1. chciałem napisać, że nowy rok powitałem leżąc w łóżku i próbując obejrzeć zakupioną w pobliskim hipermarkecie
śmierć komiwojażera, ale już wyraz
powitałem byłby cokolwiek nie na miejscu. niczego nie witałem, obyło się także bez pożegnań. po prostu leżałem, dustin hoffman miotał się po ekranie, młody malkovich palił szlugi, a mnie trafiał szlag, bo za oknem trwała w najlepsze kanonada, dla której właściwą ilustracją byłby raczej
szeregowiec ryan. albo nawet
czterej pancerni. w każdym razie kameralny dramat williego lomana nie zgrywał się z tłem dźwiękowym w żaden sposób. hoffman mamrotał więc pretensje pod adresem świata, ja mamrotałem pretensje pod adresem babć i matek społeczeństwa, a społeczeństwo radośnie darło ryja i odpalało petardy.
to nie jest tak, żebym ja nie lubił. ja czasem lubię. co prawda coraz rzadziej, ale jednak. i to nie jest tak, że ja zawsze i wszędzie muszę być na bakier. ja nic nie muszę. ale najbardziej nie muszę chlać wtedy, jak akurat wszyscy muszą (wzg. piórkową, kogucią). z kolei jak mi się już zbierze zwierzę, to ja je wyprowadzam w miejscu wyznaczonym i gronie zaufanym, a nie na chodniku, ulicy, placu, balkonie, klatce schodowej i ze wszystkimi z okolicy.
czyli, że tak powiem, sylwestrowa transgresja. i znikąd ratunku. gdzie wtedy byłyście, młode cipcie i gejowie młodzi, którzy produkujecie ochoczo te wszystkie elaboraty o prześladowaniu innego, którzy z taką troską pochylacie się za stypendia państwowe nad losem wyrzuconych poza nawias? szukałem was tej nocy ponurej, na cyklicznym zakręcie dziejowym wyrzucony daleko poza całą interpunkcję; a wy nie przyszliście do mnie.
co zresztą może i lepiej, jak się zastanowić.
2. pierwszą książkę, o której mam obowiązek wspomnieć, recenzowałem niedawno dla tygodnika powszechnego, łamiąc tym samym dane sobie ongiś przyrzeczenie, że żadną recenzją nie skalam się nigdy. dostałem więc zlecenie, nazwisko autora zapisałem sobie na kartce, bo niczego mi nie mówiło, książkę nabyłem i zacząłem czytać w pozycji zgodnej z przepisami bhp; skończyłem na klęczkach. autorem jest wojciech tochman, książka nosi tytuł
wściekły pies i jest zbiorem reportaży. przy czym muszę natychmiast przeprosić autora za użycie słowa jakim zwykło się określać także konfekcjonowane gówno publikowane w różnych kobiecych dodatkach do opiniotwórczych gazet.
dla tygodnika pisałem o mistrzowskim obrazowaniu i pytaniach, wobec których nie sposób przejść obojętnie - z państwem jednak znam się nie od dziś, więc proszę mi po prostu uwierzyć, że
ta książka jest warta swojej ceny, co zresztą samo w sobie jest zjawiskiem rzadkim. tochman, jak doczytałem w międzyczasie, był już dwukrotnie nominowany do nike - niechże go nominują po raz trzeci i niechże mu dadzą nagrodę. a kto potem spróbuje powiedzieć, że się nie należała, ten oby sparszywiał.
3. druga książka jest z zupełnie innej beczki. ale to zupełnie innej. tytuł ma
fotograf, a napisał ją wojciech bruszewski. pod którym to pseudonimem kryje się kurt vonnegut, opisujący swoje przygody z późnego peerelu. jak dla mnie bomba. strona książki jest
tutaj, kupić można
tutaj, a nawet należy. oczywiście książka nie jest o przygodach vonneguta w późnym peerelu; w rzeczywistości jest zbudowany z rozmachem, a bez utraty lekkości, postmodernistyczny projekt - ale to naprawdę nie są rzeczy, nad którymi chciałbym się rozwodzić o drugiej szesnaście. niemniej jeżeli komuś z państwa zostanie trzydzieści złotych po zakupieniu
wściekłego psa, to proponuję niezwłocznie wydać je na
fotografa. dla równowagi.
4. i nie wiem jak to możliwe, że dopiero niedawno sprawdziłem, kim właściwie jest amy winehouse - ale jak już sprawdziłem to uniesienie mnie nie opuszcza. żydówka z ulem na głowie, śpiewająca murzyńskim głosem o paniach, panach i rzeczach pomiędzy, a w wolnych chwilach pracowicie zmierzająca ku nieuchronnej samozagładzie w doprawdy rokendrolowym stylu - świat kocha takie historie. i w tym miejscu wyjątkowo ze światem się zgadzam.
5. windows vista to bardzo zły system. jak żyję nie widziałem gorszego systemu, a widziałem już nawet starego solarisa na złomowych terminalach.
6. ponadto zaś już wkrótce rzeczy spore, a nieco później, jak dobrze pójdzie, nawet wielkie.