z hasła nie słucham żadnego pedalskiego indie rocka zrobiłem sobie motto na last.fm dawno temu, więc mój stosunek do anorektycznych wypierdków z kretyńskimi fryzurami nie jest szczególną tajemnicą, a niechęć do wspomnianej odmiany współczesnej muzyki rockowej można uznać za aksjomatyczną. przy czym, żeby to było jasne, nie wikłam się w rozróżnienia systematyczne między shoegaze, post punk dance i twee pop - pedalskie indie jest pedalskim indie i tyle, choćby próbowało brzmieć jak grindcore; pedalskość indie nie ma zaś nic wspólnego z orientacją seksualną wykonawców: po prostu łatwiej powiedzieć pedalskie indie niż muzyka charakteryzująca się dominacją brzmienia gitarowego, wykonywana przez zespół, którego członkowie, w szczególności wokalista, nawiązują swoim image do cech uznawanych stereotypowo za wyróżniające dla pewnego nurtu kultury homoseksualistów. mówiąc krótko: z pedalskim indie masz do czynienia wtedy, kiedy na na widok zespołu ciśnie ci się na usta co za cioty, chociaż prywatnie jesteś lewicowym aktywistą, walczącym o równouprawnienie, a nawet równiejuprawnienie.
dotąd sądziłem zresztą, że pedalskie indie skończyło się na jakimś kill'em all - najwidoczniej zapomniałem jednak, że do tego kraju, którego stolica nazywana bywa radomiem europy, wszystko dociera z opóźnieniem, a szczytem mody jest zwykle to, co nawet na dalekich przedmieściach londynu przestało być modne dwa sezony temu. takoż trafiwszy na festiwal w tczewie byłem świadkiem krótkiego występu kapeli, której nazwę przemilczę, a który wart był sfilmowania ze wszech miar: chłopcy starali się bowiem zawrzeć maksymalną dawkę tzw. rockowej energii w czterech minutach swojego występu - w związku z czym wokalista zaczął od odsłaniania brzucha, następnie energicznie rzucił się do przodu, zderzając z gitarzystą (który korzystając z okazji też chciał trochę postać na froncie, a co), po czym wykonał kilka figur tańca zwanego umieraniem łabędzia, przechodząc płynnie do sztuczek ze statywem mikrofonowym, których nie widziałem nigdzie od czasu telewizyjnej transmisji występu ubranej w cekinowe kostiumy kapeli, którą nasz kraj gościł na festiwalu piosenki radzieckiej w osiemdziesiątym szóstym. albo coś koło tego. do dzisiaj pamiętam w każdym razie jak pytam: mamo, a dlaczego ten pan tak wywija tym statywem? - i jak matka mówi: bo on jest ze związku radzieckiego i myśli, że tak jest fajnie. ten w tczewie nie był ze związku radzieckiego, ale chyba też myślał, że to fajne, bo wywijał; wywijając zaś wydawał dźwięki, równie jak wywijanie odsyłające mnie do wspomnień - podobne bowiem wydawał kolega, jak na wuefie dostał piłką w jądra. a były to czasy, kiedyśmy jeszcze nie wiedzieli nawet co to znaczy mutacja. cool kids of death to bardzo niedobry zespół; cool kids of death to coś jak towary zastępcze traktowane serio - ale bardzo słaba kopia cool kids of death to było coś tak strasznego, że dokoła niosło się zgrzytanie zębami, spomiędzy których nawet najspokojniejszym wyrywała się refleksja: ty, ja mu wyjebię za kulisami, po co ma się męczyć.
nie było to zresztą doświadczenie tego wieczoru jedyne - o, w żadnym wypadku: po festiwalu doświadczyliśmy się bowiem sami, a już mocno doświadczeni udaliśmy się do miejscowego klubu o charakterze indie. ku zaskoczeniu: jednego z najprzyjemniejszych miejsc, jakie widziałem kiedykolwiek, o ile oczywiście mogę sobie zaufać. leciał jakiś remiks republiki, potem jet, potem blur, dookoła chodzili mili ludzie i piękne panie, było nam bardzo przyjemnie - a potem zobaczyliśmy jak z parkietu schodzą dwie dziewczynki; chociaż już nawet dziewczynki jest tu sporym nadużyciem semantycznym. z parkietu zeszło dwoje dzieci płci żeńskiej, lat około dwanaście (w trzynaście uwierzyłbym ostatecznie po okazaniu dwóch niezależnych dokumentów ze zdjęciem), z mocnym makijażem, w rurkach i obcisłych bluzeczkach, zdradzających brak choćby zalążków piersi. ja może nie jestem ortodoksyjnym zwolennikiem kryteriów wiekowych z art. 200 kk, ale pytanie dzieci, a co wy tu robicie? samo cisnęło się na usta. w charakterze dopełnienia traumy wystąpiła zasłyszana kłótnia dwóch mocno wystylizowanych młodzieńców, lżących się z absurdalną nieśmiałością w sposób, który kazał domyślać się jedynie dwóch możliwych zakończeń: albo któryś się popłacze, albo rzucą się na siebie z pazurkami. jak się skończyło - nie wiem, bo poszliśmy doświadczać się dalej i doświadczaliśmy się tak do piątej rano, w związku z czym obecnie mam kaszel, katar i gorączkę. co za syf.
ps. fajne indie brzmi tak i jest z gdyni.
ps. skoro już o muzyce - kolega maras, w tczewie występujący jako zastępczy towar zastępczy, podrzucił płytę, której nie znałem, bo o grunge po prawdzie raczej się otarłem tylko: mad season - above; nie jestem skory do uniesień, ale ostatni raz podobne wrażenie obcowania z albumem, który musi docenić nawet głuchy, miałem słuchając kind of blue davisa.
