- a w ogóle ten, no. jak mnie leczą, ty, tacy kolesie, co to wiesz. tacy metro, zrobieni na maksa. ostatnio jeden taki podbił do mnie na dysce, wiesz, ciemno, ciemno, a potem idziemy do baru, patrzę, a on taki, wiesz, na maksa wyemancypowany...
25 lipca 2008, 21:51:59
słyszałem kiedyś taką anegdotę o lekarzu-orzeczniku, który lubił sobie chlapnąć: przychodził do niego co kwartał facet bez nóg. przyjeżdżał zapewne raczej, niż przychodził. facet nogi stracił pod trawmajem, bo też lubił sobie chlapnąć; straciwszy zaś - poszedł na rentę. i tę rentę dostawał za każdym razem czasowo, więc co kwartał (pół roku? rok?) zjawiał się po zaświadczenie. ostatecznie trafił na moment, w którym lekarz był bardziej chlapnięty niż zwykle, dzięki czemu otrzymał opieczętowane urzędowo zaświadczenie następującej treści: FACETOWI UJEBAŁO OBIE NOGI I JUŻ MU KURWA NIE ODROSNĄ. renta została przyznana bezterminowo.

anegdota jest, to prawie pewne, zmyślona. tym lepiej - rację miał bowiem hłasko, że w literaturze liczą się tylko prawdziwe zmyślenia.

jestem alergikiem. nic nadzwyczajnego, żadne tam wstrząsy anafilaktyczne, żadne zapaści, nawet astmy nie mam. w okresie pylenia traw swędzą mnie oczy: mniej więcej tak, jakby ktoś sypał na nie drobniutko zmieloną sól. po dwa kryształki, po trzy. morfiny na to nie dają, ale dokuczyć umie i tę umiejętność realizuje. oczywiście, że tak sparafrazuję, są w ogrodach zioła przeciwko tej śmierci: bierze się tableteczkę raz dziennie, senność gwałtownie wzrasta, za to swędzenie maleje. i tak się jakoś powolutku, pomalutku czeka na jesień.

te właśnie tableteczki skończyły mi się trzy dni temu, więc poszedłem do pobliskiego ośrodka zdrowia. po receptę. bez recepty nie można.

pani w recepcji powiedziała, że nikt mi recepty nie wypisze bez oglądania, ale jak sobie życzę to może zarejestrować. na szesnastego września. a jak się nie podoba to mogę sobie pojechać do macierzystego zoz-u, tam mają kartę, to może wypiszą bez oglądania.

pojechałem do macierzystego zoz-u. książeczkę wzięli, kazali przyjść jutro. zapytałem, czy nie można dzisiaj, bo jestem już niemiejscowy. powiedzieli, że nie można.

alergię mam od jakichś dwunastu lat. sama nie przejdzie.

od ośmiu lat używam tego samego leku. nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek stosował go niezgodnie z przeznaczeniem. żaden tussipect czy acodin. skutki uboczne kompletnie nieatrakcyjne.

tak czy inaczej: wypisanie recepty zajmuje około dwóch minut.

podróż w jedną stronę z miejsca zamieszkania do macierzystego zoz-u trwa osiemdziesiąt minut i kosztuje cztery pięćdziesiąt.

dwie podróże tam i z powrotem trwają ponad pięć godzin i kosztują osiemnaście złotych.

wysokość obowiązkowej miesięcznej składki na ubezpieczenie zdrowotne wynosi dwieście pięć złotych i osiemdziesiąt siedem złotych.

ażeby ich chuj jasny strzelił.
22 lipca 2008, 22:45:48
krojąc pomidory myślałem o wałęsie*. jako o postaci literackiej. nie w kontekście tajnej współpracy, bo cała historia tw bolka z przyległościami i konsekwencjami to jest co najwyżej motyw na scenariusz dla spielberga. tymczasem jest tu coś znacznie ciekawszego i głębszego: straszliwa tragedia semantyczna. wężykiem, jasiu, wężykiem. tragedia semantyczna: dramat znaku, który uwierzył, że jest znaczeniem.

pierwsza klatka: mam może pięć, może siedem lat, matka opowiada o solidarności. miesza wątki, plącze się w chronologii; baśń jest jednak sugestywna - są siły dobra i siły ciemności, na czele strony jasnej stoi facet ze śmiesznym nazwiskiem i wąsami, hordą dowodzą pachołki rosji. dobrzy są nieskazitelni, źli to bestie: wiele miesięcy później przechodząc koło siedziby sb w gdańsku panicznie bałem się, że wartownik nagle mnie porwie, wciągnie do środka i zamęczy w podziemiach. druga klatka: zdrowie wasze, w gardła nasze - mówi wałęsa na ekranie telewizora, podnosząc w górę kieliszek. mam dziewięć lat: wystarczy, żeby czuć zażenowanie. trzecia klatka: mówi się, że wałęsa to prymityw marzący o cesarskim tronie, dyktator i antysemita. trochę się gubię. a może to było wcześniej? czwarta klatka: panu to ja mogę najwyżej nogę podać. znowu zażenowanie, chociaż myślę teraz, że miał rację. piąta klatka: mówi się, że wałęsa to skarb nasz największy. nie, oczywiście, nie mówi się, ale oni mówią. oni, ci sami, te znane głosy. szósta klatka jest wielokrotnie naświetlona: jest na niej nabzdyczona twarz wałęsy i wiele napisów - najwyraźniejszy jest zaimek ja, prawie równie wyraźne zdanie pokonałem komunizm, a za nim jeszcze wiele, bardzo wiele innych dobitnych zdań w pierwszej osobie liczby mnogiej.

dramat znaku, który uwierzył, że jest znaczeniem. człowiek, który był symbolem przemian - uwierzył, że sam był przemianą. który był symbolem upadku systemu - uwierzył, że osobiście system pokonał. konsekwentnie usunął cudzysłowy - i to wychodzi nawet w detalach: choćby w traktowaniu absurdalnie serio pokojowego nobla i doktoratów honoris causa.

kto wie, czy rewolucja nie ma w zwyczaju pożerać własnych dzieci w imię dobrze pojętej macierzyńskiej miłości. kto bowiem w czasie zawieruchy potrafi wyruszyć w drogę od gnoju do gwiazd i pociągnąć za sobą innych - ten nie zatrzyma się w marszu kiedy wiatr ustanie. a z przystanku końcowego jedyną drogą jest powrotna.

tragedia wałęsy była, zgodnie z klasycznymi wzorcami, nieunikniona: ta sama siła, która kiedyś pozwoliła mu stanąć na czele mas, później, na podobieństwo postępowego paraliżu, systematycznie wpychała go w formę obecną - wiszącej na sznurku pociesznej figurki, ku uciesze dziatwy ożywianej niekiedy paroksyzmami megalomanii. paroksyzmami, na które część mediów spuszcza zasłonę miłosiernego milczenia, a z których inne robią wiadomość dnia - wedle zasady, że nieważne, czy mówi się z sensem, ważne, że obraża się kogo trzeba. medialna egzystencja lecha wałęsy zrównała się tym samym z medialną egzystencją jana tomaszewskiego. to koniec: inne życie za życia już mu się nie zdarzy.



*) pomidory były bowiem czerwone, deska do krojenia - biała; myśl o ojczyźnie w tej sytuacji - nieunikniona jak wzdęcie po bigosie.
22 lipca 2008, 01:00:53
mawia się, że druga zasada termodynamiki - zgodnie z którą entropia izolowanego układu zamkniętego nigdy nie maleje - jest prawdopodobnie najbardziej pesymistyczną zasadą, jaką kiedykolwiek sformułowała ludzkość; nawet, jeżeli cieplna śmierć wszechświata okazała się pogłoską mocno przesadzoną. jakkolwiek szanuję egzystencjalny dramat izolowanych układów termodynamicznych, bliższa ciału od wszechświatów jest jednak koszula, dlatego w głosowaniu na top 100 most pessimistic formulations of all times smsa wysłałbym na kartezjańską zasadę sprawiedliwego podziału: rozum - pisał ów - jest najsprawiedliwiej rozdzieloną rzeczą na świecie - każdy mniema, że jest weń tak dobrze zaopatrzony, że nawet ci, których najtrudniej zadowolić w innych sprawach, nie zwykli pożądać go więcej, niż go posiadają.

od konsekwencji aż gęsto, gdziekolwiek nie spojrzeć. nawet kandydatki na miss rozmaitych ziem i krain geograficznych niedwuznacznie i nieodmiennie sugerują, że ich głównym atutem jest efekt synergii między urodą i inteligencją - a, na ile można wyrokować po sposobie wypowiadania się i ogólnym stylu bycia, nietrywialnym zadaniem byłoby skonstruowanie takiej definicji inteligencji, która owych kandydatek gremialnie nie stawiałaby w sytuacji tzw. grupy wykluczenia. jeżeli zaś przymiotów intelektu taka podaż jest nawet w konkursach piękności - nie może dziwić, że w innych branżach mędrzec mędrca mędrcem pogania. szczególniej, że koń jaki jest - każdy widzi, ale co też koń sobie myśli i jakich głębin sięgają jego refleksje - to już pozostaje sprawą między koniem a światem. i choćby koń musiał kombinować jak koń pod górę - to przecież wykombinuje w końcu taką kombinację, żeby wsadzić łeb w ten czy inny wawrzynu wieniec.

oczywiście, że są to żarty nieśmieszne i bardzo wysilone - wciąż jednak wysiłek ten jest niczym w porównaniu z cierpliwym, codziennym i instynktownym trudem ludzkości, niestrudzenie zapewniającej sobie dobre samopoczucie na własny temat. niewiele książek zrobiło na mnie tak wstrząsające wrażenie, jak przeczytany kilka lat temu podręcznik podstaw psychologii społecznej. nie, żebym odkrył podczas lektury nowe lądy i światy nieznane - wręcz przeciwnie,wstrząs wynikał raczej z konstatacji, że większość tych ponurych prawideł, które prostodusznie uznawałem za złudzenia wynikające z osobniczego niedostosowania, posiada uzasadnienia, potwierdzenia eksperymentalne i generalnie, że tak powiem, powszechnie występuje w przyrodzie. prędzej się na ten przykład jednostka ludzka obesra, niż przyzna do błędu; i prędzej grzybem w okolicy bikini porośnie niż powie, że jest za głupia, żeby to albo owo zrozumieć.

niewiele trzeba doprawdy do skonstruowania literackiej utopii pełną gębą: żadne tam nieśmiertelności, krainy szczęśliwe i sprawiedliwe ustroje - na muchy armat wytaczać nie trzeba. wystarczyłaby dowolna, prościutka fabułka, byle z dużą ilością dialogów - i żeby w tych dialogach pojawiały się takie zwroty, jak:
- brakuje mi inteligencji, żeby zrozumieć ten mechanizm,
- moja wiedza jest niekompletna i powierzchowna,
- pomysł nie był najlepszy, a wykonanie spieprzyłem dokumentnie,
- nie mogę się wypowiadać nie znając kontekstu,
albo - takie właśnie jest moje zdanie, bo czytałem, że warto takie mieć.

boże mój! niechby tak przez miesiąc było, i niechby nawet luty nieprzestępny: pierwszego dnia upiłbym się ze szczęścia i tym szczęściem pijany chodziłbym przez następnych dwadzieścia siedem, od człowieka do człowieka, pytając a to o preferencje czytelnicze, a to o decyzje wyborcze, a to gusta muzyczne, w uniesieniu słuchając wyznań w rodzaju: zupełnie mi się nie podoba, ale słyszałem, że jest modne, albo głosowałam na olejniczaka, bo najprzystojniejszy.

oczywiście, że wciąż są to żarty nieśmieszne i wysilone. innych nie będzie: wszystkie te racjonalizacje, wyparcia, zaprzeczenia, sublimacje i izolacje pozostają bowiem uniwersalne, a zmieniają się jedynie poziomy; i nieodmiennie aktualna pozostaje myśl staszewskiego stanisława: nie można ludzi winić za to, że są tacy - można się ich tylko brzydzić, która to myśl wydaje się szalenie pociągającą przez trzy sekundy, zanim pojawia się nieunikniona refleksja o własnej naturze ludzkiej.

czyli, mówiąc krótko, u mnie po staremu.
16 lipca 2008, 08:50:12
Dzieci tak wiele zmieniaja w naszych zyciach.. *sigh* Panski blog to kolejna rzecz ktora zd^H^Humarla wlasnie kiedy sie nia zainteresowalem (...)

niedoczekanie. zaraz wracam.
14 lipca 2008, 00:19:47
up