czasem jest tak, że film jest stargetowany. na przykład komedie romantyczne, takie, że kobieta po rozwodzie znajduje bogatego, przystojnego bruneta, są targetowane na kobiety po rozwodach, które nigdy nie znajdą nawet blondyna. a bogatego i przystojnego to sobie mogą obejrzeć jak do koleżanki wpadną w odwiedziny.

film 300 też jest stargetowany, ba - sfokusowany: na środowisko kryptohomoseksualnych, sadystycznych fetyszystów. przez dwie trzecie czasu trwania ekran wypełniają bowiem kłębiące się nagie torsy, kaloryfery oraz jędrne poślady, opięte czymś na kształt lateksowych spodenek (model axl rose '99, tylko czarnych); a wszystko to obficie polane licznymi wydzielinami, ze szczególnym uwzględnieniem krwi i śliny.

w przerwach pomiędzy napinaniem mięśni piersiowych, zębatych, bicepsu, tricepsu, obręczy barkowej i czwórgłowego uda król leonidas robi minę z reklamy pasty do zębów:

myj zęby, będziesz wielki


pozostali zaś wojownicy wykorzystują czas wolny do wyrecytowania z emfazą całej zawartości broszury dwieście patetycznych cytatów patriotycznych, wydanej jako podręczna pomoc dla twórców scenariuszy apeli ku czci (zebrał i wstępem opatrzył minister roman giertych).

i teraz tak: film powstał na podstawie komiksu. będąc dzieckiem (i dalej - młodzikiem, juniorem młodszym, juniorem, juniorem starszym, juniorem sztabowym, aż po starszego juniora sztabowego) z właściwą dzieciom (i dalej, aż po starszych juniorów sztabowych) bezkompromisowością sądziłem, że, ażeby być fanem komiksów, to jednak trzeba mieć ostro zrytą psychę, dojmujące braki w potencjale intelektualnym i niesatysfakcjonujące życie seksualne. następnie, w procesie socjalizacji, przyjąłem do wiadomości, że gatunek, że konwencja, że niekiedy arcydzieła - i tak dalej. dzisiaj wróciłem do punktu wyjścia.

pedały, dziennikarze, licealiści

24 marca 2007, 00:33:45
up