznie chcą mieć smutne - oczyma duszy widzę tego nieszczęsnego młodego idiotę, który napisawszy powyższe zdanie zastyga z tępym uśmiechem głębokiego zadowolenia na twarzy. i to budzi we mnie głębokie zażenowanie i odruch zawstydzenia.
-- i teraz na koniec małe salto mortale, w którym obym umiał wyjaśnić sedno sprawy: otóż kiedy poeta w. pisze jadowitą, skrajnie negatywną recenzję z mojej książki, w której sam został anonimowo opisany jako jednostka cechująca się na pierwszy rzut oka hipokryzją nielichą - to mi jest nieprzyjemnie wcale nie dlatego, że poeta w. zjeżdża moją książkę --
-- a kiedy młody dureń pisze recenzję z płyty której ni w ząb nie zrozumiał, to nie jest mi nieprzyjemnie dlatego, że recenzja jest negatywna --
-- mi jest nieprzyjemnie dlatego, że poeta w. musi wiedzieć, że ja wiem, że on zachowuje się właśnie jak ostatnia menda - i nieprzyjemnie mi jest dlatego, że młody dureń może się nagle zorientować, że dowody jego niekumacji w dużym nakładzie rozeszły się po wszystkich knajpach tego kraju i nie ma już dla niego ratunku --
-- jest mi więc nieprzyjemnie, bo chcąc nie chcąc w moralnej mizerocie poety w. widzę własną moralną mizerotę, w jego podłości własną widzę podłość, w jego ześwinieniu - ześwinienie swoje. w hałaśliwej głupocie młodego durnia - własną hałaśliwą dostrzegam głupotę. w każdym upadku ludzkim nieustannie widzę swój upadek, każde ludzkie potknięcie przypomina mi potknięcia moje.
-- tutaj i teraz chciałbym więc przekazać wam, bracia moi, że nie żywię do was choćby cienia urazy: wybaczam wam, a i was proszę o wybaczenie. a iście buddyjskie współczucie wypełnia mnie do wypęku.
-- i tyle na dzisiaj, bo mnie już ręce bolą mówić.