to jest ostatni przedział w ostatnim wagonie. w przedostatnim światło jest zgaszone, ale w mdłym blasku lamp z korytarza widać siedzącą przy drzwiach młodą kobietę. włosy blond, zadbana. proste, harmonijne rysy: uroda wyraźna i trywialna, ale przed ordynarnością ratuje ją ten specyficzny błysk w oczach; agresywna samiczość, przyciągająca wzrok i maskująca tym samym jasność czoła, zdradzającą zupełny brak jakiejkolwiek refleksji. pociąg zatrzymuje się, kobieta wysiada. odprowadzam ją wzrokiem z okna, mimowolnie i instyktownie: idzie wzdłuż peronu, kołysząc lekko biodrami. spoglądam na zabudowania stacji, jednej z tych, których nazwy zapomina się natychmiast; z zamyślenia wyrywa mnie dopiero twarz łysiejącego konduktora, wychylającego się z ostatnich drzwi - spogląda na pośladki kobiety łakomie i pożądliwie, odsłaniając w mimowolnym grymasie zęby. pociąg rusza, siadam na swoim miejscu, konduktor zatrzaskuje drzwi - a potem szybko wsuwa się do przedziału, z którego ona wysiadła, przekręca klucz od wewnątrz i długo, starannie zasuwa zasłony.
26 listopada 2007, 15:49:18
prawdą jest, że podróże kształcą, nawet jeżeli są to podróże z siatką na zakupy do pobliskiego hipermarketu real. parę dni temu przy kasie szybkiej obsługi stał przede mną facet - ani gruby, ani chudy, ani stary, ani młody, ani obdarty, ani elegancki - z koszykiem pełnym a to pogiętych puszek fasolki po bretońsku (w ilościach pozwalających na tygodniowe wyżywienie kompanii wojska w czasie manewrów), a to przydeptanych batoników, a to chlebka szkolnego w nieco pękniętej plastykowej trumience, i jeszcze sosu bolońskiego w słoiku z równą, że tak powiem, zawartością zawartości wewnątrz i na zewnątrz. wszystko z naklejką przecena na kodzie kreskowym; zazwyczaj sfatygowanym, więc wbrew nominalnej szybkości obsługi kasjerowi ręczne wprowadzenie kodów zajęło coś koło kwadransa, przy akompaniamencie sarkań i dentalnych zgrzytnięć wydawanych przez współkolejkowiczów. kiedy zaś nareszcie ostatnia puszka fasolki trafiła do siatki i kasjer westchnąwszy z ulgą zaordynował 8,97 facet wykonał manewr, dzięki któremu w ciągu sekundy wyprzedził o rok świetlny wszystkich radykalnych antykorporacjonistów i innych zażartych wrogów konsumpcjonizmu, produkujących sążniste socjologiczne elaboraty w zaciszu uniwersyteckich kanciap za pieniądze z redystrybucji - wyciągnął bowiem kartę stałego klienta i kartę kredytową, za jednym zamachem urywając realowi parę procent dodatkowej zniżki i przerzucając na bank koszt całych zakupów na dni, zapewne, pięćdziesiąt. dał nam przykład jan kowalski, jak z systemem walczyć.
11 listopada 2007, 23:04:06
a poza tym w empikach powinien już być 43. numer frondy, w którym znaleźć można m.in. mój tekst pod nieco przydługim (i ukradzionym mrożkowi) tytułem tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach użytkowych. tytuł od czapy, bo i temat od czapy, mianowicie: młoda polska lewica. zgodnie z zaskakującym przypisem na końcu tekstu młoda polska lewica w osobach piotra mareckiego i igora stokfiszewskiego nie pogniewała się na mnie i nadal się lubimy. co mnie bardzo cieszy, bo to fajne chłopaki - nawet jeżeli ideologicznie zbłądzili i będziemy musieli ich z przykrością rozstrzelać natychmiast po przejęciu władzy.
08 listopada 2007, 21:05:33
zaprawdę: ten tylko pojąć może, jak dalece śmierć została wyrzucona w naszej kulturze poza nawias rzeczywistości, kto stał wieczorem w dwudziestometrowej kolejce w jedynym w promieniu dwóch kilometrów sklepie spożywczym otwartym w święto zmarłych. ja stałem - i dziś, ocalony, muszę złożyć świadectwo: byłem bowiem świadkiem cudu i nawrócenia. cud był taki: całe społeczeństwo, powróciwszy z mogiłek, głosowało jawnie i jednogłośnie na jedną partię, a imię jej zero siedem. nawrócenie zaś takie: jeden człowiek przyszedł po masło i serek topiony, i gdy po wielkim czasie nadeszła jego godzina, rzekł był: masło i serek topiony, wykładając na ladę. i cisza zaległa w kolejce, a w ciszy tym donośniej zabrzmiał surowy głos sprzedawcy: i to wszystko?. i widzieli wszyscy, jak człowiek ów zesromał się, wiedząc, że czyni wbrew woli narodu. i każdy, kto widział, może poświadczyć, że bez podszeptów spłynęło na niego objawienie, gdy dodał: to może jeszcze zero jeden wódki. lecz wciąż surowy był głos sprzedawcy, kiedy go pytał: na pewno tylko zero jeden?. i wtedy pojął ów człowiek i uzdrowiony wykrzyknął: a daj pan od razu połówkę - a ludzie z kolejki ręce wznieśli ku niebu, uradowani. widziałem go później za winklem, jak wlewał z gwinta, a jak wróciłem dokupić jeszcze śledzi, bo za pierwszym razem zapomniałem, to spał już na ławce nieopodal. a światłość wiekuista rozjaśniała twarz jego.
04 listopada 2007, 22:28:14
up