1.
jerzy pilch to znakomity pisarz.
niech jasnym będzie, że o powyższym wiem, przyjmuję do wiadomości i gotów jestem zgodność z własnym mniemaniem potwierdzić w każdych okolicznościach - chociaż, co oczywiste, trudno spodziewać się, iżby ktokolwiek chciał szukać właśnie u mnie potwierdzenia pisarskiej jakości jerzego pilcha. niemniej pozwalam sobie takie oto oświadczenie złożyć publicznie - i niechże hańba okryje moje imię (wraz z imionami męskich potomków do trzeciego pokolenia włącznie), jeślibym kiedykolwiek, w najbardziej nawet ekstraordynaryjnych okolicznościach historycznych miał zaprzeć się jerzego pilcha i przesłuchiwany - choćby przez ponurych oprawców z jakiegoś ipn-u! - odmówić mu pisarskiej znakomitości. jerzy pilch wielkim pisarzem jest - i basta.
biegłość pisarska ma przy tym wiele wspólnego z biegłością muzyczną. nie z uwagi na melodyjne frazowanie czy hipnotyczną pulsację rytmu - te są oczywiste, ja myślę o czymś innym. proszę sobie wyobrazić taką oto sytuację: godzina dwudziesta, sala pełna, na scenie kwartet jazzowy w składzie chwilowo trzyosobowym: perkusista puka, basista plumka, pianista ze swadą przebiera palcami po klawiaturze - brakuje tylko saksofonisty. mija kwadrans i jeszcze kilka minut: wreszcie lider pojawia się na proscenium - i wiadomo natychmiast, że niedawno wybudzony został z głębokiego snu, a później cucono go długo zimną wodą, czarną kawą i maleńkim klinikiem. krok jego chwiejny, oko opuchnięte, dłoń cokolwiek drżąca, instrument zaś (mam na myśli saksofon) smętnie obija się o biodro. maestro staje w snopie światła, słucha uważnie kilku taktów, wreszcie kiwa głową, z trudem przyciska ustnik do spierzchniętych warg, bierze głęboki oddech, dmucha! --
ależ oczywiście, że nie gra genialnie. próżno spodziewać się fantastycznych wypraw wzdłuż rytmu i w poprzek akompaniamentu, próżno oczekiwać zapierających dech w piersiach pasaży, swobodnych wędrówek między motywami i okraszających wszystko cytatów, dobieranych z fantastyczną intuicją. mistrza poznasz jednak po tym, że nawet na tym straszliwym kacu, z głową, zda się, wciąż jeszcze spoczywającą na poduszce - nawet wówczas zagra jak na starego fachurę przystało: w tempo, solidnie i do przodu. to nic, że z pamięci, łącząc patenty ograne wcześniej tysiąckrotnie: nie co dzień odkrywa się amerykę (jak mógłby mawiać krzysztof kolumb), nie co dzień - prątki kocha (jak mógłby mawiać robert koch) i nie co dzień święci garnki lepią (jak mógłby mawiać święty fabian, patron garncarzy).
niektóre (!) felietony jerzego pilcha przypominają takie właśnie solówki skacowanego saksofonisty (jakkolwiek, podkreślam, alkoholowe konotacje są w tym przypadku jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności - jeżeli miałbym już silić się na insynuacje podejrzewałbym raczej pisanie pędem): treści w nich niewiele, ale mowa wartka, rytm równy, a konsekwetnie stosowany szyk przestawny dodaje całości eleganckiego bliku. trafiają się, co prawda, takie fragmenty, których istotnego sensu sam diabeł nie dojdzie, bo też zgubi się pośród słownych labiryntów - ostatecznie jednak tym różni się literat od kancelisty, że umie wyrazić niewyrażalne; że zaś równowaga w przyrodzie musi być zachowana - prawem symetrii wyrażalnego niekiedy właśnie nie wyrazi. być może ratując tym samym wszechświat przed nagłym, a ostatecznym kolapsem.
tymczasem moja głęboka wiara w jerzego pilcha i jego nadzwyczajną zręczność w wychodzeniu z najtrudniejszych nawet figur akrobacji retorycznej została poważnie nadwątlona
felietonem opublikowanym w zeszłopiątkowym dodatku do dziennika. w którym to felietonie jerzy pilch oznajmia, co następuje: godną, sprawiedliwą, słuszną i zbawienną regułą jest, aby pisarz o innym pisarzu wypowiadał się dobrze - albo wcale.
2.
ok, zmieńmy frazę.
na moje było tak: pilch postanowił skarcić sendeckiego: być może w imię zasad, ale być też może, że bliższa ciału koszula, niżeli zasady - i chodziło po prostu o jakąś nie dosyć, zdaniem pilcha, entuzjastyczną recenzję. z pilcha. bądź jej brak, tworzący głuchą pustkę w miejscu, w którym spodziewano się oklasków, przechodzących w
standing ovation.
tak czy inaczej - karcenie domaga się właściwej oprawy: dziecku macha się przed nosem palcem bądź przekłada je przez kolano, rozrabiającego delikwenta chwyta za wszarz (wzg. wsiarz - różnie różni mówią), w tekście zaś karcąc - trzeba zbudować scenografię i atmosferę; używając modnego terminu:
skonstruować przestrzeń karcenia. i pilch tę przestrzeń konstruuje poprzez przywołanie zasady
dobrze albo wcale - tym samym ustawiając się w roli egzekutora, jak (nie przymierzając) - franc maurer w ostatniej scenie
psów. i zanim jeszcze czytelnik zada sobie pytanie:
ale jerzy, za co? - dostaje gotową odpowiedź:
w imię zasad, taki-owaki.
zasada zostaje zresztą przez pilcha przywołana jedynie po to, aby zostać natychmiast złamaną (
jeżeli boga nie ma - dźwięczy w tle -
to wszystko wolno) i to, jak mi się wydaje, in extensio: ponieważ sendecki przejeżdża się z zasady po książkach, z tych przejażdżek czyniąc wycieczki ku autorom, pilch zaś przejeżdża się po autorze, czyniąc wycieczki ku książkom. innymi słowy: sendecki flekuje teksty, pilch - bezpośrednio sendeckiego.
wszystko byłoby ok (po prawdzie już powyższe jest kurewsko daleko od ok, ale nie o obyczaje tym razem idzie), gdyby nie to, że przywołana celem złamania zasada jest w oczywisty sposób idiotyczna, a nie zostaje w toku dowodzenia odwołana. pianistę bowiem głoszącego, że kolega grać nie umie można sobie wyobrazić nadzwyczaj łatwo - lekarza, wbrew faktom twierdzącego, że kolega nie popełnił błędu nie trzeba sobie, niestety, nawet wyobrażać: wystarczy kiedykolwiek uwikłać się w jakikolwiek spór na tle lekarskiego błędu. podobnie: policjanta, urzędnika, działacza piłkarskiego etc. pozacmentarne
dobrze albo wcale to najsolidniejszy fundament cementujący każdą zawodową kastę i wiodący wprost do specyficznej formy chowu wsobnego w jej obrębie. a czym się kończy chów wsobny - kto widział ten odcinek x-files o peacockach, ten wie.
nie wydaje mi się, żeby prawdziwym problemem byli krytycy z zasady krytykujący, choćby nawet sami byli twórcami, jako twórcy cierpieli na chroniczną obstrukcję, a cały swój obstrukcyjny ból przekuwali właśnie w jadowite krytyki - przynajmniej dopóki stawiane przez nich zarzuty są uzasadnione krytykowanym tekstem, a nie jedynie personalną niechęcią do autora. prawdziwym problemem wydają mi się właśnie krytycy (właściwie: pełniący obowiązki krytyków literaci, bo to ich dotyczy przywołana zasada) z zasady akceptujący, a jak trzeba - entuzjastyczni. problemem są wszystkie te obściskiwania się, wspólne spożywania, towarzyskie sytuacje, obskakiwania, obtańcowywania, demonstracyjne rewerencje i nieskończone zasoby ciepłych słów dla każdego; problemem są pochwalne recenzje pisane w zamian za publikację tekstów, z myślą o rewanżu, w imię popierania się nawzajem, po starej znajomości; problemem jest prysznicowa zasada
ja ci plecki, ty mi główkę, wyniesiona do rangi zasady naczelnej. i każdy, kto w tym (albo jakimkolwiek innym) bajzlu siedzi dłużej niż od miesiąca, musi wiedzieć o czym mówię: środowiska bywają rozłączne, ale mechanizmy są stałe i niewzruszone jak równowaga nasha.
koniec końców książek oczywiście nikt nie czyta i cały ten zgiełk to tylko burza w szklance wody. dopóki jednak w tej szklance pływamy - po stokroć lepszy jest marcin sendecki z jego rozczarowaniem, z czegokolwiek by nie wynikało, niż tamci, z ich tombakowym entuzjazmem. od dowodów aż gęsto.