[jak już kiedyś wspominałem - dziennik lubimy bardziej, lecz jest to miłość trudna. przed dwoma tygodniami tekstem tomasza platy zainicjowana została dyskusja na temat politycznych wyborów (czy raczej: ich braku) pokolenia 20- i 30-latków; dyskusja trwała kilka dni, po czym urwała się nagle i bez zapowiedzi. w dniu publikacji ostatniego tekstu wysłałem na wskazany adres swoją wypowiedź; mailer-daemon poinformował, że z powodu błędu konfiguracji poczty na serwerze dziennika przesyłka nie została dostarczona. informację o błędzie wysłałem z kolei formularzem kontaktowym do obsługi serwisu www dziennika, z prośbą o wskazanie właściwego adresu docelowego - bez odpowiedzi. co sądzę wobec powyższego na temat polityki relacji zewnętrznych dziennika pozwolę sobie przemilczeć, tym bardziej, że domyślić się nietrudno. tekst wklejam poniżej; ze względu na istotny temat i bezkompromisowość tezy (której jestem gotów bronić) wyjątkowo dopuszczam możliwość komentowania. gdyby ktoś miał ochotę.]
Jeżeli z dotychczasowych wypowiedzi na temat obecności najmłodszego pokolenia w polskim dyskursie politycznym wypływa jakikolwiek wniosek wspólny - to chyba tylko ten, że dyskurs ów jest istotnie nieadekwatny do potrzeb i oczekiwań pokolenia dwudziestokilku- i trzydziestolatków.
Podzielam tę opinię; więcej - poczucie istnienia poszerzającego się pęknięcia, oddzielającego elementy rzeczywistości doświadczanej na co dzień przeze mnie i moich rówieśników od elementów tworzących zawiesinę medialnego, politycznego dyskursu, staje się wyraźniejsze z każdym kolejnym rokiem. Odpowiedź na pytanie, czy proces ten jest odwracalny, jest jednak niemożliwa bez próby określenia jego genezy.
Kluczem do niej wydaje się zaś być pobieżna choćby analiza ostatnich stu lat historii naszego kraju; historii wyznaczanej przez wielkie momenty zwrotne: odzyskanie niepodległości, zakończenie drugiej wojny światowej, a wreszcie - zdobycie w 1989 roku suwerenności, kończącej ponadczterdziestoletni okres Polski Ludowej.
Każde z tych wydarzeń miało charakter rewolucyjny: całkowicie burzyło dotychczasowy porządek polityczny, wiążąc się przy tym z niemal całkowitą wymianą elit rządzących: dotychczasowe skazywane były każdorazowo na nieunikniony, głuchy, drwiący śmiech nowych pokoleń (choć nie od rzeczy będzie zauważyć, że w przypadku ostatniej wolty śmiech ów był tyleż drwiący, co bezsilny). Nową rzeczywistość zasiedlały równie nowe elity; krew wysychała nieodmiennie szybko. Co zaś wydaje się najważniejsze: zachowywana była pewna adekwatność dyskursu politycznego i rzeczywistości (przy czym mniej więcej do roku 1981 w roli dyskursu politycznego występował kurs partyjny, będący w dodatku elementem nadrzędnym tej relacji).
Sęk w tym, że po roku 1989 nastąpiła jeszcze jednak wielka zmiana: obyła się ona bez wystrzałów, manifestów i płomiennych przemówień - nastąpiła płynnie, bezgłośnie i daleko od Warszawy. Jej zwiastunami były nie czołgi na ulicach, ale cienkie i nierzucające się w oczy kable, którymi do setek tysięcy domów popłynął sygnał telewizyjny z anten satelitarnych - i przewody, za pośrednictwem których uzyskaliśmy dostęp do globalnej sieci. Formalne włączenie Polski do struktur Zachodu nie było zaś - jak wydawało się naszej klasie rządzącej - ukoronowaniem politycznego wysiłku i wielkim otwarciem nowego etapu, a raczej pewnym symbolicznym gestem i oficjalnym zakończeniem etapu poprzedniego. Słynne słowa, że nie trzeba Polski wprowadzać do Europy, bo Polska jest w niej od dawna, miały sens głębszy, niż mogło się wydawać. Prawdziwa Czwarta Rzeczpospolita zaczynała się w przestrzeni równoległej już wtedy, kiedy trwał złoty wiek Trzeciej.
Płynność, amorficzność i zacieranie granic nie sprzyja jednak refleksowi polityków, bezkrwawe rewolucje nie mają zaś w zwyczaju pożerania własnych dzieci. Dla nich to dobra wiadomość, dla nas - niestety gorsza. Myli się bowiem Jakub Żulczyk, kiedy twierdzi, że problemy takie, jak lustracja albo pochodzenie majątków oligarchów, nie są problemami tego państwa. Przeciwnie: to są bardzo ważne problemy tego państwa. Naszym najważniejszym problemem jest zaś to, że państwo, w którym przyszło nam żyć, nie jest naszym państwem.
Mam bowiem nieodparte i nieodosobnione wrażenie, że polityczna czasoprzestrzeń tego kraju uległa rozszczepieniu: przez osiemnaście lat - głównie z winy pewnej części elit, ale i z powodu nieudolności innej - nie udało się uprzątnąć szlamu, pozostawionego przez PRL, w efekcie zaś niemal wszystkie stare problemy pozostają nieodmiennie aktualne. Niestety, oprócz nich pojawiły się problemy zupełnie nowe, dla nas znacznie pilniejsze, wymagające zdecydowanej reakcji tu i teraz, a przez rządzące elity niedostrzegane wcale, bądź postrzegane w sposób wypaczony, owocujący absurdalnymi rozwiązaniami (vide - tzw. polityka prorodzinna).
I doprawdy niewielką tylko hiperbolizacją byłoby wyznaczenie młodym politykom pierwszego zadania, polegającego na zgaszeniu światła w pomieszczeniu, w którym dotyczasowe elity bój stoczą swój ostatni i w swoim wielkim finale zanihilują się wzajemnie z głośnym sykiem. Drugim zadaniem mogłoby zostać wystawienie w tym miejscu pomnika z napisem "chwała bohaterom" - ich spory idą bowiem w istocie o rzeczy najważniejsze, tyle, że stosowane egzemplifikacje owych ponadczasowych idei pochodzą z innego świata. Tego, który można było wyczerpująco opisać językiem ideologicznych wojen i który powinien był walczących pogrzebać pod swoimi gruzami (chociaż, co istotne, w obliczu tej symbolicznej śmierci doprawdy nie wszyscy byliby równi).
Istniejący system w praktyce uniemożliwia jednak pojawienie się owych młodych, którzy mogliby zgasić światło: "ja" to mniej niż 5%, a skoro tak - prawo nie przewiduje mojej reprezentacji w parlamencie. Niezależnie od tego, czy głosuję na Unię Polityki Realnej, czy przeciwnie, na Zielonych 2004 albo Partię Kobiet. Nowotworowy układ trzypartyjny, jaki wyrasta na naszych oczach z żyznego podłoża ordynacji proporcjonalnej, pozostawia nam - niezależnie od tego, czy swoje prawo wyborcze chcemy realizować czynnie czy biernie - wybór między bigosem, śledziem i kiełbasą, podczas kiedy mielibyśmy ochotę raczej na cytrusy. Nic dziwnego, że w tej sytuacji najwłaściwszym wyborem okazuje się często brak wyboru.
Mimo tego radykalnego osądu jestem równie daleki jak Konrad Werner od dyskutowanej tu wcześniej tezy, że młodość jest w polityce wartością samoistną i legitymizującą; daleki jestem także od gloryfikowania tej specyficznej normalności, którą Zuzanna Ziomecka upatruje w możliwości "podglądania na scenie teatru życia dwóch lesbijek poetek walczących o swoje miejsce w stolicy". Co jednak wydaje mi się pewne - to że nieuniknionym skutkiem widocznej już dzisiaj trwałej nieobecności naszych reprezentantów w realnym życiu politycznym będzie poszerzanie się owego pęknięcia, o którym wspominałem na początku.
Dzisiaj, debatując na łamach "Dziennika", wciąż jeszcze jesteśmy w sytuacji stosunkowo komfortowej - właśnie dlatego, że przestrzeń naszego dyskursu wyznaczana jest przez miękkie, nieostre pojęcia: "świadomość polityczno-historyczna", "generacyjna rewolucja", "język klasy politycznej". Dzisiaj wciąż jeszcze możemy uspokajać się tezą, że skoro młodych w polityce nie widać, to najwidoczniej chwilowo nie ma takiej potrzeby - ale już we wtorek, a najdalej za rok od wtorku, wszystko się jakoś poukłada.
Ten komfort może jednak bezpowrotnie zniknąć za lat kilkanaście, kiedy cały ciężar utrzymania państwa budowanego przez obecne elity spocznie na naszych barkach - i kiedy, w obliczu zastąpienia rozległej przestrzeni miękkich pojęć przez nagle odkrytą pustynię twardej rzeczywistości, owo dojmujące poczucie, że to nie nasze państwo, stanie się powszeche.
