jego matka mieszka w teksasie,
on odwiedza ją gdy ona tego chce.
ja zazdroszczę jej, bo też tak bym chciał,
piszę więc krótki list - tych parę słów:
jerzy, przyjedź, proszę cię,
na rodeo zabierz mnie,
na rodeo zabierz mnie.
(kazik staszewski, george w. bush kocha polskę)
a jerzy próśb naszych wysłuchał, postanowił przylecieć i już zawczasu urządził nam takie rodeo, że z rumi do wrzeszcza szybciej wychodzi dzisiaj pieszo niż samochodem. na całej trasie gdańsk-jurata z naszymi chłopcami w volvo na warszawskich blachach ścigają się chłopcy amerykańscy w gustownych, opancerzonych chevroletach - a te swoiste derby rozgrywają się wśród wesołego migotania kogucików na dachach i przy akompaniamencie wyjących syren. trzy tysiące chłopców niezmotoryzowanych obstawiło z kolei lokalne dworce, obserwując dyskretnie miejscowych zza rozłożonych dla niepoznaki egzemplarzy życia warszawy (- zdrastwujtie amerykanskij szpionie! / - a skąd wy, tawariszcz, wiecie, że ja amerykanskij szpion, skoro mówię po waszemu jak rosjanin? / - a bo u nas, widzicie, czarnych niet), ruch kolejowy na półwysep został zapobiegawczo wstrzymany, a ulica słowackiego i obwodnica - zamknięte.
mnie by to, mówiąc kolokwialnie, równo jebało, bo samochodu nie mam, a skm póki co kursuje według rozkładu - gdyby nie refleksja, że ktoś za to wszystko płaci i pewne uzasadnione podejrzania, że wiem nawet kto. a na kwestię płacenia jestem mocno uczulony, od kiedy stałem się działalnością jednoosobową i jako jednoosobowa działalność zacząłem świadczyć usługi doradcze na rzecz firmy, której jestem współwłaścicielem - i za te usługi świadczone przeze mnie na rzecz własnej firmy muszę odprowadzać państwu dwadzieścia dwa procent podatku vat plus obowiązkową składkę na państwowy zus plus opłatę za biuro rachunkowe, bez którego pierdolony burdel panujący w przepisach tego państwa jest niemożliwy do ogarnięcia, plus dziewiętnaście procent podatku dochodowego plus trzydzieści procent nadwyżki powyżej kwoty czterdziestu trzech tysięcy czterystu pięciu peelen, gdybym miał fantazję tę kwotę przekroczyć. z ostrożnych wyliczeń wynika, że z każdej stuzłotówki wyszarpanej światu ciężką pracą muszę na dzień dobry odprowadzić czterdzieści złotych haraczu - nie uwzględniając rzecz jasna tego oto szczegółu, że kiedy kupuję, dajmy na to, bułki na śniadanie - znów dwadzieścia dwa procent sumy idzie jak krew w piach psu w dupę. tak więc płacę państwu za pracę dla własnej firmy, chociaż - sprawdzałem w lustrze - pomiędzy mną a mną nie ma wcale państwa. ani milimetra.
w ten właśnie sposób moja dotychczasowa hobbystyczna nienawiść do socjalizmu zyskała wymiar materialny i zaprawdę nieodległy jest czas w którym nie powstrzymawszy nerwów skuję mordę jakiemuś młodemu aktywiście bełkoczącemu coś o opiece socjalnej, redystrybucji dochodu albo społecznej sprawiedliwości.
najcelniejsza bowiem intuicja nie zastępuje dowodu empirycznego - i dopiero kiedy ma się przed sobą konkretne liczby określające cenę, jaką przychodzi płacić za utrzymywanie tego nowotworu, określenie kołchoz nabiera właściwej, gęstej treści. która zbiera się na języku, a kolor jej zielonożółty.
