plotki dotyczące mojego akcesu do redakcji krytyki politycznej są mocno przesadzone, w rzeczywistości pewna dająca się ostatnio zauważyć niedoobecność spowodowana była pławieniem się w wersji demonstracyjnej życia rodzinnego oraz intensywnymi działaniami na wielu frontach, zakończonymi częściowo wycofaniem się na z góry upatrzone pozycje, a częściowo zdobyciem istotnych przyczółków. ale nie uprzedzajmy faktów.
tymczasem w ramach remanentów oraz wniosków bieżących chciałbym o trzech wydarzeniach.
wydarzeniem pierwszym, nieco już archiwalnym, jest powrót nicka cave'a - i to powrót w wielkim stylu. nie mam specjalnych skłonności do nadmiernych uniesień, ale
grinderman rzuca o ścianę, po czym chwytem za twarz stawia na nogi i rzuca o ścianę raz jeszcze, pozostawiając próbującego niezdarnie wstać z podłogi delikwenta w stanie ciężkiego ogłuszenia. i bardzo dobrze. pięćdziesięcioletni cave, wspierany przez trzech kumpli po czterdziestce, odsyła wszystkie kapele złożone z wymoczkowatych chłoptasiów z pedalskimi fryzurami tam, gdzie ich miejsce - na licealne imprezy, na których anorektyczne panny z nie w pełni wykształconym biustem starają się uwodzić chłopców w obcisłych dżinsach i białych trampkach (było takie zdanie, podobne, chyba u vargi).
wypierdalać! - krzyczy cave i jest co najmniej równie przekonujący jak franc maurer w tej scenie, w której wypluwa zapałkę i puszcza trzy krótkie serie w powietrze. albo jak lemmy z motorhead, od którego cave pożyczył wąsy; lemmy powiedział kiedyś piękną rzecz:
mając lat osiemnaście spojrzałem w lustro i uświadomiłem sobie, że z taką mordą muszę zostać gwiazdą rocka, jeżeli nie chcę do końca życia być skazanym na korzystanie z burdeli. i to jest własnie rock'n'roll: wąsy, wściekłość i wrzask, a nie jakieś emo, sremo i cienkie pierdzenie.
wydarzeniem drugim jest
zodiac, czyli nowy film finchera. od paru miesięcy zastanawiałem się jak można bez uciekania w tzw. wieloznaczny suspens wybrnąć z historii, która z definicji nie ma zakończenia - okazuje się, że, jeżeli przypadkowo jest się davidem fincherem, można - i to znakomicie. co nie znaczy, że nie zdarzają się ciemniejsze momenty; mam wrażenie, że ewentualna edycja director's cut będzie trwać ponad trzy godziny, bo w wersji kinowej cięcia są wyraźne.
w charakterze wydarzenia trzeciego występuje natomiast - bo przeczytałem w paru gazetach, że tak właśnie jest -
ołpener, czyli doroczny krajowy zlot głupio ubranej młodzieży doświadczającej całej gamy doznań ekstatycznych na miejscowym lotnisku wojskowym. do których to doznań asumpt dają zaproszone przez organizatorów zespoły muzyczne, będące nieodmiennie
największymi światowymi gwiazdami. tradycyjnie już ze wszystkich
największych światowych gwiazd wybrałbym się ewentualnie na koncert jednej (beastie boys), a gdyby mi dali bilety darmo to jeszcze na dwie inne (the roots i bjork (tak, to prawda, nigdy nie słuchałem sonic youth)). co więcej, mam trudne do zracjonalizowania intuicyjne przeczucie, że o połowie tych
największych światowych gwiazd nikt nie będzie pamiętać za pięć lat. long story short:
najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę. i jeszcze to, że kiedy próbuję ze sporym plecakiem przejechać skmką z przymorza do rumi to jestem otoczony przekomarzającymi się kretyńsko w co najmniej trzech językach młodzieńcami i pannami, których generalny outfit boli mnie w sensie estetycznym. i doprawdy jedynie wspomnienie obyczajów odzieżowych zespołu guns'n'roses, który ceniłem bezwarunkowo w wieku dosyć zbliżonym do wieku zaobrączkowanych na zielono współtowarzyszy mojej podróży - jedynie to wspomnienie każe mi milczeć potulnie, zamiast wyjaśnić pannie w śmierdzących dreadlockach i okularach a'la miami vice, że z takim nosem to ani dreadlocki, ani takie okulary, a chłopcu w kapeluszu i szalenie londyńskiej koszulce, że włosy to się myje, a nie zarzuca na oczy.
!viva contrarevolucion!
ps. kolega borys kossakowski z
towarów zastępczych uruchomił
bloga samodzielnie, z kolei malarka ania okrasko przygotowała swoją
witrynę przy moim technicznym współudziale. zapraszam pod oba adresy.