słowo w uchu
25 marca 2008, 01:17:05
z internetu prowadzę tu:

http://czerski.soup.io/

kiedyś, dawno, różne takie newsy dnia próbowałem zamieszczać w małym blogu po prawej - świat jednak przyspieszył jeszcze bardziej i niejednemu newsowi na imię breaking. ponadto zaś myliły mi się już osoby którym wypada przekleić różne pouczające i ubogacające wewnętrznie znaleziska. wobec czego wszystko będzie w jednym miejscu i jak ktoś chce, to może sobie rss-em śledzić. (nasuwa się tu natychmiast idiotyczne dopowiedzenie: albo makrelić, ale żarcików na poziomie gimnazjum nie znajduję zabawnymi, więc będę się od nich powstrzymywać).
22 marca 2008, 16:11:15
(ja z zasady nie podpisuję się pod żadnymi listami, apelami i rezolucjami obywatelskimi, nie chodzę z transparentami pod konsulaty, a marsze równości i wolności omijam szerokim łukiem - ale pomysł organizowania olimpiady w pekinie jawi mi się konceptem ściśle montypythonowskim. głęboko wierzę, że koniec końców chiny wygrają; ze wszystkimi: z tybetańczykami, z zachodem, ze światem islamskim, nawet z najeźdźcami z kosmosu - bo w końcowym rozrachunku liczy się zawsze skuteczność i cywilizacyjne rezerwy mięsa armatniego, a nie prawa człowieka, trzydziestogodzinny tydzień pracy i doktryny wojenne zakładające zero koma zero coś strat własnych. chiny zwyciężą wszystkich, a w bilansie gatunkowym to będzie nawet słuszne i zbawienne. tymczasem jednak mamy rok 2008 i nawet, jeżeli zachód wonieje już trupem dosyć wyraźnie, to naprawdę jeszcze nie trzeba trzymać mordy na kłódkę. a jeżeli istnieje jeszcze jakakolwiek przyzwoitość, to wymagałaby ona, aby to właśnie powiedzieć: olimpiada w pekinie to jak przyjęcie komunijne w kiepskim burdelu, z szambem wybijającym w łazience. nie ma szans, żeby się nie pobrudzić; zresztą sam mkol, wnioskując z zapowiedzi ostrych represji dla sportowców próbujących demonstrować solidarność z tybetańczykami, jest nie tylko pobrudzony, ale po prostu umazany gównem po uszy, z resztkami we włosach znamionującymi pełne zanurzenie. 57% respondentów uważa, że nie ma powodu do bojkotu igrzysk. chuj z nimi.)
21 marca 2008, 02:40:07


zły język z sąsiedniego pokoju syczy, że to o mnie, chociaż moim zdaniem wszelkie podobieństwa są czysto przypadkowe. niemniej stephena lyncha znajduję bardzo zabawnym, bardzo.
19 marca 2008, 21:13:19
(nie umiesz czytać? streszczenie)
---

- a w ogóle ten... "to nie jest kraj dla starych ludzi", czy jakoś tak, nie... film taki. jaaaa. normalnie zasnęłam. pierwszy raz zasnęłam chyba w kinie.
- taaaaa?
- no bez kitu. dwanaście miejsc mieliśmy zarezerwowanych w kinie, z przodu, ale już tam chuj. zasnęłam. mało mówili. dziwny film. na maksa dziwny. na maksa, wiesz.
- taaaaa?
- bez kitu. oglądałeś "apocalypso", film taki?
- nie.
- no to to było podobne. ten do "apocalypso" był podobny. tylko dużo gorszy. no ale jak nie oglądałeś to nie skumasz. to w ogóle mój najlepszy film na jakim byłam w kinie, "apocalypso". a na tym bez kitu zasnęłam. podobny tak ogólnie, ale dużo gorszy. trudny do skumania. mało mówili.
- taaaaa?


(dyskurs krytyczny zasłyszany w autobusie linii 85)



myślałem, że to pozimie - takie niedoszłe jeszcze, niedokonane przedwiośnie, ale to chyba coś więcej. coś mniej właściwie, bo coś bardziej gorszego to powinno być raczej coś mniej niż coś więcej. sypiam źle. budzę się nagle, późno, chociaż przed południem; w połowie drogi między zdrową większością a wyraźnym marginesem. budzę się i zaraz myślę źle. jeszcze nie wiem jak mam na imię, jeszcze nie wiem którędy do kuchni, a już myślę źle. jeszcze, za przeproszeniem, bielizny nie założyłem, a już ubrany jestem w koszulkę z napisem WYPIERDALAĆ. wielkimi literami, bez ekskluzji drobnym drukiem. literami wielkimi, lecz nie dosyć - skoro wciąż i wciąż pchają się ku mnie ludzie pragnący najwyraźniej usłyszeć to samo bezpośrednio. słyszą więc, bez wyjątków dla wieloletnich przyjaciół i najbliższej rodziny.

żeby to było jasne: nigdy dotąd nie byłem równie wesół i radosny. oraz przepełniony wewnętrznym szczęściem. w związku z czym nieuknikniona, głęboko ludzka, mentalna nędza boli mnie w oczy i razi w uszy bardziej niż kiedykolwiek. gdybym wiedział jak obsługuje się pocztę głosową sieci era gsm, nagrałbym na niej komunikat powitalny o treści spierdalaj. gdybym miał czas na studiowanie dokumentacji serwera pocztowego, uruchomiłbym autoresponder o treści spierdalaj. gdyby mieszkanie, które zajmuję wespół z konkubiną, było moje - na drzwiach przybiłbym tabliczkę z napisem spierdalaj. listonoszu, akwizytorze, pracowniku gazowni i roznosicielu ulotek reklamowych; prezenterzy, spikerzy, viva najpiękniejsi - spierdalajcie. kominiarze, pisarze, redaktorzy gazet - spierdalajcie. bracia, siostry, przyjaciele - spierdalajcie, odejdźcie, nie wracajcie więcej. niech noga wasza nie postanie, niech oko wasze nie dostrzeże, niech ucho wasze nie usłyszy, język niech nie wypowie. rozum nie obejmie.

to oczywiście nie jest postawa szczególnie oryginalna w wymiarze ogólnym, ale w tym przedziale wiekowym (co tu kryć, dwadzieścia siedem lada moment) świadcząca już o pewnym problemie.

kolega mętniak opowiadał mi ostatnio, jak wracał, powłócząc nogami, z wyjątkowo intensywnego, kilkudniowego upodlenia, gdy za rękaw szarpnął go świadek jehowy, ze słowami: jak pan sądzi, czy dla tego świata jest jeszcze jakaś nadzieja?. i z pismem w dłoni, przygotowanym do wręczenia. kolega mętniak spojrzał na niego wzrokiem bardzo zmęczonym - i zmęczonym równie głosem odrzekł: dla tego świata, proszę pana, nie ma już żadnej nadziei. jeżeli wierzyć koledzę mętniakowi - głos ów był tak zmęczony, intonacja zaś tak ponura, że po raz pierwszy w historii towarzystwa biblijnego i traktatowego w oczach świadka coś nieodwracalnie zgasło, a w pozostałej pustce zamajaczyło ponure zwątpienie.

kolega mętniak mówił mi także, że chciałby mieć syna; a posiadając - oczekiwać dnia, w którym ów dorośnie i przyjdzie do niego z twarzą wygietą w grymasie nagłego, bolesnego zrozumienia i z oczami poszerzonymi trwogą zapyta: ojcze, ale PO CO? - na co kolega mętniak odpowie: kiedy zadałem sobie to samo pytanie, synu, spłodziłem ciebie. teraz ty się martw. i byłaby to najuczciwsza ze znanych odpowiedzi.

mając lat kilkanaście twierdziłem, że jestem kieszonkowym mesjaszem. urodziłem się, aby zbawić świat, tymczasem kosmicznej energii nie wystarcza mi nawet na zbawienie własne. dzisiaj, bogatszy o poznane liczne pobieżnie poznane (niewielka to ujma: poza przeliczalnymi na palcach jednej ręki wyjątkami nikt o niczym nic nie wie i na niczym się nie zna, co nikomu nie przeszkadza pierdolić bez zażenowania najstraszliwszych bzdur na dowolny temat) konteksty kulturowe mogę śmiało zredefiniować tę autocharakterystykę: jestem kieszonkowym bodhisattwą. wypełnia mnie najgłębsze współczucie dla wszystkiego co żyje, ze szczególnym uwzględnieniem przedstawicieli gatunku ludzkiego; pechowo jednak wszystko, co żyje, ze szczególnym uwzględnieniem przedstawicieli gatunku ludzkiego, ma moje współczucie głęboko w dupie. zamiast pogłębiania swojego rozwoju duchowego i żmudnego analizowania egzystencjalnej sytuacji, prowadzącego do poszerzenia świadomości i osiągnięcia stanu podszytego fatalizmem wewnętrznego wyciszenia, zadowalając się kretyńskim podrygiwaniem i zawracaniem dupy. ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, ale co jeżeli umrę przed innymi?

co zresztą przypomina mi, że ostatnio w kinie byłem na filmie control (dziękuję bartoszowi muszyńskiemu za przekazanie biletu wygranego w konkursie), który też mnie wkurwił - bo szczególnie wkurwiają mnie filmy, których scenarzyści spędzili kilkaset godzin, konstruując w trudzie i znoju opowieść o gościu, któremu twórcze sukcesy przychodzą lekko, bezproblemowo i nie wiedzieć kiedy; a jedynym poważnym zmartwieniem jest takie oto, że trudno pogodzić dymanie jednej laski z małżeństwem z inną. z całym szacunkiem dla iana curtisa - jakbym spotkał bohatera tego filmu to dałbym mu w ryja.

wyczerpawszy uprzednio listę innych zasłużonych, a jest ona długa.



CZY OKAZAŁO SIĘ ŻE JESTEŚ MOIM IDOLEM CHOCIAŻ TAKOWYCH NIE MIEWAM????????.... NIE ODPISUJ... POTRZEBA CHWILI TO BYŁA... DOBRE TEKSTY PRZYZNAJĘ...

POZDRAWIAM
ANDZIA
17 marca 2008, 00:32:12
photoshopinism

bardzo mi się to podoba. ja rozumiem, że biedna kazimiera szczuka (której w tekście udaje się pokazać jakąś zaskakująco ludzką twarz mimo wysiłków dziennikarki i jej ciosanych siekierą fraz) nie miała zapewne wpływu na wybór leadu, ale zestawienie zapewnień o autentyczności i feministycznej odwadze bycia sobą z sesją zdjęciową, do której przygotowania zajęły makijażystce jakieś trzy godziny, a photoshopowy tuning grafikowi kolejne cztery - bezcenne. wielkich poświęceń, zaprawdę, wymaga krzewienie świadomości pośród czytelniczek twojego stylu.
01 marca 2008, 21:19:44
up