słowo w uchu
20 kwietnia 2008, 22:29:00
uczestniczenie w zespole estradowym ma kilka zalet, które dają się wszakże streścić do jednej podstawowej: zespoły niekiedy wyjeżdżają w trasy, a wyjazd w trasę jest jedną z pięciu najśmieszniejszych rzeczy na świecie; nawet jeżeli zespół jest jednym z pięciu najsmutniejszych zespołów w historii muzyki rozrywkowej. każda trasa obfituje w sytuacje anegdotyczne, w większości niekomunikowalne intersubiektywnie - bo jak powiem, że chłopak andżeli leży w pokoju, tak dobrze mu zrobiła, to tego nie zrozumie nikt, kto w bydgoskim hotelu nie rozmawiał o drugiej w nocy z andżelą, która właśnie zrobiła dobrze swojemu chłopakowi. a jeżeli powiem, że jednoręki basista pink freud jest tak dobry, że pianista siedzi przy barze, bo nie ma co robić - to będzie to także dowcip bardzo hermetyczny. chociaż była to sytuacja nad wyraz zabawna. natomiast dzisiaj rano przypomniałem sobie inną sytuację z tego samego dnia, która nie była aż tak zabawna, ale za to nie wymaga rozbudowanego kontekstu.

rzecz dzieje się w poznańskim klubie jazzowym około godziny 17. zespół rozstawia graty: gramy za trzy godziny jako support pink freud. nagle zjawia się właściciel knajpy, wyglądający jak właściciel knajpy jazzowej, tj. stylowo. właściciel podchodzi i uprzejmie pyta:

- dzień dobry. czy panowie są może z zespołu pink freud?
- nie - odpowiada zespół - jesteśmy z zespołu towary zastępcze i gramy przed pink freud.
- aha - mówi właściciel - a o której w takim razie przyjadą muzycy?

następuje moment wesołej konsternacji, po czym ktoś z zespołu mówi:

- muzycy z pink freud przyjadą o dziewiętnastej.
- o, przepraszam najmocniej - mówi właściciel - może niezręcznie się wyraziłem. inaczej: o której przyjadą artyści?...



15 kwietnia 2008, 00:02:38
w niedzielę towary zastępcze ruszają w krótką trasę, o której informuję mimochodem. mimochód wynika ze świeżości materiału, znajdującego się gdzieś pomiędzy fazami alfa i beta raczej, niźli etapem rc, o 1.0 nie wspominając.

w niedzielę jesteśmy w mózgu, w poniedziałek supportujemy pink freud w poznaniu, we wtorek zaś dwukrotnie gramy we wrocławiu w ramach nurtu off ppa. godziny rozpoczęcia i inne detale znaleźć można tutaj.

cała rzecz wedle wersji obowiązującej aktualnie nosi nazwę dolne miasto; w programie ppa figuruje jako ostatnia tajemnica weroniki d., ale to tylko dlatego, że coś trzeba było wpisać od ręki. całość jest niezwykle postmodernistyczna, tj. nikt nie łapie się w chronologii, broniewski miesza się z szymborską, detektyw z mordercą, a martwe ciało kobiety jest zmieszane od samego początku. niemniej mi się całkiem podoba, bo w jednym kawałku na chwilę podnoszę głos. a co jak co, ale ryknąć sobie czasem lubię. ile w końcu można rezonować na najniższych rejestrach.

tak więc - zapraszamy.


ps. w niemczech ukazał się właśnie jahrbuch polen 2008 jugend, w którym występuję trochę jako polenjugend, lecz nie o tym chciałem. chciałem o informacji prasowej, zawierającej takie oto zdanie. znajduję je nad wyraz zabawnym, chociaż właściwie nie wiem dlaczego.
03 kwietnia 2008, 22:55:16


(gość: macierzyński; prowadzenie: czerski/dąbrowski; wizualizacje: vj kinetofon)

umieszczam z opóźnieniem, gdyż wydawało mi się, że umieściłem to już wcześniej. a to echo grało.

wczoraj skończyłem rok dwudziesty i siódmy. gdybym był hendriksem, morrisonem albo cobainem - mógłbym już śmiało kłaść sobie pod głowę worek z piaskiem zamiast poduszki. żeby się przyzwyczajać. następne ryzykowne momenty wypadają za lat sześć (33), siedemnaście (44) i czterdzieści dwa (69); a dalej to już tylko matuzalem.
02 kwietnia 2008, 00:27:31
up