to doprawdy zaskakujące - mówi zaskakująco trzeźwy kolega mętniak, którego spotykam na ulicy przed ośrodkiem zdrowia - że w tym przepełnionym jadem świecie, w którym wilkiem człowiekowi kierowca autobusu, listonosz i młodszy referent z urzędu skarbowego - jedynym niezłośliwym okazuje się nowotwór. co oznajmiwszy kolega mętniak oddala się w kierunku pobliskiego postoju taksówek, powiewając wynikami badań i nie zwracając najmniejszej uwagi na mnie, który pozostaję z dłonią wyciągniętą do pożegnania.
28 sierpnia 2007, 20:30:41
uzyskawszy zgodę wydawcy udostępniam wersję elektroniczną książki ojciec odchodzi - do pobrania stąd.

utwór objęty jest licencją creative commons na prawach określonych tutaj.

informację można przekazywać dalej, w miarę zainteresowania.

(przy czym chciałbym jednoznacznie podkreślić, że mój stosunek do entuzjastów masowego tzw. uwalniania własności intelektualnej nie uległ zmianie nawet na jotę; książkę udostępniam - podobnie jak przed laty udostępniłem pospieszne, osobowe - bo jako autor mam do tego prawo. gdyby jednak kto przyszedł i zażądał - kazałbym stangretowi wychłostać i precz wyrzucić, a zadbać przy tym, żeby się na schodach potknął.)
15 sierpnia 2007, 21:44:57
niech żyje nam rezerwa / przez szereg długich lat / gdy rezerwiści piją / w zambrowie wódki brak - tak śpiewali, kiedy siedziałem na peronie w gdyni głównej osobowej i czekałem na równie osobowy pociąg do elbląga. ponieważ znowu jeżdżę do elbląga osobowymi, a bywa, że i pospieszny się trafi.

niech żyje nam rezerwa / przez szereg długich lat - śpiewali oni, a mi przypomniało się takie opowiadanie amerykańskie, którego narrator miał lat osiemdziesiąt i szczerze się dziwił, że dzisiaj do wojska przyjmują zupełnych osesków. co za jego czasów było, oczywiście, zupełnie nie do pomyślenia. ważny morał płynący z tego bardzo zabawnego skądinąd tekstu był taki, że wiek człowieka definiuje się przez samoodniesienie. kiedy miałem lat dwanaście (a mój przyjaciel, obecnie ksiądz, zwierzał mi się, że od dwóch dni boli go brzuch i podejrzewa poważnie, że to może być okres) sądziłem, że dorosłość zaczyna się w ósmej klasie. bo ci z ósmej całowali się z dziewczynami i pili piwo na dyskotekach. następnym horyzontem była klasa maturalna - bo ci z maturalnych niekiedy współżyli, a ponadto mieli dowody osobiste i mogli samodzielnie kupować alkohol i papierosy. kiedy byłem w maturalnej innym światem wydawały mi się studia. na studiach cezurą stało się wspólne mieszkanie z kobietą. później - profesjonalna aktywność zawodowa, pełna zaklęć takich, jak "zafakturowanie", "amortyzacja środków trwałych" i "optymalizacja wydajnościowa infrastruktury bazodanowej".

wszystkie te kręgi wtajemniczenia przekraczałem kolejno, doznając przy tym każdorazowo uczucia będącego z pewnością udziałem turystów, wstępujących w progi ekskluzywnego według folderu apartamentu i orientujących się, że w salonie odpada tynk, po kuchni biegają karaluchy, a w łazience szambo wybiło. całowanie okazało się cokolwiek przereklamowane, współżycie mimo wszystko dosyć banalne, wspólne mieszkanie męczące, studia niewygodne, a aktywność zawodowa w zakresie fakturowania, amortyzacji i optymalizacji wydajnościowej - mało intrygująca. i tak dalej.

oprócz tego porządku pierwotnego - klasycznej drogi wibrującej pięści wojownika z klasy średniej, który w pewnym wieku bez krawata czuje się jak bez skarpet - istniał jednak porządek wtóry, zamknięty i niedostępny. w porządku wtórym dorośli bez wątpienia byli złodzieje samochodów i rezerwiści. przy czym złodziei samochodów poznałem w życiu niewielu, a rezerwistów widywałem dosyć regularnie: szli ulicami pijani, rycząc cywil, cywil, kurwa, cywil, albo demolowali pociągi wrzeszcząc, że upa rezerwy szaa dosy wila. i że to nieonor dla rezerwisty aćna peronie z kuuuur wa mi. były to bowiem takie czasy, w których jasne włosy rezerwistów rozwiewał wiatr wolności.

kiedy więc siedziałem na peronie w gdyni głównej osobowej, przyglądając się tym chłopiętom, ostentacyjnie młodziutkim, wyśpiewującym niech żyje nam rezerwa i jedynie od czasu do czasu, pół tonu ciszej mocno niepewnie dodającym jebać cywili, co w wojsku nigdy nie byli, pomyślałem, że oto skończył się pewien mit, którego istnienia nawet sobie nie uświadamiałem, a które wyraźne stało się dopiero teraz, post factum; mit, którego istnienie zaznaczyło się jedynie odczuciem małej pustki w tym miejscu, w którym wcześniej niezauważenie trwał. był to mit polskiego easy ridera - rezerwisty jadącego pociągiem pkp przez kraj, mężczyzny wolnego, który w każdej chwili może pojechać dokądkolwiek, a który jednak wraca do domu, na kolejnych stacjach odprawiając rytuały pożegnalne z podobnymi sobie, których drogi w inną prowadzą stronę. mężczyzny wolnego, który samą tylko siłą głosu zaklina rzeczywistość i czyni ją posłuszną sobie: nigdy bowiem nie widziałem, aby ktokolwiek zaczepił rezerwistę - konduktor, żadnarm czy policjant. prawdziwej wolności nie sposób powstrzymać i czują to podświadomie urzędnicy państwowi.

być może powinienem był domyślić się już przed kilkoma miesiącami, kiedy oczekując na pociąg intercity z warszawy do gdańska zadzierzgnąłem, że tak powiem, nić sympatii z żołnierzem służby zasadniczej, aktualnie na przepustce. ów miły szeregowiec mówił do mnie na początku proszę pana, co - gdybym nie był tego dnia cokolwiek zmęczony nocą - samo w sobie powinno stać się punktem wyjścia do pewnej refleksji. czujność moją uśpiło jednak marzenie, z którego zwierzył mi się później, kiedy już wymieniliśmy zwyczajowe uwagi na temat pogody, państwowości polskiej i internacjonalnej niewierności kobiet - wyznał mi bowiem ów człowiek, pochodzący z zabitej deskami wioski za nowym sączem, że ma już plan na swoje wyjście do cywila. i plan ten mi zdradził: pójdzie oto na dworzec główny, kupi bilet na pociąg pospieszny, bo wygody ekspresów są mu zbędne, i tym pociągiem pospiesznym pojedzie na północ. a mnie, jako miejscowego, prosi o poradę - gdzie wysiąść i jak się kierować, żeby jak najszybciej zobaczyć morze. on bowiem ma lat dwadzieścia, morza nigdy dotąd nie widział, i choćby miał później jechać trzy dni do swojej wioski w górach, to wcześniej odetchnie morskim powietrzem i na własne oczy zobaczy, czy to niebieskie ciągnie się po widnokrąg.

doradziłem mu, rzecz jasna, żeby pieniądze z odprawy przeznaczył raczej na wysokoprocentowy alkohol i zabawę w domu uciech - doceniłem jednak jego instynktowne poczucie wolności i klasyczny w formie pęd ku harmonii wnętrza i otoczenia. rozstaliśmy się w przyjaźni, życząc sobie wszystkiego najlepszego, co w moim przypadku sprawdziło się zresztą; najważniejsze jednak, że rozstawałem się z nim w poczuciu niezmienności świata.

i to właśnie poczucie naruszyła dopiero grupka chłopców, którzy oczekując pociągu w gdyni głównej osobowej podśpiewując od czasu do czasu niech żyje nam rezerwa popijali piwo z puszki, w międzyczasie urządzając zawody w węża na telefonach komórkowych. tak oto upadają mity i tak kończą się armie; pewny jestem bowiem, że nie jest do służby wojskowej zdolny ten, który po wyjściu do cywila popija piwo z puszki zamiast staropolskiej z gwinta i gra w węża na telefonie komórkowym, zamiast ogłuszony wolności rykiem demolować mienie publiczne. dzisiaj jednak, widzę to wyraźnie, do wojska przyjmują zupełnych osesków, co za moich czasów było zupełnie nie do pomyślenia.
06 sierpnia 2007, 21:03:37
up