kiedy było już jasno śniło mi się, że przypłynąłem na wyspę wolin. na której nigdy nie byłem. miałem się dostać na przeciwległy kraniec (do jakiegoś domu kultury? urzędu?). czekałem na (przeprawę promową? pekaes?) z miejscowymi, ubranymi głównie w waciaki i walonki. mieli zniszczone twarze i żylaste ręce. dookoła był wydmowy piasek i śnieg, dużo śniegu. nagle zatrzymał się duży samochód terenowy, z którego wychylił się facet, mniej więcej pięćdziesięcioletni, łysiejący, w okularach ze złoconymi oprawkami. zapytał czy kogoś podwieźć. miejscowi zachowywali się dziwnie. jakby udawali, że nie słyszą. wszyscy spoglądali gdzieś w bok: na morze, na wydmy, na ten śnieg. pomyślałem, że to jakaś honorowa kwestia, że pokazują łaski bez, więc powiedziałem, że owszem, ja się zabiorę. w samochodzie facet przedstawił się jako miejscowy lekarz i powiedział, że jedzie na drugi koniec wyspy, ale po drodze musi zabrać jakieś dokumenty od siebie. zajechaliśmy pod jego dom, na zboczu jakiejś góry. z zewnątrz wydawał się spory, a przy tym spoglądając wiedziało się od razu, że jest jeszcze większy, że częściowo schowany jest w tej górze. wszystko było takie trochę jak z zamku kafki. którego zresztą nie doczytałem. weszliśmy do czegoś na kształt garażu, facet wskazał mi wejście po drabince do części mieszkalnej. po drodze zajrzałem do jednego z piwnicznych pomieszczeń, a tam na stołach leżało kilkanaście ciał przykrytych czarną folią. facet uśmiechnął się przepraszająco i powiedział: nie ma po co zaglądać, to przykry widok, ale wie pan, jestem jedynym lekarzem na wyspie, więc przechowywanie zmarłych należy do moich obowiązków. wszedłem po drabince i znalazłem się w olbrzymim korytarzu (sądowym? uniwersyteckim?), który ciągnął się przez setki metrów, a po obu stronach były wielkie, trzyskrzydłowe drzwi. jedne tylko były uchylone: w środu siedziało na rozłożonym kocu małe dziecko i bawiło się klockami. siedziało tyłem do mnie, ale od razu zauważyłem, że jest w nim coś dziwnego. miało bardzo mocną, masywną szyję i zbyt dużą, nieco kwadratową głowę, z jakimś nieregularnym guzem porośniętym kępką rzadkich włosów. jakby chore na progerię. nie przyglądałem się dłużej, a wkrótce potem korytarz skończył się spiralą schodów prowadzących w dół olbrzymiego salonu - schodząc zobaczyłem, że niżej są jeszcze dwa takie same korytarze. w salonie facet w okularach znad jakichś papierów zaproponował herbatę, ale podziękowałem, mówiąc, że nieco się spieszę. w takim razie zaraz wyruszymy - powiedział - muszę tylko wydać kilka dyspozycji. kiedy wyszedł spojrzałem przypadkiem na papiery, które przeglądał: to był rodzaj statystycznych zestawień, sumujących urodzone dzisiaj dzieci. matką wszystkich była jedna kobieta (samica?), ojcami jej synowie i synowie jej synów. byłem w laboratorium szaleńca, który prowadził chów wsobny ludzi, byłem w powiększonej stukrotnie wersji domu peacocków; a ciała, które widziałem w piwnicy, były ciałami takich jak ja, którzy zbłądzili tu wcześniej.
obudziłem się w południe. o drugiej znalazłem smsa - artur, z którym nie kontaktowałem się od dwóch albo trzech tygodni, przysłał pozdrowienia. zaczynały się od słów: jesteśmy na wyspie wolin.
boże, miej ich w swojej opiece.

