bleets creeg tour


w niedzielę rano ruszamy w trasę: trzy dni, trzy koncerty, dwie stolice polski. wstępy wolne; pierwszy i trzeci anonsowane na last.fm, za to drugi - transmitowany live razem z czytaniem, w ramach blogtxt theatrefestival (informacja prasowa: tu).

gdzie szukać transmisji - sam jeszcze nie wiem, ale zgaduję, że w poniedziałek w serwisie blogtxt będzie jakieś info z linkiem; być może zdążę umieścić także i tu. ponadto w trakcie transmisji, czyli gdzieś pomiędzy 18:00 a 21:00, będzie można głosować na poszczególne blogi; na mój głosuje się wysyłając maila z tematem czerski na adres blogtxt@stary-teatr.pl. nie głosuje się zaś albo przez zaniechanie, albo przez oddanie głosu na konkurentów. jak tam kto woli.
25 stycznia 2008, 22:31:48
albo dzwoni do mnie taka i mówi:

- daj spokój, co ja mam z tymi dziennikarzami! dzwoni toto, wypytuje, telefon muszę wyłączać. spać by nie dali. tu miesięcznik twój telefon, proszę nam opowiedzieć o swoim logo na tapecie. albo z telewizji lokalnej, że robią program o ludziach, którzy przyjechali do warszawy z prowincji i odnieśli sukces. niby że to o mnie. wyobrażasz sobie? jakbym wieśniaczką była jakąś, co warszawy wcześniej nie widziała!

a potem:

- no to pa, kochana, pa, muszę wychodzić. mam jeszcze wpaść do agory, a zupełnie nie wiem gdzie to jest.
22 stycznia 2008, 22:51:31
słowo w uchu

po wszystkim będzie relacja video, niech więc nie tracą nadziei mieszkańcy zbąszynia, koziegłów i warszawy.
22 stycznia 2008, 00:03:05
1. chciałem napisać, że nowy rok powitałem leżąc w łóżku i próbując obejrzeć zakupioną w pobliskim hipermarkecie śmierć komiwojażera, ale już wyraz powitałem byłby cokolwiek nie na miejscu. niczego nie witałem, obyło się także bez pożegnań. po prostu leżałem, dustin hoffman miotał się po ekranie, młody malkovich palił szlugi, a mnie trafiał szlag, bo za oknem trwała w najlepsze kanonada, dla której właściwą ilustracją byłby raczej szeregowiec ryan. albo nawet czterej pancerni. w każdym razie kameralny dramat williego lomana nie zgrywał się z tłem dźwiękowym w żaden sposób. hoffman mamrotał więc pretensje pod adresem świata, ja mamrotałem pretensje pod adresem babć i matek społeczeństwa, a społeczeństwo radośnie darło ryja i odpalało petardy.

to nie jest tak, żebym ja nie lubił. ja czasem lubię. co prawda coraz rzadziej, ale jednak. i to nie jest tak, że ja zawsze i wszędzie muszę być na bakier. ja nic nie muszę. ale najbardziej nie muszę chlać wtedy, jak akurat wszyscy muszą (wzg. piórkową, kogucią). z kolei jak mi się już zbierze zwierzę, to ja je wyprowadzam w miejscu wyznaczonym i gronie zaufanym, a nie na chodniku, ulicy, placu, balkonie, klatce schodowej i ze wszystkimi z okolicy.

czyli, że tak powiem, sylwestrowa transgresja. i znikąd ratunku. gdzie wtedy byłyście, młode cipcie i gejowie młodzi, którzy produkujecie ochoczo te wszystkie elaboraty o prześladowaniu innego, którzy z taką troską pochylacie się za stypendia państwowe nad losem wyrzuconych poza nawias? szukałem was tej nocy ponurej, na cyklicznym zakręcie dziejowym wyrzucony daleko poza całą interpunkcję; a wy nie przyszliście do mnie.

co zresztą może i lepiej, jak się zastanowić.

2. pierwszą książkę, o której mam obowiązek wspomnieć, recenzowałem niedawno dla tygodnika powszechnego, łamiąc tym samym dane sobie ongiś przyrzeczenie, że żadną recenzją nie skalam się nigdy. dostałem więc zlecenie, nazwisko autora zapisałem sobie na kartce, bo niczego mi nie mówiło, książkę nabyłem i zacząłem czytać w pozycji zgodnej z przepisami bhp; skończyłem na klęczkach. autorem jest wojciech tochman, książka nosi tytuł wściekły pies i jest zbiorem reportaży. przy czym muszę natychmiast przeprosić autora za użycie słowa jakim zwykło się określać także konfekcjonowane gówno publikowane w różnych kobiecych dodatkach do opiniotwórczych gazet.

dla tygodnika pisałem o mistrzowskim obrazowaniu i pytaniach, wobec których nie sposób przejść obojętnie - z państwem jednak znam się nie od dziś, więc proszę mi po prostu uwierzyć, że ta książka jest warta swojej ceny, co zresztą samo w sobie jest zjawiskiem rzadkim. tochman, jak doczytałem w międzyczasie, był już dwukrotnie nominowany do nike - niechże go nominują po raz trzeci i niechże mu dadzą nagrodę. a kto potem spróbuje powiedzieć, że się nie należała, ten oby sparszywiał.

3. druga książka jest z zupełnie innej beczki. ale to zupełnie innej. tytuł ma fotograf, a napisał ją wojciech bruszewski. pod którym to pseudonimem kryje się kurt vonnegut, opisujący swoje przygody z późnego peerelu. jak dla mnie bomba. strona książki jest tutaj, kupić można tutaj, a nawet należy. oczywiście książka nie jest o przygodach vonneguta w późnym peerelu; w rzeczywistości jest zbudowany z rozmachem, a bez utraty lekkości, postmodernistyczny projekt - ale to naprawdę nie są rzeczy, nad którymi chciałbym się rozwodzić o drugiej szesnaście. niemniej jeżeli komuś z państwa zostanie trzydzieści złotych po zakupieniu wściekłego psa, to proponuję niezwłocznie wydać je na fotografa. dla równowagi.

4. i nie wiem jak to możliwe, że dopiero niedawno sprawdziłem, kim właściwie jest amy winehouse - ale jak już sprawdziłem to uniesienie mnie nie opuszcza. żydówka z ulem na głowie, śpiewająca murzyńskim głosem o paniach, panach i rzeczach pomiędzy, a w wolnych chwilach pracowicie zmierzająca ku nieuchronnej samozagładzie w doprawdy rokendrolowym stylu - świat kocha takie historie. i w tym miejscu wyjątkowo ze światem się zgadzam.



5. windows vista to bardzo zły system. jak żyję nie widziałem gorszego systemu, a widziałem już nawet starego solarisa na złomowych terminalach.

6. ponadto zaś już wkrótce rzeczy spore, a nieco później, jak dobrze pójdzie, nawet wielkie.
17 stycznia 2008, 03:05:06
up