słowo w uchu
20 maja 2008, 15:20:50
dzisiaj o 21:21 w gdańsku przyszło na świat dorodne dziecko płci męskiej, będące moim synem. na pierwsze mu marek (ładne imię, międzynarodowe, i cesarz był taki, dobry pisarz, smutny, i ewangelista, jeden z czterech, to już nieźle - marek bieńczyk, terminal), na drugie - stanisław, a na trzecie - trzeci; obaj dziadkowie noszą bowiem ten sam zestaw imion. matka czuje się dobrze, dziecko czuje się dobrze, a ojciec czuje się wręcz znakomicie. pijmy zdrowie maleńkiego.
12 maja 2008, 23:23:58
video będzie wkrótce, ale audio już jest (uwaga: ponad 70MB!):

http://towary.art.pl/music/mim/Morze_i_inne_morza.mp3

link powyżej to zapis jedynego koncertu jednodniowego zespołu morze i inne morza w składzie mke baczewski (v), irek wojtczak (sax), sławek draczyński (b) i kuba świątek (dr). nagrania nie poprzedziły właściwie żadne próby, a jedynie uważna lektura tekstu przez muzyków - panowie więc, jak to się mówi, polecieli z klaty. i zrobili to doskonale; a że sam tekst należy do najlepszych w zasięgu pamięci wzrokowej i słuchowej, przeto słucham morza intensywnie od wielu dni.

Do czego potrzebne jest ojcostwo?
Na co światu ta przerażająca aberracja?
Ten papierek po niezjedzonym cukierku?
Nie można przez całe życie być poważnym.
Dlatego mężczyzna zostaje ojcem.
To tak, jakby ojcostwo było krzywym lustrem,
w którym przegląda się wiatr. I ty musisz
spróbować być kimś zupełnie nieprzydatnym.

Tylko syn może być krwią wytoczoną z krwi i kością
ulepioną z kości. Ojciec to mit powiewający na maszcie
mitu. To wyjście bez sytuacji, z której wyjść należy.


(zapis audio posiada oczywiście niedoskonałości właściwe bootlegom, nawet oficjalnym, w pierwszym zaś rzędzie - niewłaściwe poziomy nagłośnienia sekcji rytmicznej; bas może dudnić, ale ostatecznie i morze może dudnić, więc koniec końców wszystko pozostaje w rodzinie)
06 maja 2008, 14:18:22


(gość: wojciech tochman; prowadzenie: czerski/dąbrowski; wizualizacje: vj kinetofon)
06 maja 2008, 12:08:46
niewiele potrafi dać równie intensywne (choć trwające przecież tylko sekundę) złudzenie niezmienności świata, jak patykowate nóżki jakiejś czternastoletniej bździągiewki, wyłaniające się z króciutkiej spódniczki i jaśniejące przyciemnioną na solarium bielą skóry na przekór zapadającemu zmrokowi. spódniczce (dżinsowej) towarzyszy różowa bluzeczka, ordynarny makijaż i spalone farbowaniem włosy; bździągiewce towarzyszy zaś starszy od niej o jakichś osiem, może dziesięć lat chłopak w dresowych spodniach, okręcający sobie dookoła palca kluczyki do starego, oklejonego błyszczącymi nalepkami golfa, zaparkowanego nieopodal. idą do wypożyczalni video, za chwilę wybiorą jakiś film albo dwa, a potem pojadą do niego. jeżeli wezmą coś romantycznego, to pewnie wypierdoli ją na miejscu, w przeciwnym wypadku - raczej w samochodzie, po filmie, kiedy zamiast prosto pod dom jej rodziców pojadą jeszcze na taką polankę, niedaleko: w cieplejsze wieczory stoi tam zawsze kilka samochodów. tak było zawsze; i zawsze w sobotę na dworcu spotkać można było czternastoletnie bździągiewki ze starszymi o kilka lat chłopakami z fachem w ręku i jakimś sypiącym się gratem na parkingu. tamte, na których równie chude nóżki spoglądałem z bolesnym lękiem sam czternastoletni (i których równie chude nóżki wówczas wydawały mi się pełnymi, kształtnymi nogami kobiet) mógłbym dziś odnaleźć tylko w internetowym serwisie, ale nie chcę tego robić; nigdy nie czułem się tak stary jak w dniu, w którym odkryłem, że nazwiska moich pierwszych erotycznych fascynacji noszą dzisiaj podniszczone matrony, aktualnie w okresie przejściowym między trzecim dzieckiem a drugim rozwodem, i tylko czasem, na jednym ze zdjęć, w jakimś utrwalonym w pół drogi geście albo przechyleniu głowy dostrzec mogłem tamte dziewczęta, których opiętych dżinsami pośladków dotykaliśmy szybko jak gorącego żelazka gdzieś na schodach, na dużej przerwie, korzystając z tłoku i zamieszania. tak, czas upływa bez miłosierdzia, ale świat zmienia się znacznie wolniej: bździągiewka żuje gumę i spogląda pogardliwie na jakąś rówieśniczkę, czekającą na autobus - a w jej spojrzeniu jest wyższość najwyższa; taka wyższość, jaką można czuć tylko mając lat czternaście albo piętnaście, odsłonięte, nieco patykowate nogi, ordynarny makijaż i starszego chłopaka z czerstwą twarzą i własnym samochodem. tylko wtedy, kiedy cały wszechświat to jedna dzielnica niewielkiego miasta, zamieszkała przez setkę dzieciaków w podobnym wieku - bo tylko wtedy można przez chwilę czuć się wszechświata królową. za kilka miesięcy, może rok, nastąpi wielki wybuch; i dla nich nowe pojawią się lądy, inne szkoły i miasta - a ona zostanie tutaj z tym samym chłopakiem o czerstwej twarzy. nie na długo: będzie jeszcze pięciu albo sześciu innych, pierwsze dziecko, rozwód przed dwudziestką i wreszcie bilet lotniczy do luton. może tam coś się uda.
04 maja 2008, 01:46:27
up