teksty źródłowe:
Tygodnik Powszechny: "Więcej pomników niż stypendiów"
kumple: "Pomyliłem się - Czerski na kolanach"

o tym, że język jest narzędziem prymitywnym, a słowa (cóż to czytasz, mości książę?) dadzą się interpretować różnorako nie trzeba chyba nikogo przekonywać - zwłaszcza od kiedy okazało się, że nadęty buc może oznaczać człowieka małomównego, a mały krętacz to skrócona nazwa wybitnego polityka europejskiego formatu.

nic więc dziwnego, że mój lewicowy wydawca, wpisując się w modny ostatnio po tej stronie trend poszukiwania zdrady we własnych szeregach - uznał fragment:

- Właśnie odwiedziłem przyjaciela, który kończył tekst do specjalnego wydawnictwa "Dziennika Bałtyckiego" z kolekcją pocztówek "Pielgrzym Tysiąclecia" - opowiada dziś Czerski. - Zastanawialiśmy się, co z tamtych dni przetrwało. Chciałbym po tych dwóch latach powiedzieć, że się pomyliłem: że w naszym społeczeństwie zaszły zmiany. Niestety. I żal mi tego.

za konfesję skruszonego. że niby pozmieniało się, świat jest lepszy - i ja żałuję, że takie niepozytywne, niewesołe rzeczy pisałem o tym świecie i o wszystkich tych wspaniałych ludziach, którzy dokoła.

jest to oczywiście interpretacja najdalsza od moich intencji; przyznaję jednak, że konfuzji łatwiej byłoby uniknąć, gdyby ostatni fragment brzmiał następująco:

Chciałbym po tych dwóch latach móc powiedzieć, że się pomyliłem: że w naszym społeczeństwie zaszły zmiany. Niestety. I żal mi tego.

o czym informuję, zapewniając jednocześnie, że żelazo nadal nie klęka. powtarzam: żelazo nie klęka.
26 marca 2007, 10:56:59
macieja kaczki przedstawiać nie trzeba - lecz nie pożałuję sobie: adam małysz polskiego slamu, jacek kaczmarski kultury queer, richard wagner ornitologii, robert kubica piosenki poetyckiej; legenda krakowskiej bohemy, mistrz form balansujących, wirtuoz śmiertelnie niebezpiecznych akrobacji językowych; sam bóg - i bogów innych sponsor; mój od lat pięciu przyjaciel.

ta właśnie tytaniczna postać firmuje swoim nazwiskiem kongenialną w ramach swojej estetyki parafrazę klasycznego tanga samobójców - przez złośliwych nazywaną ostatnią niedzielą w wersji do siadania na głośniku. partie mówione napisane zostały przez michała piotrowskiego przy moim współudziale, partie śpiewane są autorstwa kaczki; temat muzyczny autorstwa jerzego petersburskiego (tu występującego pod pseudonimem jarzy petersburski) rozwija emil wilczek; w teledysku występuje zaś paulina lignar.



utwór w wersji mp3 można znaleźć pod adresem maciejkaczka.mp3.wp.pl (mówiąc ściślej: tutaj).

zgodnie z życzeniem kaczki - wyjątkowo nie wyłączam opcji komentowania notki, ażeby każdy chętny mógł wpisać wyrazy swojego uznania dla artysty. niewczesnym krytykom wyjaśniam, że własne partie nagrywałem na dwa podejścia, godzinę przed odjazdem pociągu, po trzech godzinach snu poprzedzonych nocą spędzoną w knajpach na kazimierzu i z zaawansowanym zapaleniem gardła. i sam wiem, że powinienem mówić wolniej.
25 marca 2007, 22:09:17 :: komentarze (108)
czasem jest tak, że film jest stargetowany. na przykład komedie romantyczne, takie, że kobieta po rozwodzie znajduje bogatego, przystojnego bruneta, są targetowane na kobiety po rozwodach, które nigdy nie znajdą nawet blondyna. a bogatego i przystojnego to sobie mogą obejrzeć jak do koleżanki wpadną w odwiedziny.

film 300 też jest stargetowany, ba - sfokusowany: na środowisko kryptohomoseksualnych, sadystycznych fetyszystów. przez dwie trzecie czasu trwania ekran wypełniają bowiem kłębiące się nagie torsy, kaloryfery oraz jędrne poślady, opięte czymś na kształt lateksowych spodenek (model axl rose '99, tylko czarnych); a wszystko to obficie polane licznymi wydzielinami, ze szczególnym uwzględnieniem krwi i śliny.

w przerwach pomiędzy napinaniem mięśni piersiowych, zębatych, bicepsu, tricepsu, obręczy barkowej i czwórgłowego uda król leonidas robi minę z reklamy pasty do zębów:

myj zęby, będziesz wielki


pozostali zaś wojownicy wykorzystują czas wolny do wyrecytowania z emfazą całej zawartości broszury dwieście patetycznych cytatów patriotycznych, wydanej jako podręczna pomoc dla twórców scenariuszy apeli ku czci (zebrał i wstępem opatrzył minister roman giertych).

i teraz tak: film powstał na podstawie komiksu. będąc dzieckiem (i dalej - młodzikiem, juniorem młodszym, juniorem, juniorem starszym, juniorem sztabowym, aż po starszego juniora sztabowego) z właściwą dzieciom (i dalej, aż po starszych juniorów sztabowych) bezkompromisowością sądziłem, że, ażeby być fanem komiksów, to jednak trzeba mieć ostro zrytą psychę, dojmujące braki w potencjale intelektualnym i niesatysfakcjonujące życie seksualne. następnie, w procesie socjalizacji, przyjąłem do wiadomości, że gatunek, że konwencja, że niekiedy arcydzieła - i tak dalej. dzisiaj wróciłem do punktu wyjścia.

pedały, dziennikarze, licealiści

24 marca 2007, 00:33:45
do dzisiejszego poranka nie przypuszczałem, że z józefem oleksym coś mnie może łączyć - a tu proszę: nie ufam lewicy, oświadcza ów w rozmowie z gudzowatym. panie premierze! proszę przyjąć moje najszczersze zapewnienie, że ja też nie wierzę tym kurwom jak psom! (*)

---
*) nie dotyczy oczywiście moich serdecznych przyjaciół o orientacji lewicowej, którzy naprawdę mają najlepsze intencje - i jestem przekonany, że czas ich opamiętania jest bliski.
22 marca 2007, 13:53:51
konfuzja, mój przyjacielu - mówi do mnie rano wyraźnie wczorajszy kolega mętniak, o którym jeżeli nie wspominałem dotąd słowem to jedynie przez pożałowania godne zaniedbanie - to uczucie, którego doznajesz budząc się w poniedziałek o piątej trzydzieści obok swojej dawnej dziewczyny, do której wpadłeś poprzedniego wieczora z kilkoma książkami, a ona, zanim jeszcze zdążysz o cokolwiek zapytać, lodowatym tonem informuje cię, że wczoraj narzygałeś na podłogę w przedpokoju. i ma przy tym kolega mętniak taki wyraz twarzy, który wskazuje najwyraźniej, że historia zwykła powtarzać się jako farsa, co jednak zupełnie nie ujmuje jej charakteru tragicznego na wskroś. i przez tę krótką chwilę mam ochotę kolegę mętniaka po ludzku uścisnąć i poklepać po plecach -

chociaż, mówiąc między nami, kolega mętniak to jednak kawał chuja i dobrze mu tak.
19 marca 2007, 14:53:12
-- dzisiaj będzie długo i niekoniecznie. więc jeżeli kto lubi krótko i na temat - odsyłam raczej tutaj.

-- w życiu każdego człowieka są takie chwile, że się wstydzi. młodzi mężczyźni bywają podczas masturbacji przyłapywani przez matki, dziewczyny, żony albo teściowe; młode kobiety upijają się niekiedy i robią rzeczy, których kobietom czynić nie wypada - a znowuż kogoś rodzina nakrywa w damskiej bieliźnie i z różowym piórkiem w tyłku.

-- ja także wstydziłem się bardzo kilka razy w życiu; przy czym jedną sytuację wstydliwą chciałbym omówić tu i teraz, ku publicznemu pożytkowi i w celach katarycznych.

-- zacznijmy od tego, że będąc młodą poetką czytywałem regularnie świetne skądinąd czasopismo fa-art, które podówczas, że tak powiem, głosiło postmodernizm. z tego całego postmodernizmu zrozumiałem jako nastolatek tyle, że jak tekst nie ma żadnej warstwy poza zrozumiałą dla każdej praczki - to nie ma o czym mówić. oraz że w tekście nie ma miejsca na przypadki - i nawet takie, a nie inne imiona bohaterów są po coś. że już o kluczowych scenach powieści nie wspomnę.

-- na moje znaczyło to między innymi, że do wytwarzania literatury można zaadaptować metodykę znaną z inżynierii oprogramowania; i że najważniejszy jest dobry projekt, a sama implementacja to już rzecz drugoplanowa. jakość jej musi być oczywiście wysoka, ale - jak mawiał mój nieżyjący już wykładowca - programistę z hydraulika zrobisz w dwa miesiące; analityka czy projektanta - nigdy.

-- w istocie jest tak, że cała zabawa zaczyna się i kończy na wymyślaniu jak coś ma działać: czy to system informatyczny, czy książka, czy płyta, czy dramat. dopiero zaś kiedy rzecz jest już przemyślana, ma swój własny kształt inteligibilny - nadchodzi czas przeraźliwie nudnej implementacji: wpisywania setek poleceń albo żmudnego dobierania słów.

-- nie tracę przy tym nadziei, że prędzej czy później w literaturze dopuszczalne będzie korzystanie z outsourcingu: o, jakże piękny byłby świat, w którym mógłbym przynieść podwykonawcy kompletny projekt (tytuł taki, stron tyle, na wejściu bohater jest taki a taki, w ostatniej scenie robi to i to, zwroty akcji są tutaj i tutaj, kluczowe sceny - tu, tu i tu, sample strukturalne należy wziąć stąd, stąd, stąd i stamtąd, rytm w pierwszej części tatatatataki, a w drugiej - tataki), umówić się co do kwot i terminów - i spokojnie zająć wymyślaniem czegoś innego.

-- wracając jednak do mojego zawstydzenia: dawno, dawno temu pewna polska pisarka i felietonistka wydała straszliwą powieść młodzieżową zatytułowaną, powiedzmy, kefa. powieść przypominała skrzyżowanie scenariusza klasy na obcasach z samotnością w sieci i była kompletnie niestrawna; rzecz jednak w czym innym. otóż - kilka miesięcy później w fa-arcie ukazał się tekst adama wiedemanna zaginiony rozdział kefy: w preambule wiedemann wyjaśniał, że znalazł ów rozdział w pociągu intercity i zorientowawszy się - postanowił czym prędzej opublikować; po czym następowało stron kilka w stylu znanym z kefy, tj. młodzieżowym.

-- przeczytawszy ów tekst zapłonąłem świętym ogniem oburzenia (przypominam: miałem lat osiemnaście czy dziewiętnaście) i wysłałem do redakcji fa-artu jadowitego maila, w którym w dowcipny (jak sądziłem) sposób sugerowałem uczestniczenie w żenującej promocji kefy i sprzeniewierzenie się zasadom & ideałom.

-- mniej więcej po trzech tygodniach dostałem uprzejmą odpowiedź od krzysztofa uniłowskiego, konrada kędera albo dariusza nowackiego - że owszem, redakcja dziękuje za czujność, ale tekst wiedemanna był rzecz jasna pastiszem i wydawało im się, że to oczywiste. w domyśle: dla każdego czytelnika o ilorazie inteligencji wyższym od rozmiaru buta.

-- dziś sam jestem dziadkiem, a wciąż pamiętam tamto niezbyt komfortowe poczucie, że oto zostałem zdemaskowany jako kompletny idiota, który zupełnie nie czuje reguł prostej gry - i co gorsza przy tym kompletnym niezrozumieniu o co chodzi pozwala sobie na pryncypialne uwagi.

-- z historii tej jednakże wyciągnąłem wniosek & naukę: wniosek (po stokroć mylny, okazało się po czasie) był taki, że człowiek piszący wie, co pisze, nawet jeżeli wydaje się, że jest inaczej; nauka - żeby zamykać dziób póki nie pomyśli się pięć razy i nie ma się pewności, że się wie, co się mówi i że się czuje, w co się gra.

-- ten sposób widzenia literatury i myślenia o niej odbija mi się zresztą czkawką dziś - i, jeżeli pisać będę dalej, odbijać będzie się zapewne do samego końca. sęk bowiem w tym, że ku mojemu najszczerszemu zdumieniu ośmiu na dziesięciu młodych autorów tak kurde pisze, jak kurde jest. jak jest źle - to że jest źle, jak jest fajnie - to że w pytkę; a jak mówią w wywiadach, że połowie książki nie wiedzieli jeszcze co się stanie z bohaterami i jak się cała heca skończy - to ja im, niestety, wierzę. a ponieważ większość robi to w ten sposób - to próżno od krytyków oczekiwać, żeby spodziewali się czegoś innego. co dla mnie kończy się tak, że trzech na czterech krytyków piszących o ojcu traktuje ten tekst jako pamiętniczek gościa, który zaczął notować rzeczywistość dwa dni przed śmiercią papieża, a skończył na imprezie u mareckiego, który to jako wydawca zamawia te notatki w formie książki. i oni triumfalnie podkreślają, że - o, proszę - młody autor sam się przyznaje, że książka została zamówiona. no i natenczas mam taką minę jak kiedy ewa drzyzga na wizji pyta gościa zenonie, od kiedy masz problemy z prostatą? - bo się wstydzę tego, że na moich oczach człowiek ujawnia się z rzeczami, które raczej zwykło się niebezpodstawnie ukrywać. w tym przypadku - z takim samym bezrefleksyjnym podejściem jak ja ongiś, pisząc ów list do fa-artu. łykanie wszystkiego na wiarę osiemnastolatkowi ostatecznie ujdzie, ale krytykowi literackiemu?

-- podobnie jest w przypadku towarów zastępczych: kiedy wymyślaliśmy ten projekt z borysem i empim, siedząc w kwietniu zeszłego roku w sopockiej knajpie, od samego początku mieliśmy jasne założenia - robimy płytę tak nieskończenie smutną, żeby było jasne, że to nie może być na poważnie. na okładce niech będzie trzech gości nad flaszką odpitą do połowy, i niech oni wyglądają jakby wrócili z własnego pogrzebu (ilekroć spoglądam na tę okładkę - tylekroć zaczynam chichotać, chociaż znam każdy detal), i niech w tle będą manekiny symbolizujące kobiety puste i złe, i niech wszystko będzie o jesieni, papierosach i wódce. jestem sam, nie mam dziewczyny, jest mi źle. źle mi jest w tych czasach, w których aż roi się od celów. źle.

-- byłby więc to rodzaj przewrotnego hołdu dla świetlickiego: poetyka narracji personalnej, konfesyjnej, wykorzystującej chwyty wyślizgane do cna od nadużywania przez hordy epigonów w czarnych swetrach; jednoczesne złożenie lennego hołdu: z tego bowiem wyrastamy, na tym się wychowaliśmy i o tym nie zapominamy, więc respekt, panie marcinie - i dyskretne wykonanie gestu kozakiewicza: bo jużeśmy przerobili te wszystkie historie i już nie z nami te numery. panie marcinie.

-- (a jeszcze, mówiąc między nami, lubię tę płytę dlatego, że chłopiec mógł sobie podokazywać. z chłopcem w sobie trzeba żyć dobrze i patrzeć na niego z tkliwą wyrozumiałością - tylko wtedy można go kontrolować. kto tego nie wie i kto chłopcu nie pozwala się wyszaleć od czasu do czasu; kto chłopcu nie pozwala wyrobić się dramatycznie - ten ryzykuje bardzo, nic o tym nie wiedząc. bo chłopiec, jak ten poeta, pamięta. i weźmie ponury odwet w najmniej spodziewanym momencie: właśnie wtedy, kiedy powinien siedzieć cicho i nosa nie wychylać ze swojego kąta.

-- w końcu z moich tekstów na tej płycie tylko jeden został napisany specjalnie na potrzeby: a wszystkie te taniejące wódki i ziemie obiecane chłopiec napisał kiedyś zupełnie serio. mógłbym to schować albo wyrzucić - ale po co? mnie to nic nie kosztuje, a chłopiec miał całe mnóstwo radości. całe wielkie mnóstwo).

-- wracając: konceptowi podstawowemu podporządkowaliśmy wszystko - od okładki, przez dobór tekstów, notę biograficzną, na liczbie utworów skończywszy. i mam wrażenie, że dzięki tej konsekwencji rzecz się udała: istotnie wiele osób nie miało problemu z odczytaniem intencji, co zresztą sprawiło, że odetchnąłem głęboko - bo jednak kwestia czytelności zawsze pozostaje niepewna. byli w końcu i tacy ludzie, którzy z pełną powagą traktowali nawet mężczyzn na falach.

-- co nie oznacza, że jeśli ktoś wziął płytę jaką jest - i uznał za fajną bądź niefajną bez głębszych namysłów - to źle. na tym właśnie cała rzecz polega, że wszystko musi być przede wszystkim samo w sobie przyjemne w odbiorze. to jest warunek konieczny i wszystkie wyższe warstwy abstrakcji nie mają racji bytu, jeśli on nie jest spełniony.

-- tyle, że dostrzegam wyraźne rozróżnienie między czytelnikiem a krytykiem. czytelnikowi wolno wszystko, krytyk sam siebie ogranicza formułując wypowiedź. czytelnik może powiedzieć chujowe i rzucić w kąt, krytyk powinien swój sąd uzasadnić. żeby zaś przekonująco uzasadnić sąd o rzeczy - nie można pozostawić wątpliwości, że widzi się tę rzecz jaką jest.

-- oczywiście, że zdaję sobie sprawę z ryzyka związanego z takim podejściem: świat pełen jest przecież niezrozumianych, sfrustrowanych geniuszy. wszyscy oni chcieli dobrze, ale źli, głupi ludzie nie pojęli doniosłości ich dzieł - to wszystko prawda. tyle, że nie mówimy tutaj o ogólnej teorii wszystkiego, dwudziestotomowej sadze cywilizacyjnej ani prototypie silnika o stuprocentowej wydajności. mówimy o płycie, której rozszyfrowanie nie powinno nastręczać trudności nikomu, kto zna chociaż pobieżnie jej kulturowy kontekst. o ile tylko, rzecz jasna, stać go było choćby na postawienie sobie (a muzom) pewnych pytań.

-- mój serdeczny przyjaciel, znakomity poeta tadeusz dąbrowski, napisał kiedyś wiersz pt. fragmenty dyskursu miłosnego. razu pewnego widziałem, jak jakaś panna gdzieś w odmętach sieci wyrażała publicznie głośne i stanowcze oburzenie faktem, że dąbrowski w nowej książce pozwala sobie na jakieś intymne wiersze obyczajowe. ręce mnie opadli.

-- tego panna nie znała, branie w nawias z niczym jej się nie skojarzyło, a cały wiersz był dla niej najwyraźniej historią z życia tadeusza dąbrowskiego.

-- skądinąd - nietrudno o refleksję, że sama o tym nie wiedząc stała się czymś na kształt metapuenty.

-- w nurt niekumacji wpisało się dosłownie kilka dni temu, kiedy już pisałem popołudniami tę notkę, moje ulubione czasopismo o charakterze młodzieżowym; najwyraźniej obnoszenie się w poprzednim wstępniaku z urażonymi uczuciami nie dosyć ukoiło wrażliwe serca redaktorów. tym razem na niebieskiej podlewce ukazała się recenzja płyty towarów, nadesłana przez czytelnika.

-- co skądinąd potwierdza tezę, że modelowy czytelnik aktivista jest cymbałem o możliwościach intelektualnych ograniczonych do doboru właściwych ciuchów - i uważaniu z nami.

-- kiedy czytam: cóż każdy ma taki "lajf", jaki sobie zrobi. chłopcy widocznie chcą mieć smutne - oczyma duszy widzę tego nieszczęsnego młodego idiotę, który napisawszy powyższe zdanie zastyga z tępym uśmiechem głębokiego zadowolenia na twarzy. i to budzi we mnie głębokie zażenowanie i odruch zawstydzenia.

-- i teraz na koniec małe salto mortale, w którym obym umiał wyjaśnić sedno sprawy: otóż kiedy poeta w. pisze jadowitą, skrajnie negatywną recenzję z mojej książki, w której sam został anonimowo opisany jako jednostka cechująca się na pierwszy rzut oka hipokryzją nielichą - to mi jest nieprzyjemnie wcale nie dlatego, że poeta w. zjeżdża moją książkę --

-- a kiedy młody dureń pisze recenzję z płyty której ni w ząb nie zrozumiał, to nie jest mi nieprzyjemnie dlatego, że recenzja jest negatywna --

-- mi jest nieprzyjemnie dlatego, że poeta w. musi wiedzieć, że ja wiem, że on zachowuje się właśnie jak ostatnia menda - i nieprzyjemnie mi jest dlatego, że młody dureń może się nagle zorientować, że dowody jego niekumacji w dużym nakładzie rozeszły się po wszystkich knajpach tego kraju i nie ma już dla niego ratunku --

-- jest mi więc nieprzyjemnie, bo chcąc nie chcąc w moralnej mizerocie poety w. widzę własną moralną mizerotę, w jego podłości własną widzę podłość, w jego ześwinieniu - ześwinienie swoje. w hałaśliwej głupocie młodego durnia - własną hałaśliwą dostrzegam głupotę. w każdym upadku ludzkim nieustannie widzę swój upadek, każde ludzkie potknięcie przypomina mi potknięcia moje.

-- tutaj i teraz chciałbym więc przekazać wam, bracia moi, że nie żywię do was choćby cienia urazy: wybaczam wam, a i was proszę o wybaczenie. a iście buddyjskie współczucie wypełnia mnie do wypęku.

-- i tyle na dzisiaj, bo mnie już ręce bolą mówić.
10 marca 2007, 21:58:29
10 marca 2007, 16:21:00
człowiek, kiedy w swej ludzkiej kondycji akurat upada, winien wyglądać przyzwoicie, tj. odpowiednio tragicznie. człowieczy upadek powinien się cechować pewnym niewymuszonym dostojeństwem; epickim rozmachem połączonym z prawdziwie liryczną kondensacją. dobry, porządny upadek powinien być równocześnie nieunikniony jak klęska bohaterów tragedii i niespodziewany jak wystrzał strzelby w trzecim akcie. uczciwy upadek to kości trzask, chrząstek chrzęst i krew na trotuarze.

i tylko taki - tragiczny, gwałtowny i zupełny - upadek ludzkiej istoty jest pełną aktualizacją formy upadku w wymiarze moralnym i estetycznym. tylko taki - nagły i całkowity - upadek stanowić może dla innych pouczającą lekcję życia. tylko taki upadek bawiąc uczy, a ucząc - bawi; przez ściśnięty żołądek do serca, a przez tragedię jednostki do szczęścia społeczeństw.

tymczasem nas na porządny upadek nie stać. my upadamy raczej po godzinach. nasze upadki muszą budzić zażenowanie każdego uczciwego człowieka, tyle w nich pociesznych wygibasów, lansad, prysiudów - i takie wokół majtanie rączkami. i nie upadamy ostatecznie, w ostatniej chwili zamiatając nóżką, podpierając się choćby i nosem, prostując, otrzepując spodnie. aleśmy upadli, bracie! - mówimy bez przekonania do tych, którzy z nami nieupadali. a oni z równym bezprzekonaniem potakują.

i jest to scena tak żałosna, że oko w trójkącie nie wie gdzie się podziać, a śmiech więźnie w puszce.
03 marca 2007, 23:45:29
możliwe, że mi umknęło, ale nie widziałem dotąd, żeby ktoś napisał to stanowczo i wprost - widziałem za to kilkanaście szalenie ostrożnych omówień, najeżonych wykrętami jak kambodżańskie plaże minami przeciwpiechotnymi i dźwięczących pomiaukiwaniem kotów wykręcanych ogonami --

powiedzmy więc sobie otwarcie: ryś jest filmem słabym w przysłowiowy chuj.

-- panie stanisławie - przepraszam. ogromny żywię szacunek. ogromny. ale w chuj słabości filmu to nie poprawia ani na jotę. ja wiem: te dialogi na papierze miały swój potencjał - niestety tak już jakoś jest, że jak się chce z każdego zdania zrobić pamiętny cytat to wychodzi odwrotnie. a jeszcze ta fabuła szyta nićmi grubości linek holowniczych. a jeszcze ten montaż naprzemienny: scenka, skeczyk, scenka, skeczyk. a jeszcze helikopter zmienia po drodze kółka na płozy. a jeszcze te wszystkie wysiłki, żeby jakoś inteligentnie wyśmiać sytuację polityczną (żeby już nie powiedzieć: geopolityczną) - bezowocne. a jeszcze - przepraszam, panie stanisławie - ta reżyseria, gorsza chyba nawet od montażu --

-- zresztą ja wiele mógłbym wybaczyć, naprawdę: moje serce jest bowiem wielkie i czułe: wybaczyłbym to wszystko, co powyżej; wybaczyłbym samochody ***, wybaczyłbym radio *** ** słuchane w odbiorniku marki **** --

-- ale z tym ranigastem to pan jednak przegiąłeś.
02 marca 2007, 23:07:44
up