***
jaki kraj - tacy terroryści.

ps. wersja wyborczej przynosi spodziewane ukojenie: to tylko niezapowiedziana wizyta wycieczki z izraela. negocjacje policji z turystami trwają.

pps. żydzi okupują obóz koncentracyjny. świat umarł.

ppps. ponieważ informacje podane w źródłach zostały zaktualizowane - cała sytuacja traci obecnie nieco na dramaturgii. niemniej jestem przekonany, że w motywie żydów okupujących obóz koncentracyjny czuć wyraźnie tchnienie fabularnego geniuszu, o jakim nie śniło się naszym prozaikom.
31 lipca 2007, 22:42:04
ukazała się już informacja prasowa, więc można głośno: mirek nahacz nie żyje.

nie wiem kiedy widziałem się z nim ostatnio - prawdopodobnie dwa lata temu, więc nasza znajomość miała charakter wysoce incydentalny; jestem jednak przekonany, że wśród roczników osiemdziesiątych był jednym z najbardziej radykalnych pisarzy: radykalnych, bo ktoś, kto wydaje trzy książki w ciągu trzech lat, podporządkowuje pisaniu wszystko. równie radykalny był w przekraczaniu granic rzeczywistości; consummatum est.
25 lipca 2007, 20:56:14
ja oczywiście jestem uprzedzony, ale jeżeli sieciowa wyborcza jako bodajże jedyne medium elektroniczne puszcza tekst ''6 osób spłonęło na moich oczach'' (jeszcze przed chwilą jako główny headline serwisu żałobnego!) to odczuwam pewien niesmak.

droga redakcjo - więcej konsekwencji. jeżeli już decydujecie się na serwowanie rodzinom ofiar (warto zauważyć, że do tej pory nie wiadomo kto przeżył, a kto zginął) informacji o żywych pochodniach, to dobrze byłoby wydobyć ze świadków więcej szczegółów: czy krzyczeli? czy płonąc próbowali się wyczołgiwać z wraku? jaki kolor ma dym z człowieka?

nie od rzeczy byłby też wywiad z jakimś dyżurnym profesorem medycyny, który mógłby określić jak długo płonie ludzkie ciało, kiedy następuje śmierć - i czy raczej z zatrucia gazem, z powodu zniszczenia tkanek, czy też po prostu z bólu. to ważna informacja. w końcu wam nie jest wszystko jedno.
22 lipca 2007, 22:31:28
Zespół pieśni, tańca i różańca "Towary Zastępcze", po licznych widmowych występach w kraju i za granicą, ma zaszczyt zaprosić Państwa na koncert, który odbędzie się w gdyńskim klubie Ucho w piątek, 27.07, o godzinie 20:00.

Koncert zespołu uświetni znany i znakomity gitarzysta Jacek Kulesza (Homosapiens, Von Zeit), występujący pod szyldem "Jacek Kulesza Trio Waliza & Tamburyn" ze swoim ekstraordynaryjnym programem, w ramach którego łączy melodyjność gitarowych piosenek o dużej dawce energetyczno-emocjonalnej z potężnym, transowym beatem i niebanalnymi tekstami.

Towary Zastępcze zaprezentują utwory z albumu "Ciche dni" w zupełnie nowych aranżacjach, uwzględniających aktualny skład zespołu (Borys Kossakowski - k/smpl/v, Jarosław Marciszewski - g, Sławomir Draczyński - b, Jakub Świątek - dr, Michał Piotrowski - v, Piotr Czerski - v). Oprawę wizualną koncertu zapewni występująca gościnnie VJ lady divia.

Jacek Kulesza / Towary Zastępcze + lady divia,
Ucho, Gdynia, 27.07 (piątek), g. 20:00,
bilety: 8 PLN.

Przyjdź i przyprowadź koleżanki.

INFORMACJE DODATKOWE

Ucho
www: http://ucho.com.pl/

Jacek Kulesza
www: http://www.jacekkulesza.com/
myspace: http://myspace.com/jacekkuleszatrio

Towary Zastępcze
www: http://towary.art.pl/
myspace: http://www.myspace.com/towary
last.fm: http://www.lastfm.pl/music/Towary+Zast%C4%99pcze

lady divia
www: http://www.divia.art.pl/
17 lipca 2007, 22:05:23
dzisiaj taka anegdota bez puenty: jakiś czas temu zostałem zaproszony do obejrzenia filmu jakiegoś japońskiego reżysera współczesnego. nazwiska reżysera nie pamiętam, tytułu filmu również, dzieło o wyjątkowo skomplikowanej fabule oglądałem bowiem początkowo raczej niechętnie i jednym okiem. moje zainteresowanie zaczęło wzrastać w miarę rozwoju akcji, najpierw bowiem jeden z bohaterów uprawiał ognisty seks z córką, później zaś jego żona zaczęła się pojawiać na ekranie odziana w foliowy worek z wyciętymi otworami na piersi, z których zresztą obficie strzykała mlekiem. ponadto ktoś rzucał kamieniami w szyby, ktoś kogoś gonił, odbywały się również jakieś prześladowania na bliżej nieokreślonym tle. nic to jednak w porównaniu z czymś w rodzaju sceny kulminacyjnej (nie wiem czy w założeniu reżysera, ale w odbiorze z pewnością), w której główny bohater, ubrany jedynie w przepaskę we włosach, kopulował w szklarni ze świeżymi zwłokami kobiecymi; całość w pozycji carry w wersji klęczącej i z podtrzymywaniem (nomen omen) ciała partnerki za pośladki. ścieżka dźwiękowa brzmiała następująco: och, mmm, och, jesteś cudowna i wciąż taka ciepła... och... maleńka, czuję, że robisz się wilgotna... zaraz, jak to możliwe, przecież ty nie żyjesz... o nie, to gówno! wypływa z ciebie gówno!... - et caetera. wizja była adekwatna, tj. bohater próbował strząsnąć z dłoni wzmiankowane rzadkie odchody, nie przerywając przy tym energicznej penetracji.

i to byłaby pierwsza część anegdoty. drugą życie dopisało kiedy po zakończeniu filmu nieco wstrząśnięty w sensie estetycznym zacząłem przeglądać dostępne recenzje - i w jednej z nich, pisanej językiem dosyć uczonym, znalazłem takie mniej więcej zdanie: yamada taro [dajmy na to] potwierdza tym doskonałym filmem, że nie boi się scen ryzykownych, wychodząc z nich jednak obronną ręką dzięki swojemu olbrzymiemu poczuciu humoru.

puenty, jako się rzekło, nie będzie, bo jedyną adekwatną wydaje się tradycyjna konstatacja: świat umarł. bo że szatan mieszka w japonii już kiedyś pisałem.
10 lipca 2007, 20:33:27
plotki dotyczące mojego akcesu do redakcji krytyki politycznej są mocno przesadzone, w rzeczywistości pewna dająca się ostatnio zauważyć niedoobecność spowodowana była pławieniem się w wersji demonstracyjnej życia rodzinnego oraz intensywnymi działaniami na wielu frontach, zakończonymi częściowo wycofaniem się na z góry upatrzone pozycje, a częściowo zdobyciem istotnych przyczółków. ale nie uprzedzajmy faktów.

tymczasem w ramach remanentów oraz wniosków bieżących chciałbym o trzech wydarzeniach.

wydarzeniem pierwszym, nieco już archiwalnym, jest powrót nicka cave'a - i to powrót w wielkim stylu. nie mam specjalnych skłonności do nadmiernych uniesień, ale grinderman rzuca o ścianę, po czym chwytem za twarz stawia na nogi i rzuca o ścianę raz jeszcze, pozostawiając próbującego niezdarnie wstać z podłogi delikwenta w stanie ciężkiego ogłuszenia. i bardzo dobrze. pięćdziesięcioletni cave, wspierany przez trzech kumpli po czterdziestce, odsyła wszystkie kapele złożone z wymoczkowatych chłoptasiów z pedalskimi fryzurami tam, gdzie ich miejsce - na licealne imprezy, na których anorektyczne panny z nie w pełni wykształconym biustem starają się uwodzić chłopców w obcisłych dżinsach i białych trampkach (było takie zdanie, podobne, chyba u vargi). wypierdalać! - krzyczy cave i jest co najmniej równie przekonujący jak franc maurer w tej scenie, w której wypluwa zapałkę i puszcza trzy krótkie serie w powietrze. albo jak lemmy z motorhead, od którego cave pożyczył wąsy; lemmy powiedział kiedyś piękną rzecz: mając lat osiemnaście spojrzałem w lustro i uświadomiłem sobie, że z taką mordą muszę zostać gwiazdą rocka, jeżeli nie chcę do końca życia być skazanym na korzystanie z burdeli. i to jest własnie rock'n'roll: wąsy, wściekłość i wrzask, a nie jakieś emo, sremo i cienkie pierdzenie.



wydarzeniem drugim jest zodiac, czyli nowy film finchera. od paru miesięcy zastanawiałem się jak można bez uciekania w tzw. wieloznaczny suspens wybrnąć z historii, która z definicji nie ma zakończenia - okazuje się, że, jeżeli przypadkowo jest się davidem fincherem, można - i to znakomicie. co nie znaczy, że nie zdarzają się ciemniejsze momenty; mam wrażenie, że ewentualna edycja director's cut będzie trwać ponad trzy godziny, bo w wersji kinowej cięcia są wyraźne.

w charakterze wydarzenia trzeciego występuje natomiast - bo przeczytałem w paru gazetach, że tak właśnie jest - ołpener, czyli doroczny krajowy zlot głupio ubranej młodzieży doświadczającej całej gamy doznań ekstatycznych na miejscowym lotnisku wojskowym. do których to doznań asumpt dają zaproszone przez organizatorów zespoły muzyczne, będące nieodmiennie największymi światowymi gwiazdami. tradycyjnie już ze wszystkich największych światowych gwiazd wybrałbym się ewentualnie na koncert jednej (beastie boys), a gdyby mi dali bilety darmo to jeszcze na dwie inne (the roots i bjork (tak, to prawda, nigdy nie słuchałem sonic youth)). co więcej, mam trudne do zracjonalizowania intuicyjne przeczucie, że o połowie tych największych światowych gwiazd nikt nie będzie pamiętać za pięć lat. long story short: najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę. i jeszcze to, że kiedy próbuję ze sporym plecakiem przejechać skmką z przymorza do rumi to jestem otoczony przekomarzającymi się kretyńsko w co najmniej trzech językach młodzieńcami i pannami, których generalny outfit boli mnie w sensie estetycznym. i doprawdy jedynie wspomnienie obyczajów odzieżowych zespołu guns'n'roses, który ceniłem bezwarunkowo w wieku dosyć zbliżonym do wieku zaobrączkowanych na zielono współtowarzyszy mojej podróży - jedynie to wspomnienie każe mi milczeć potulnie, zamiast wyjaśnić pannie w śmierdzących dreadlockach i okularach a'la miami vice, że z takim nosem to ani dreadlocki, ani takie okulary, a chłopcu w kapeluszu i szalenie londyńskiej koszulce, że włosy to się myje, a nie zarzuca na oczy.

!viva contrarevolucion!



ps. kolega borys kossakowski z towarów zastępczych uruchomił bloga samodzielnie, z kolei malarka ania okrasko przygotowała swoją witrynę przy moim technicznym współudziale. zapraszam pod oba adresy.
03 lipca 2007, 23:09:41
up