to chyba najbardziej zdumiewający ze znanych mi paradoksów - mówi powoli kolega mętniak, na którego natykam się przypadkiem w pobliskim parku, w którym siedzi na ławce, wyjątkowo starannie paląc papierosa - nawet, jeżeli nie spodziewasz się po ludziach niczego dobrego, oni i tak znajdą jakiś sposób, żeby cię rozczarować.

co powiedziawszy kolega mętniak zamyśla się najwyraźniej, nie reaguje bowiem ani na pożegnanie, ani nawet na okruch popiołu, który - niestrzepnięty w porę - z końcówki papierosa spada prosto na spodnie i tli się na nich jeszcze przez kilka chwil, smużąc przy tym zaskakująco jasnym dymem.
27 listopada 2008, 16:31:00
tydzień temu, dwa może, albo gdzieś pomiędzy, obudziłem się w nocy, nasłuchując czołgów. z okna sączyła się jasnopomarańczowa, sodowa poświata miasta - a gdzieś z dalekiego tła dobiegał warkot głuchy i niewyraźny, na granicy ciszy, albo poza nią. i chociaż bliższe znacznie i wyraźniejsze były równe oddechy: mojego syna i kobiety, która jest jego matką; i chociaż te oddechy przypominały mi, jak nieustannie przypominają, że jest syn i że jest kobieta, która zawsze miała być jego matką - ja leżałem, nasłuchując czołgów, ich warkotu głuchego i niewyraźnego, na granicy ciszy, albo poza nią.

i zanim zasnąłem znowu - zanim zapadłem w sen ciężko, jak zapadają ludzie, którzy wiedzą że ta czy inna walka jest już skończona - uświadomiłem sobie, że obudziłem się, aby nasłuchiwać czołgów, właśnie dlatego, że od wielu już dni, albo całych lat, oczekuję czołgów, żołnierzy, samolotów wroga; oczekuję wybuchów, drżenia ziemi - i stalowosinych, skłębionych grzybów, wyrastających nagle na ścianie horyzontu. oczekuję krwi, rozprutych brzuchów i smrodu gnijącego mięsa. czegoś, co wreszcie przywróci słowom wyuczone znaczenia, co sprawi, że "krew" będzie krew oznaczać, "brzuch" - brzuch, a "mięso" - mięso; "tak" - tak, a "nie" - nie. co przyjdzie, bo przyjść musi, zanim świat rozpadnie się ostatecznie na najdrobniejsze części, a ludzie odejdą od siebie w milczeniu, w ustach unosząc języki splątane od nadużycia.



obudziłem się rankiem rześki nad wyraz - i parząc kawę, wesół na samo wspomnienie owego wieszczego przebudzenia, klepałem się po udach, zaśmiewając się i pod nosem mrucząc psi srali: będzie wojna!; a kiedy przechodziłem obok lustra w korytarzu mrugnąłem do odbicia, unosząc rękę w geście, który na obrazach mistrzów zwykli wykonywać brodaci prorocy. później zaś, ucałowawszy syna w dobrze wysklepione czoło, wyruszyłem, aby się bogacić. za drzwiami przywitało mnie mroźne powietrze, z ciężkimi chmurami ciągnące znad morza; przystanąłem więc na moment, by jeszcze szczelniej otulić się nawiasem - i tak osłonięty wyruszyłem w drogę. a beztroski uśmiech nie niknął z mych ust.
20 listopada 2008, 19:20:57
obserwując wieczorem z balkonu na ósmym piętrze stado dzików buszujące po trawniku - mówi kolega mętniak, napotkany przypadkiem w pobliskim parku - uświadomiłem sobie nagle, że - chociaż nigdy nie przyznałbym się do tego publicznie - w głębi duszy przekonany jestem o istnieniu tajnej, głęboko zakonspirowanej fabryki idiotów, produkowanych przy użyciu najnowocześniejszych technologii i szkolonych później przez wiele lat pod okiem oficerów służb specjalnych w tym tylko celu, abym wpadał na nich każdego dnia: w tramwajach, sklepach i ośrodkach zdrowia; abym czytał ich komentarze na onecie, dostawał od nich maile potwierdzające zakup przedmiotów na allegro i odbierał rozmowy telefoniczne, w których upewniają się, czy aby na pewno nie jestem wujkiem zdzisiem z dębicy.

w tej wierze, do której publicznie nie przyznałbym się nigdy - kontynuuje kolega mętniak głosem pełnym udręki - popełniam oczywiście pewien logiczny błąd, którego nie zawahałbym się nazwać chrystusowym: najwyraźniej bowiem wolę ufać, że ocean ludzkiej głupoty ma jakiś sens, choćby nawet jego ostrze wymierzone było precyzyjnie we mnie - niż uznać, że ów bezmiar jest bezcelowy; jest, aby być; jest, który jest.
03 listopada 2008, 22:10:53
up