uczestniczenie w zespole estradowym ma kilka zalet, które dają się wszakże streścić do jednej podstawowej: zespoły niekiedy wyjeżdżają w trasy, a wyjazd w trasę jest jedną z pięciu najśmieszniejszych rzeczy na świecie; nawet jeżeli zespół jest jednym z pięciu najsmutniejszych zespołów w historii muzyki rozrywkowej. każda trasa obfituje w sytuacje anegdotyczne, w większości niekomunikowalne intersubiektywnie - bo jak powiem, że chłopak andżeli leży w pokoju, tak dobrze mu zrobiła, to tego nie zrozumie nikt, kto w bydgoskim hotelu nie rozmawiał o drugiej w nocy z andżelą, która właśnie
zrobiła dobrze swojemu chłopakowi. a jeżeli powiem, że jednoręki basista pink freud jest tak dobry, że pianista siedzi przy barze, bo nie ma co robić - to będzie to także dowcip bardzo hermetyczny. chociaż była to sytuacja nad wyraz zabawna. natomiast dzisiaj rano przypomniałem sobie inną sytuację z tego samego dnia, która nie była aż tak zabawna, ale za to nie wymaga rozbudowanego kontekstu.
rzecz dzieje się w poznańskim klubie jazzowym około godziny 17. zespół rozstawia graty: gramy za trzy godziny jako support pink freud. nagle zjawia się właściciel knajpy, wyglądający jak właściciel knajpy jazzowej, tj. stylowo. właściciel podchodzi i uprzejmie pyta:
- dzień dobry. czy panowie są może z zespołu pink freud?
- nie - odpowiada zespół - jesteśmy z zespołu towary zastępcze i gramy przed pink freud.
- aha - mówi właściciel - a o której w takim razie przyjadą muzycy?
następuje moment wesołej konsternacji, po czym ktoś z zespołu mówi:
- muzycy z pink freud przyjadą o dziewiętnastej.
- o, przepraszam najmocniej - mówi właściciel - może niezręcznie się wyraziłem. inaczej: o której przyjadą artyści?...